FiM – W sieci – Sukienka nie czyni tatusia

Przez kilka miesięcy żyli jak mąż z żoną. Czar prysł, kiedy ukochana zaszła w ciążę. Stała się szmatą i dziwką. Porzucił ją, bo przypomniał sobie, że jest księdzem.

Paulina W. poznała Przemka w internetowej sieci, badając na zlecenie pewnej uczelni uczestników czatu jednego z portali. Wśród wielo anonsów znalazła i taki: ksiądz szuka kobiety. Postanowiła sprawdzić, czy to tylko żart. czy prawda. Po miesiącu kontaktów internetowych i telefonicznych wreszcie się umówili.

Pierwsza randka

miała miejsce w pasażu hipermarketu Carrefour w Katowicach. Od razu przypadli sobie do gustu. Ona blondynka z długimi nogami, on – wysoki brunet. Przemek szybko wybił jej z głowy, że jest księdzem.

– Nie jestem klecha, tylko dla lepszego odbioru tak się przedstawiłem. Był miły, elokwentny, jak prawdziwy macho przyjechał sportowym oplem astra z przyciemnianymi szybami. Miał w sobie to, co kobiety uwielbiają: nutkę romantyzmu. Zaprosił Paulinę na kolację przy świecach… Szybko zakończyły się jej służbowe badania, a zaczął miłosny związek.

– Przemek potrafił wysyłać codziennie po 10 SMS-ów, na dzień dobry i dobranoc. Miłe słówka pełna elegancja – wszystko co skruszyło moje ostatnie opory – wyznała nam Paulin.a Zaczęli się systematycznie spotykać. Przemek odwiedzał ją na Śląsku nawet kilka razy w tygodniu. Zostawał na noc, robili wspólnie zakupy, planowali przyszłość.

Ukochany przy każdej okazji dawał do zrozumienia że znalazł tę jedyna.
– Rozkochał mnie do szaleństwa. Nie sadziłam, że wszystko to tylko gra z jego strony. Niekiedy dziwiłam się, że o różnych porach dnia ma tyle wolnego czasu, ale zawsze jakoś potrafił się wytłumaczyć, a ja w swojej naiwności wierzyłam – tłumaczy dziś Paulina.

W listopadzie zaproponował jej wypad na tydzień do Zakopanego. Wynajęli wspólny apartament. Było cudownie. Niestety, wkrótce czar miał prysnąć. Po raz pierwszy. Podczas zakopiańskiej eskapady Przemek codziennie spotykał się z jakimś kolegą na mieście. Pewnego dnia Paulina spotkała go na Krupówkach: szedł ulicą z księdzem pod koloratką. Wówczas zrozumiała – w Internecie nie blefował; on rzeczywiście jest księdzem!

Okazało się, że jej Przemek, a raczej ks. Przemysław Ilnicki (fot. obok), jest wikarym parafii Św. Stanisława i Małgorzaty w Janowcu w diecezji radomskiej. Do Zakopanego przyjechał na rekolekcje dla księży i właśnie wracał z kolegą z codziennej mszy.
– Wiadomość spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Początkowo nie wiedziałam, co zrobić: uciekać, zostać? Przemek zaczął się tłumaczyć, przepraszać, przysięgać wielką miłość, obiecywał, że razem pokonamy wszystkie trudności. Zakochana po uszy uległam i zostałam. Byłam wówczas pewna, że żadna siła nie jest zdolna nas rozłączyć, nawet Kościół. Miłość wszystko pokona – myślałam, dodając sobie otuchy. Jakiś czas po powrocie z Zakopanego ks. Przemysław poprosił ją, by znalazła przyjaciółkę dla kolegi, ks. Mariusza Kryci. Poznała go ze swoją najlepszą koleżanką, Ewą O. Wkrótce stworzyli zgraną paczkę. Ewa i Mariusz od razu przypadli sobie do gustu. Rozumieli się bez słów.

– Ksiądz Mariusz to człowiek raczej cichy, ale inteligentny. Dopasowaliśmy się szybko – powiedziała nam Ewa. Od tej pory paczka spotykała się wspólnie. Często robili wypady w Polskę. Nawet Sylwestra spędzili razem, w Kazimierzu Dolnym, zaledwie kilkanaście kilometrów od parafii ks. Przemysława. Wynajęli dwa apartamenty i balowali w szampańskich nastrojach przez cztery ostatnie dni starego roku. Ks. Mariusz musiał jednak opuścić balangę wcześniej, bo pracował na parafii w Suchedniowie (także diecezja radomska), gdzie często gościli biskupi.

W styczniu zakochane pary spotykały się rzadziej, wiadomo, kolęda – kapłańskie żniwa. – Przemek ciągle wydzwaniał, sprawdzał kilka razy dziennie, co robię. W końcu kazał mi przyjechać do Kazimierza Dolnego, do hotelu. Nieraz kurwował na swoich parafian, jacy to idioci. I że on musi tak cierpieć, chodząc po kolędzie, bo „gdyby nie kasa, pierdoliłby ich wszystkich” – wspomina Paulina opowieści swego kochanka.

Kolejna wspólna eskapada to wyjazd w czwórkę na ferie zimowe do uroczego pensjonatu w Brennej. Bawili się na dyskotekach, jeździli na narty, zwiedzali sąsiednie miasta. Niestety, wkrótce czar prysł

jak mydlana bańka…

W marcu okazało się. że Paulina jest w ciąży. Z początku ks. Ilnicki był wniebowzięty. Wydzwaniał do jej rodziców, dziękując za tak wspaniałą córkę. wysyłał SMS-y do ojca, że jej nie opuści do śmierci. Wydawało się. że teraz naprawdę będą razem. Wynajęli nawet mieszkanie w Puławach, oddalonych kilkanaście kilometrów od Janowca, sądząc zapewne, że najciemniej jest pod latarnią. Paulina zapłaciła czynsz za trzy miesiące z góry (1500 zł).

– Dziwiłam się, że wybrał miasto przylegające do jego parafii, ale on chciał mieć mnie blisko siebie, zdałam się więc na niego – opowiada Paulina.

Kochaś urywał się z Puław jedynie na poranną mszę w parafii i zaraz wracał. Nocował oczywiście przy swej połowicy.

Kiedyś spotkał jednego ze swoich uczniów ze szkoły, a ten zażartował, że będzie musiał pobierać pieniądze za parkowanie na jego osiedlu. Z dnia na dzień atmosfera zaczęła się psuć, jakby nagle ks. Ilnicki rozmyślił się. Wracał z plebanii coraz bardziej nerwowy. Wybuchał bez powodu, klął, rzucał, czym popadło, wściekał się na partnerkę. Po kilku dniach zrozumiała – chce po prostu odejść i szuka wymówki. Kiedy zaczął wpadać w histerię, wyzywać i wydzwaniać po kilkanaście razy dziennie do rodziny Pauliny z pogróżkami, pozbyła się resztek złudzeń.

– Wasza córka jest kurwą, która mnie uwiodła, ma ze mną dziecko, a ja jestem księdzem. Ile jeszcze spłodziliście takich suk?! – krzyczał, telefonując do jej rodzinnego domu. Rodzina przeżyła dramat, ojciec doznał zawału serca. Nie pomagały prośby Pauliny, by się kulturalnie rozeszli. Nic nie wskórały interwencje Ewy, od której w tym samym czasie odciął się drugi amant w sutannie, ks. Mariusz. Przemysław tymczasem fabrykował fotomontaże, na których doklejał nagie postacie do twarzy Pauli ny i rozsyłał po wspólnych znajomych; ponoć pokazywał je nawet w radomskiej kurii, tłumacząc swoją cnotliwość i wierność Kościołowi.

– To są kurwy, lesbijki – rzucał inwektywy, gdzie popadnie. W końcu

zdesperowana Paulina

(w towarzystwie Ewy) postanowiła poskarżyć się proboszczowi, mając nadzieję, że skończy się gehenna rodziny i jej samej. Ks. Janusz Socha pomocy nie udzielił: usłyszały tylko, że ks. Przemysław jest dorosły i wie, co robi. Próbowały dotrzeć do biskupa. Bez skutku. Zawsze je odsyłano na inny dzień. W końcu poprzez ks. Jacka Mizaka, kapelana biskupa, zostały umówione na rozmowę z ordynariuszem biskupem Zygmuntem Zimowskim na konkretny dzień i godzinę. Ale i wówczas ekscelencja nie miał dla nich czasu. Odesłano je do kanclerza kurii, księdza Sławomira Fundowicza. Ten spisał protokół z zeznań i odesłał w diabły.

Po miesiącu dowiedziały się, że obu jurnych księży kuria przeniosła do innych parafii: ks. Ilnickiego do Bliżyna a ks. Mariusza do Gielniowa. Sami mogli sobie wybrać, gdzie pójdą. O przeprosinach, czy jakiejkolwiek pomocy dla matki dziecka księdza nawet nie było mowy.

– Kuria zachowała się skandalicznie – uważa Paulina W. – Jestem zbulwersowana i rozgoryczona. Nikt nawet nie zapytał, co ze mną będzie.

Paulina tak łatwo się nie podda i zamierza oddać sprawę do sądu. Tymczasem ksiądz Przemysław za bardzo się nie przejął. Już czatuje z nowymi naiwnymi dziewczynami. Ponoć Paulina nie była ani pierwszą, ani ostatnią.

Kilka dni po rozmowie z „FiM” Paulina znalazła się w szpitalu. Bardzo źle znosi ciążę. Jednak chce urodzić dziecko księdza, mimo że ojciec już o nim zapomniał, a kuria nie poczuwa się do jakiejkolwiek pomocy.

[2003] FaktyiMity.pl Nr 31(178)/2003

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: