FiM – Co ci się, draniu, śni? (2)

W tuszowaniu makabrycznego procederu realizacji przez księdza filmów porno z udziałem dzieci uczestniczyła nie tylko hierarchia Kościoła. Pierwsze skrzypce grała centrala Urzędu Ochrony Państwa, nie chcąc dopuścić do skandalu w przededniu wizyty papieża.

Tydzień temu opisaliśmy bezprecedensowy w Polsce przypadek pornograficznej pedofilii, której scenarzystą, reżyserem i aktorem (obok małych chłopców) był ksiądz wikary z miejscowości Witonia, w pobliżu Łęczycy. Przypomnijmy:

Jest rok 1998. W parafii w Witoni zostaje zatrudniony młody ksiądz Wincenty Pawłowicz. Duchowny, ku uciesze małolatów, uruchamia na plebani pracownię internetową i wideo. Tyle że… rodzice z rosnącym niepokojem obserwują zmiany w psychice swoich synów. W zabawach z komputerem na plebanii udział mogą brać tylko chłopcy. Malcy stają się małomówni i zamknięci w sobie. Niepokojące są też ich coraz późniejsze powroty do domów.

Kwietniowy wieczór roku 1999. Matka dwunastoletniego Wojtka ma już dosyć wielogodzinnego czekania na syna, idzie więc po niego na plebanię. To, co przypadkowo zastaje  w środku, zapamięta do końca życia: dziecko jest analnie wykorzystywane przez księdza wikarego, który całą tę makabrę rejestruje na wideo.

Kobieta i trójka rodziców innych chłopców powiadamiają o wszystkim policję. Ta przystępuje do działania, jednak po niespodziewanej wizycie u biskupa Orszulika, rodzice molestowanych dzieci wycofują wszystkie zeznania. Prokuratura odmawia wszczęcia śledztwa, a bezkarny ksiądz Pawłowicz wraz ze swoimi kamerami i kasetami wideo znika z Witoni.

###

Oto skrót naszego artykułu sprzed tygodnia. Co ponadto? Dysponujemy zdumiewającymi relacjami jednego z policjantów bezpośrednio pracującego przy tamtym śledztwie sprzed trzech lat. Dowiadujemy się z nich, że policjanci i prokuratorzy – „bardzo dziwnie” umywając wówczas ręce od tej całej obrzydliwej sprawy – byli w pewnym sensie ubezwłasnowolnieni.

Policjant: – To było dochodzenie prowadzone bez zarzutu. Dysponowaliśmy wyczerpującymi zeznaniami rodziców, a przede wszystkim gwałconych i filmowanych chłopców. Ich opowieści były spójne – wykluczające konfabulację. Mieliśmy też dowód w postaci jednej kasety wideo z rejestracją pornografii dziecięcej w Witoni. W nocy, a dokładniej tuż nad ranem, kilka godzin przed przekazaniem wszystkich materiałów prokuraturze, odwiedzili nas trzej panowie ubrani po cywilnemu.
– Byli z Urzędu Ochrony Państwa?
– Tak. Ale nie z Łodzi, tylko z samej warszawskiej centrali. Pokazali legitymacje i traktowali nas jak gówniarzy. Nie pytając o nic, pootwierali biurka, szafy, segregatory i zaczęli do specjalnych worków pakować całe znajdujące się w nich akta.
– Akta tej sprawy?
– Tej? Wszystkich, które prowadziliśmy! Zabrali z komisariatu w Witoni dosłownie każdy papierek, śmieć. Przy okazji nie wstydzili się drwić  z nas, że sprawa księdza pedofila umarła właśnie w ich workach. Tak się rzeczywiście stało.
– Czy powiedzieli, dlaczego to zrobili?
– Nie tyle powiedzieli, co raczej wyśmiali. Śmiali się, że na miesiąc przed przyjazdem papieża nie może być w Polsce ani jednego niedobrego księdza…

###

Tyle relacje policjanta, które dokładnie zgadzają się z naszymi ustaleniami. Oto w bardziej niż skromnych aktach prokuratury w Łęczycy nie ma zeznań gwałconych dzieci. A sporządzone zostały ponad wszelką wątpliwość, bo dotarliśmy do policjantów, którzy tę czynność wykonywali. 14 czerwca 1999 roku papież odwiedził pobliski Łowicz.

Nawet teraz, po trzech latach, jeden z dzienników – aby skandal przedstawić w świetle dla kleru możliwie znośnym – poważył się na rzecz w świecie mediów niebywałą: ukradł nam wyniki dziennikarskiego śledztwa tylko po to, aby przy okazji jego publikacji wydrukować zmanipulowany list kurii, jakoby biskup Orszulik o wszystkim wiedział wcześniej i ukarał zboczeńca karą suspensy. Oczywiście, że wiedział (np. od rodziców gwałconych chłopców) i zrobił wszystko, by sprawa nie ujrzała światła dziennego. Jak daleko sięgały jego biskupie ręce, niech świadczy wizyta warszawskich, buzkowych jeszcze UOP-ków w prowincjonalnej Witoni.

###

Po artykule w „FiM” pt. „Co ci się, draniu, śni?” zawrzało. Jego pierwszym i pocieszającym efektem było wszczęcie prokuratorskiego śledztwa w sprawie księdza zboczeńca. Jest nadzieja, że nie zgwałci już kolejnych dzieciaczków. Prokuratorzy w Łęczycy poprosili dziennikarzy „FiM” o pomoc w dotarciu do prawdy. Mamy pewne materiały, które mogą stanowić zwrot w sprawie. Zrobimy też wszystko, aby dowiedzieć się, na czyje imienne polecenie interweniowali w Witoni funkcjonariusze UOP (jeśli to był UOP a nie jeszcze inne specsłużby)? i dlaczego dopiero teraz Prokuratura Wojewódzka w Łodzi zabiera z prokuratury w Witoni akta śledztwa w celu – jak to określono – sprawdzenia, czy podczas tamtych czynności nie popełniono uchybień. My wiemy, że Prokuratura Wojewódzka była w roku 1999 o sprawie doskonale poinformowana – Komenda Wojewódzka Policji też. Do tej pory w aktach tejże archiwizowany jest faks o symbolu KR 1376/99 przesłany z komendy Policji w Łęczycy i dokładnie opisujący wydarzenia w Witoni. Czy przypadkowym zbiegiem okoliczności jest fakt, że bezpośrednio po zamknięciu śledztwa zlikwidowano komisariat w tej miejscowości, dokonując dyslokacji policjantów po innych jednostkach? Czy stało się to – jak mówią niektórzy funkcjonariusze – na bezpośrednie polecenie ówczesnego ministra spraw wewnętrznych i administracji?

###

Tymczasem w Łęczycy i Witoni wrze. Egzemplarze „FiM” znikły z kiosków w promieniu wielu kilometrów. „Nareszcie ktoś tę hańbę wyciągnął na światło dzienne, a zboczeniec nie uniknie kary” – takie słowa słyszeliśmy najczęściej. Czy nie uniknie? Trudno w tym kraju i w tej rzeczywistości o tym przesądzać. Na razie biskup Orszulik wywiózł pedofila w nieznanym kierunku. Z Lubochni (na zdjęciu poniżej – plebania i kościół), gdzie ukrywszy się po ucieczce z Witoni, nie niepokojony przez nikogo pracował… także z dziećmi.

W minioną niedzielę po Pawłowiczu nie było tam już śladu. Bogobojni parafianie z Lubochni są zszokowani i… podzieleni. Jedni nie mogą albo raczej nie chcą uwierzyć, że ICH KSIĄDZ mógł dopuścić się podobnych czynów. Gotowi są przysięgać, iż to jedynie wredni dziennikarze wszystko wymyślili w celu oczernienia kapłana. Inni natomiast nie mogą się pogodzić z faktem, że zboczeniec z Bogiem na ustach udzielał im sakramentów.

Niestety, siła i agresywność tych pierwszych jest znacznie większa.  O mało nie doszło do linczu kolegi dziennikarza:
– Ufam, że po kilku dniach wściekłość parafialnych aktywistów minie i nawet oni zrozumieją, kogo gościli w swojej wiosce – powiedział nam jeden z rozsądniejszych mieszkańców Lubochni. Cóż, zobaczymy!

Ciąg dalszy za tydzień

Część dalsza „Co ci się draniu śni?”

PS. W momencie oddawania „FiM” do druku skontaktował się z nami rzecznik ABW (dawny UOP) z zagatkowym stwierdzeniem: To nie nasi ludzie byli w w Witoni. „Nie nasi”, a więc czyi – sprawdzimy.

[2002] FaktyiMity.pl Nr 28(123)/2002

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: