„Wygooglałem księdza. Molestował mnie”. Kuria głucha na skargi 45-latka

– Byłem wtedy niespełna dziesięcioletnim chłopcem. Ksiądz, wtedy jeszcze kleryk, uczył nas religii. W parafii św. Aleksandra w miejscowości S. Często kazał zostawać po zajęciach

Zajęliśmy się problemem pedofilii w polskim Kościele. Dlaczego akurat w Kościele? Bo to tam przez lata istniał instytucjonalny problem z ukrywaniem przypadków przestępstw ze strony duchownych. Jeśli chodzi o Polskę, wciąż trudno oszacować skalę zjawiska, gdyż Kościół nie podaje żadnych danych na ten temat. Nasze próby uzyskania informacji kończyły się fiaskiem.

Andrzej (imię zmienione) jest jednym z bohaterów książki „Lękajcie się. Ofiary pedofilii w polskim kościele mówią.” Ekke Overbeeka. Opowiedział w niej swoją historię sprzed 35 lat, gdy jako 10-letni chłopiec był molestowany przez, wtedy jeszcze kleryka, Y.

W 2011 r. udało mu się trafić na ślad księdza Y, obecnie proboszcza jednej ze szczecińskich parafii. W grudniu 2011 r. napisał do kurii szczecińsko-kamieńskiej. Sprawą zajęła się komisja kościelna powołana przez arcybiskupa Andrzeja Dzięgę, metropolitę szczecińsko-kamieńskiego. Do tej pory nie doczekała się finału. 45-latek opowiada: – Kościelna komisja spisała moje zeznania. I stwierdzili, że to za mało. Nie zrobili praktycznie nic. Oprócz przekazania mojego prywatnego telefonu i adresu temu księdzu.

Sprawą zainteresowała się telewizja France24. 12 maja reporter Gulliver Cragg oraz operator Tomasz Łubik przyjechali do Szczecina, aby porozmawiać z księdzem Y. Ksiądz przyjął ich na plebanii, a potem próbował uwięzić i siłą odebrać nakręcony materiał filmowy.

Mówi Andrzej, który w dzieciństwie był molestowany po lekcjach religii

Tomasz Maciejewski: Wraca Pan do wydarzeń sprzed 35 lat. Dlaczego teraz?

Andrzej: – Bo już wiem, że jeśli tego nie wyrzucę z siebie, to nie będę mógł zamknąć tej sprawy definitywnie. Powiedziała mi to pewna psycholog. Drugim powodem jest to, że dopiero w 2011 r. odnalazłem tego księdza. Wcześniej też próbowałem, ale jakby zapadł się pod ziemię.

Jak pan go odnalazł?

– Wygooglałem go. Znalazłem informacje, że jest proboszczem w Zachodniopomorskiem.

Dopiero dwa lata temu?

– Tak. Sam się zastanawiam, dlaczego nie mogłem trafić na żaden ślad. Ale skoro został przeniesiony na drugi koniec Polski, to zadanie było mocno utrudnione. Jako student pisałem do kurii łomżyńskiej z prośbą o jakiekolwiek informacje, o miejsce pobytu księdza. Nie otrzymałem żadnej odpowiedzi.

Wtedy biskupem łomżyńskim był Juliusz Paetz, później oskarżany o molestowanie kleryków.

– Szczerze mówiąc, nawet o tym nie wiedziałem, że kierował diecezją łomżyńską. Nie wiem, czy miało to jakiś wpływ na potraktowanie mojej sprawy.

Jest pan gotów opowiedzieć coś więcej o swojej sprawie?

– Już opowiedziałem. Autorowi książki „Lękajcie się. Ofiary pedofilii w polskim kościele mówią.” [Ekke Overbeek]. Moja historia jest jedną z kilkunastu. Byłem wtedy niespełna dziesięcioletnim chłopcem. Ksiądz, wtedy jeszcze kleryk, uczył nas religii. W parafii św. Aleksandra w miejscowości S. Często kazał zostawać po zajęciach.

Po co?

– Mówił, że trzeba poprawić kartkówkę albo wymyślał jakiś inny powód. Wtedy już było siadanie na kolanach, gmeranie przy rozporku. A zaczynało się od zwykłego głaskania, przytulania, obejmowania od tyłu. Wtedy tego nie rozumiałem.

Czy ktoś z dorosłych zwrócił uwagę na takie zachowanie księdza?

– Ludzie coś tam po kątach gadali. Ale to były inne czasy. Księża byli bardzo szanowani. Wszystkie dzieciaki musiały chodzić na religię. Bo inaczej nie będzie zbawienia duszy. Kiedy powiedziałem mamie, że nie chcę chodzić, że ksiądz się dziwnie zachowuje, to mi nie uwierzyła.

Może nie zrozumiała?

– Nie powiedziałem wprost, co się dzieje, ale wydaje mi się, że jednak dość czytelnie.

Ojciec?

– Zmarł wcześnie. Wychowywałem się bez niego. Teraz się zastanawiam, czy ksiądz się mną zainteresował właśnie dlatego, że byłem z niepełnej, biednej rodziny. O takiego chłopaka nikt się nie upomni.

Skończyło się na przytulaniu, dotykaniu?

– Nie. Ksiądz próbował mnie zgwałcić. Właściwie zrobił to. Doszło do penetracji. Uciekłem. I już do niego na zajęcia nie chodziłem. Bałem się go, unikałem. Od klasy VI już właściwie na religii nie bywałem. Ale – co ciekawe – świadectwa dostawałem.

Jak długo jeszcze był katechetą? Pracował w tej parafii?

– Nie wiem. W pewnym momencie zniknął. Pamiętam go jeszcze tylko z mszy prymicyjnej, którą odprawił w kościele św. Aleksandra. Dostałem od niego wtedy na pamiątkę obrazek. Później to był ważny dowód, że ksiądz pracował w S., że mnie znał.

Wypierał się tego? W jakich okolicznościach?

– Kiedy trafiłem na jego ślad w internecie, napisałem do kurii szczecińsko-kamieńskiej. Opisałem swój przypadek, wskazałem księdza.

Jaka była reakcja kościelnych władz?

– Poinformowano mnie, że muszę napisać drugie pismo, które będzie spełniało formalne wymogi skargi kanonicznej.

I?

– Napisałem i przyjechałem na przesłuchanie (12 grudnia 2011 r.) specjalnej komisji powołanej przez arcybiskupa. Przewodził jej ks. Sławomir Zyga [rzecznik kurii szczecińsko-kamieńskiej – red.], a notariuszem był ks. dr Sławomir Bukalski. Spisali moje zeznania. I stwierdzili, że to za mało. Że potrzebne są dodatkowe dowody.

Ksiądz też został przesłuchany?

– Zaprzeczył, że pracował w S. Podobno powiedział, że bywał tam tylko przejazdem, prywatnie.

Pan wtedy przedstawił dowody, że ksiądz mówi nieprawdę.

– Przesłałem świadectwa z religii, za rok szkolny 1977/78 i 1978/79. Podpisane własnoręcznie przez niego [imię, nazwisko]. Wcześniej miałem religię z ks. Brulińskim. Przygotowywał nas do komunii świętej. Dusza człowiek. Kiedy byłem w klasie czwartej, piątej, katechezę prowadził właśnie Y. Świadectwa potwierdzone przez notariusza przekazałem szczecińskiej kurii. Kolejnym dowodem był wspomniany obrazek. Napisałem arcybiskupowi, że ksiądz go okłamał.

Jak zareagowała na to kuria, ta specjalna komisja?

– Nie zrobili praktycznie nic. Oprócz przekazania mojego prywatnego telefonu i adresu temu księdzu. Napisał do mnie list, że jeśli wycofam oskarżenia, to on mi wybaczy. Były też głuche telefony. Z zastrzeżonego numeru. Kiedy odbierałem, mówiłem „halo”, dzwoniący się rozłączał.

Mam żal do kurii, że udostępniła mój telefon. I o to, że próbuje sprawę zamieść pod dywan. Że nie sposób nawet ustalić, gdzie pracował ksiądz przez te 30 lat. Po święceniach w 1981 roku i mszy prymicyjnej gdzieś wyjechał, zniknął.

Próbował się pan z nim spotkać oko w oko?

– Tak. Byłem w Szczecinie z Ekke [autorem książki – red.]. Pojechaliśmy na miejsce. Nacisnąłem domofon. Ktoś się odezwał i powiedział tylko, że ksiądz wyjechał. Później jeszcze tam telefonowałem. Też księdza nie było.

Czy jest pan w kontakcie z diecezjalną komisją powołaną do zbadania sprawy?

– Odezwali się do mnie po tym, jak książka Ekke Overbeeka ukazała się na rynku. W styczniu 2013 r. napisali, pytając czy mam jeszcze jakieś nowe dowody? Coś do dodania? W ubiegłym roku, w maju lub pierwszych dniach czerwca zadzwonił do mnie abp Andrzej Dzięga [metropolita szczecińsko-kamieński – red.]. Pamiętam, bo byłem kilkanaście dni po operacji. Zmagam się z chorobą. Arcybiskup mówił, że chce mnie wesprzeć modlitwą, błogosławieństwem duchowym. Powiedział, że mogę w każdej chwili dzwonić. Nawet, że mnie odwiedzi, bo będzie w moich stronach. Ostatecznie – nie dojechał.

Jak przyjął pan słowa arcybiskupa?

– Powiedziałem, że nie zrezygnuję, że będę oczekiwał prawdy. Że sam mogę się nawet poddać badaniu na wykrywaczu kłamstw. I nie spocznę, póki ten człowiek nie zostanie odsunięty od pracy z dziećmi, wydalony ze stanu kapłańskiego albo przynajmniej wysłany na emeryturę. Przecież są takie miejsca, klasztory, gdzie można umieścić duchownego. Ja nie żądam dla niego jakiejś dotkliwej kary. Nie chcę odszkodowania, pieniędzy. Apeluję tylko o prawdę.

Jest pan gotów spotkać się z nim, porozmawiać?

– Jeśli się przyzna, przeprosi – tak. Mojego życia to już nie zmieni, ale ochroni inne potencjalne ofiary.

Może pan coś więcej powiedzieć o sobie?

– Mam 45 lat. Dwoje dzieci. Rozstałem się z żoną. Może dlatego, że nie potrafiłem być ciepłym człowiekiem, okazywać czułości. Jestem sam, ale jakoś sobie radzę. Walczę na dwóch frontach – z chorobą i o to, by ksiądz i jemu podobni już nigdy nikogo nie skrzywdzili.

Powiedziałby pan o sobie „człowiek wierzący”?

– (cisza) To skomplikowane… Chyba tak. Ale już wiem, że wiara, moja relacja z Bogiem, nie ma nic wspólnego z Kościołem. Wiem też, że nie jestem winny temu, co się wtedy wydarzyło. A przez lata tak się czułem. Współwinny.

Co dalej?

– Komisja powołana przez biskupa pytała o cel, motywację moich działań. Pytała też, czy działam w organizacjach antykościelnych. Nie odpowiedziałem. Teraz dopiero będę działał. Chyba, że postawa księży i kościoła się zmieni.

Kuria nie odpowiada na pytania

Po rozmowie wysłaliśmy do rzecznika kurii szczecińsko-kamieńskiej pytania. Chcieliśmy wiedzieć m.in., jakie są ustalenia komisji w tej sprawie, dlaczego postępowanie trwa tak długo, czy to prawda, że księdzu Y zostały przekazane dane telefoniczne i adresowe skarżącego. W odpowiedzi otrzymaliśmy jedynie komunikat:

W tego typu przypadkach, o które Pan pyta, obowiązuje, zgodnie z wymogami norm obowiązujących w Kościele katolickim w Polsce, określona procedura postępowania. Obowiązuje ona w każdym przypadku złożenia do instytucji kościelnej zgłoszenia domniemanych zachowań, wskazujących na nadużycia w kwestiach przez Pana poruszanych. W takich przypadkach nie możemy udzielać jakichkolwiek informacji, gdyż wiązałoby się to z naruszeniem prawa, np. ochrony danych osobowych.

Wg mojej wiedzy nie było i nie jest prowadzone wobec księdza, o którego Pan pyta, żadne postępowanie procesowe.

ks. Sławomir Zyga, rzecznik kurii

Zamknięci na plebani

Po ukazaniu się książki Overbeeka do Andrzeja dotarli reporterzy France24. W czasie rozmowy podał im informacje pozwalające na identyfikację księdza, przez którego miał być molestowany.

12 maja reporter France24 Gulliver Cragg oraz operator Tomasz Łubik przyjechali do Szczecina, aby porozmawiać z księdzem Y, obecnie proboszczem parafii w Szczecinie. Najpierw sprzed kościoła, przez otwarte drzwi, filmowali mszę odprawianą przez proboszcza. Potem zostali zaproszeni do pomieszczeń parafialnych. Cragg filmował wszystko ukrytą kamerą.

Na filmie widać, jak proboszcz mówi do operatora: „Te materiały są do likwidacji”. Widać, jak zamyka jedne, potem drugie drzwi na klucz.

– Ksiądz nas więzi? – dziwi się Łubik.

– Nie więzi. Ale na razie pan nie wyjdzie.

– Ja chcę wyjść! – mówi operator.

– Nie – odpowiada proboszcz.

– Gulliver, to jest jakiś psychopata – operatorowi puszczają nerwy.

– Nie psychopata – odpowiada ksiądz, zamykając kolejne drzwi.

Cała sytuacja trwa około 10 minut. W tym czasie Łubik wzywa policję. Proboszcz co rusz sprawdza coś w swojej komórce.

W pewnym momencie Łubik kieruje się w stronę jedynych uchylonych drzwi. Proboszcz blokuje je. Chwyta operatora za szyję, potem za ramię, za plecy. Zaczyna się szarpanina. Cragg wykorzystuje zamieszanie. Otwiera jakieś drzwi, krzyczy: „biegaj, Tomek, biegaj!” i ucieka. Na filmie widać, jak Cragg biegnie przez pusty już kościół (w ławkach modlą się pojedynczy ludzie). Operator wyzwala się z uścisku księdza i rusza za kolegą. Zatrzymują się dopiero na placu przed kościołem. Już po wszystkim obaj zawiadamiają policję.

Tego samego dnia reporterzy „Gazety” byli przy kościele, aby porozmawiać z proboszczem na temat zajścia na plebani. Przez domofon proboszcz powiedział:

– Do żadnego zdarzenia nie doszło. Dziękuję. Zdrowia i radości!

Kilka dni później telewizja France24 wyemitowała reportaż. Sprawę bada prokuratura.

[2013.05.24] Gazeta.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: