FiM – Skorupki za młodu

Pod okiem prymasa funkcjonuje sobie Wyższe Metropolitalne Seminarium Duchowne w Warszawie. Z zewnątrz majestatyczna budowla budzi podziw. Od wewnątrz zaś – niesmak, a nawet odrazę.

Uczelnia jest oczkiem w głowie samego księdza prymasa, który jest tu dość częstym gościem. Środowisko okołoprymasowskie coraz dobitniej zdaje sobie sprawę z haniebnej frekwencji wiernych w świątyniach, a także z ignorowania przez młodzież kościelnych idei. Dlatego właśnie warszawskie seminarium ma być latarnią postępu wstecznictwa, kuźnią najlepszych kadr i przygotowywać kapłanów żołnierzy zdolnych niekorzystny dla Kościoła image zmienić. Między ambitnymi zamierzeniami a rzeczywistością jest jednak wielki rozdźwięk, niestety, rzeczywisty i konkretny.

Miłość wzajemna
Po raz pierwszy o uczelni stało się głośno kilka lat temu. Wówczas to dwóch jej absolwentów, już po wyświęceniu na kapłanów, powzięło zamiar wystąpienia z branży. Para ta darzyła się uczuciem, które – jak to sami deklarowali – miało być ich prawdziwym powołaniem. Skandal próbowano wyciszać, lecz podchwyciły go lokalne media. Homoseksualna miłość tej pary nie jest zjawiskiem odosobnionym na uczelni. Próbuje się z nim jakoś walczyć lub poznać przynajmniej jego rozmiary.

W tym celu kleryków poddawać zaczęto psychologicznym testom mającym rozpoznać skłonności do własnej płci. Zaostrzenie kontroli jednak spowodowało tylko większe maskowanie się seminaryjnych gejów. I to zarówno tych zdeklarowanych, jak i tych, którzy tylko z ciekawości lub konieczności, tj. osamotnienia, praktykują miłość męsko-męską.

Od tamtego incydentu zdecydowanie, jednak nie wiedzieć czemu… poprawiło się jedzenie. Pod tym względem klerykom nie brakuje niczego. Poluzowano też dotychczasową surową dyscyplinę. Zezwolono na częstsze wyjścia do miasta. Władze wyraziły zgodę na posiadanie w pokojach prywatnego sprzętu komputerowego. Rektor ksiądz Krzysztof Pawlina (fot. 1) za punkt honoru przyjął wykształcenie u siebie najinteligentniejszych w Polsce księży.

Miłość do owieczek
Tzw. wyjście do miasta to czas, który klerycy wykorzystują różnie. Zwykle potrzebują go, aby odświeżyć się i przewietrzyć, rozprostować kości etc. Nie brakuje jednak wśród nich miłośników gastronomicznych balang i randek z dziewczynami. W seminarium nie jest tajemnicą, że niektórzy klerycy na przepustkach spotykają się z dziewczynami, które są… ich narzeczonymi. Wiele dziewcząt nie wie, że ich wybrańcy to słuchacze seminarium duchownego. Trwają w przekonaniu, iż chłopak to np. zapracowany biznesmen lub żonkoś w trakcie uzyskiwania rozwodu lub inny łakomy dla panien na wydaniu kąsek. Są jednak i takie, które świadomie flirtują z materiałem na księdza, a nawet mają nadzieję na wygodne życie plebanijnej pani.

Jakiś czas temu w czasie uroczystego nabożeństwa w warszawskiej katedrze młoda dziewczyna rozpoznała w orszaku kleryckim towarzyszącym biskupowi swego narzeczonego. Kobieta doznała szoku. Razem ze znajomymi chciała zlinczować oszusta. Na swoje szczęście uciekł.

W WMSD im. św. Jana Chrzciciela sprawom damsko-męskim poświęcają wiele czasu i uwagi ojcowie duchowni. Jeden z nich – ksiądz Mirosław Cholewa (fot. 2)– zajął się niewiastami na łamach swego miesięcznika „Pastores”. Tytułu tego nikt w seminarium zwyczajowo nie czyta. Niedawno usunięto z uczelni kleryka z II roku. Jak wspominają koledzy, była to ciekawa i barwna osobowość. Nieco starszy i majętniejszy od reszty seminaryjnej braci, tolerowany był z uwagi na czynione dla uczelni znaczne darowizny. Przy rekrutacji przymknięto zatem oczy na sprawy… o molestowanie dziewcząt, które to sprawy toczyły się przed sądem i których był on bohaterem. Krewki kleryk nie zmienił w seminarium nic ze swego ognistego temperamentu. Pił wódę w knajpach, odwiedzał warszawskie peep show, gdzie sycił się widokiem uprawianej przed nim na żywo miłości. Potem czerpał dalszą satysfakcję, opowiadając o wszystkim młodszym kolegom. Kleryk miał też własne, prywatne mieszkanie. Wynajmował ów lokal przyjezdnym studentkom i poprzez zamontowane w łazience kamery obserwował je w trakcie kąpieli. Podczas takiego reality show przywoływał niektórych, szczególnie zaprzyjaźnionych seminaryjnych kolegów i z detalami objaśniał prawiczkom, co do czego służy… Na komputerze oglądał pasjami pornograficzne witryny internetowe. Zajęciu temu zwyczajowo poświęcał czas po wieczornych modłach. Pewnego razu w czasie sexsurfowania nakryty został przez kontrolę. Barwnie zapowiadająca się duchowna kariera została przerwana.

Szacunek dla mienia brata mego
Strażnikiem odpowiedzialnym za kształtowanie właściwej formacji kleryckiej jest w warszawskim seminarium m.in. prefekt studiów. Najbardziej znany i zapamiętany przez kleryków jest ks. Zbigniew Zembrzuski. Nazywają go potocznie „Zetzet” albo „Schtedtke”. Drugie określenie, nawiązujące do postaci z popularnego serialu z Hansem Klossem, odzwierciedla prawdziwą naturę prefekta. Uważany jest on bowiem za człowieka od brudnej roboty. Ma za zadanie przydzielanie kar za różne uchybienia, np. za niepunktualność czy brak entuzjazmu dla celebrowanych nabożeństw. Nie daj Boże spóźnić się na odprawianą przez niego mszę. Ksiądz Zembrzuski niezwłocznie obdaruje „bisami”. A „bisy” owe to w tamtejszej nomenklaturze mało wdzięczne prace fizyczne i porządkowe, najczęściej pomoc u ogrodnika.

Jednak pomimo policyjnego nosa i niekwestionowanych zdolności tropicielskich ksiądz Zembrzuski nie potrafił znaleźć sprawców kradzieży, które nasiliły się w seminarium w ostatnim czasie. Nie potrafią dokonać tego i inni seminaryjni spece.

Zapowiedzią fali kradzieży było niewyjaśnione zniknięcie ponad rok temu prywatnego laptopa jednemu z seminarzystów. Sprawcy nie wykryto. Incydent ten jednak powtórzył się pod koniec ub.r. Następny laptop, na który kleryk składał pieniądze przez cztery lata, został mu w bezczelny sposób skradziony. Wartość przedmiotu to około 10 tys. zł. Kradzież nastąpiła w pomieszczeniach, do których nie ma dostępu nikt z zewnątrz. W kręgu podejrzanych pozostawali więc sami klerycy albo wychowawcy. W tym czasie trwały w seminarium dni skupienia i modlitwy o jedność chrześcijan… Klerycy, a zwłaszcza sam poszkodowany, żądali poinformowania o sprawie policji i jej interwencję. Władze uczelni miały jednak odmienne zdanie. W czasie obiadu rektor oznajmił, że żadna policja nie będzie buszować po seminarium.

Nie minęło dużo czasu, kiedy zdarzyła się kolejna kradzież. Tym razem ktoś odebrał na furcie przekaz pieniężny u listonosza i podpisał się cudzym nazwiskiem. Ufny i pełny szacunku dla sutanny doręczyciel na słowo uwierzył, że ma do czynienia z adresatem przekazu. Kwota przekazu nie była na szczęście duża. Zapewne pochodziła od matki rencistki lub schorowanego ojca, którzy przysłali dziecku ostatnie pieniądze na książki (w warszawskim seminarium zarabia się bowiem na studentach, zmuszając ich do zakupu drogich wydawnictw. Podobnie też zarabia się na ksero, którego cena jest wyższa niż wszędzie indziej w Warszawie). I tym razem sprawca kradzieży i fałszerstwa nie został wykryty.

Nie ucichło oburzenie po tych incydentach, kiedy odnotowane zostały następne. Z pomieszczeń zajmowanych przez siostry zakonne posługujące w seminarium zniknął kolorowy telewizor. I znów sprawca pozostał nieznany. Dochodzenie wewnętrzne nie wykazało niczego. Cały wysiłek skierowano na wyciszenie nastrojów, podkręcono śrubę obowiązków, wynaleziono szereg zajęć i problemów mających odwrócić uwagę.

I tak żyje sobie warszawskie seminarium. Od jednego skandalu, do drugiego, od kradzieży do kradzieży. W przerwach pomiędzy aferami erotyczno-obyczajowymi młodzież klerycka ma też oczywiście dużo czasu na modlitwę. Do kapłaństwa trzeba się dobrze przygotować.

[2002] FaktyiMity.pl Nr 22(117)/2002

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: