FiM – Kapelan kotów

Gdyby jakiemuś wrogowi przyszło do głowy zachodzić nasz kraj od Bałtyku, musi się mieć na baczności, bo mamy tam – stacjonującą w Słupsku – 7. Brygadę Obrony Wybrzeża (7.BOW). Służący w niej żołnierze (tzw. niebieskie berety) muszą z kolei mieć się na baczności, żeby nie zaszedł ich od tyłu któryś z gości księdza kapelana majora Eugeniusza Łabisza.

Ministerstwo Obrony Narodowej utrzymuje ok. 180 „oficerów politycznych” w sutannach. Każdy kapelan dysponuje co najmniej jednym młodziutkim żołnierzem – ordynansem zwanym dla niepoznaki ministrantem. Całe szczęście, że „koty” to jednak dorosłe już chłopy, więc nie tak łatwo dają się zgwałcić, o czym przekonał się pewien duchowny w Słupsku…

Ks. Łabisz (fot. 1), 48-letni kapelan tamtejszego garnizonu – paradujący w mundurze lotnika – jest człowiekiem bardzo gościnnym,
a można by nawet rzec, że rozrywkowym. Toteż zdarza się, że odwiedzają go na plebanii koledzy z macierzystej diecezji zamojsko-lubaczowskiej, gdzie posługiwał duszpastersko, zanim oblekł wojskowy uniform, oraz rozmaici inni księża wolący usługi ordynansa niż gosposi…

Dla wyjaśnienia dodajmy, że takie są podobno w wojsku obyczaje, iż kapelani wybierają sobie do obsługi żołnierzy z tzw. młodego rocznika, a ci – zamiast szkolić się w wojennym rzemiośle – piorą gacie sutannowemu pryncypałowi, prasują, sprzątają i podają do stołu. Żeby zaś nie latać wte i wewte między koszarami a plebanią, z reguły nocują w wydzielonej przez feldkurata służbówce, jak to się akurat działo w Słupsku.

Na początku grudnia u ks. Łabisza bawił przez kilka dni wielebny Dariusz K. (fot. str. 1). Nie pierwszy raz zresztą, bo już nawet „koty” z tegorocznego listopadowego poboru znały tego „kapelana z Koszalina” – jak się przedstawiał – często stacjonującego na kwaterze u słupskiego kolegi i chętnie wizytującego tajne zakamarki 7.BOW.

Okazało się wkrótce, że… nie ma takiego księdza w drużynie biskupa generała Tadeusza Płoskiego (fot. 2), szefa Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego. Fakt to o tyle znaczący, że wspomniany Dariusz K. (prawdopodobnie ojciec zakonny) stał się sprawcą skandalu, jakiego 7.BOW jeszcze nie przeżywał, i kto wie, czy nie zachwiał obronnością Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.

A było tak:
W sobotni wieczór, 2 grudnia, o. Dariusz zaprosił dwóch ministrantów (czytaj: żołnierzy) ks. Łabisza na popijawę. Wojacy mieli już co nieco w czubie, więc padli po drugiej półlitrówce. Gdy jeden z nich się ocknął, dostrzegł, że roznegliżowany wielebny jedną ręką rozpina spodnie koledze, a drugą – intensywnie przygotowuje swój „oręż” do homoseksualnego ataku.

Żołnierz ministrant w jednym momencie wytrzeźwiał i dał nogę z księżowskich apartamentów. Już „na kompanii” – opowiedział pozostałym wiarusom, co widział. Następnie dostał po ryju za pozostawienie towarzysza broni w opałach, a złożony z „wicerezerwy” specjalny trybunał wojenny wydał na o. Dariusza wyrok: „skopać tego pierd…nego cwela”. Orzeczeniu nadano klauzulę natychmiastowej wykonalności, lecz gdy grupa egzekucyjna udała się na plebanię, stwierdziła, że wojskowymi kamaszami nie da się sforsować jej drzwi i potrzeba do tego co najmniej kilku lasek dynamitu. Odłożyli zemstę do rana, ale nazajutrz kapłan zniknął bez śladu.

###

Sprawy pobicia żołnierza nie dało się ukryć i dowództwo jednostki zawiadomiło żandarmerię. Po wstępnych przesłuchaniach okazało się, że historia jest bardziej skomplikowana niż zwyczajowa „fala”, toteż wszystkich uczestników zajścia mogących – nie daj Boże! – coś „chlapnąć” mediom w trybie alarmowym wysłano 4 grudnia na poligon, „zaplanowany od dłuższego czasu” – jak zapewnia Agnieszka Klawinowska, rzeczniczka 7.BOW.
– Śledztwo faktycznie prowadzone jest tylko w sprawie pobicia żołnierza przez kolegów, jednak pojawiły się w nim wątki dotyczące molestowania seksualnego. Ich procesową oceną zajmie się Prokuratura Garnizonowa w Gdyni. Jeśli dojdzie do wniosku, że można domniemywać, iż ksiądz Dariusz K. popełnił przestępstwo,niewątpliwie przekaże materiały właściwej prokuraturze cywilnej. Decyzja zapadnie w ciągu kilku najbliższych dni – wyjaśnił „FiM” pułkownik Edward Jaroszuk, rzecznik prasowy Komendy Głównej Żandarmerii Wojskowej.
– Najśmieszniejsze jest to, że nie mamy bladego pojęcia, jak znaleźć tego księdza Dariusza, bo nikt nie zna jego dokładnych personaliów ani miejsca zamieszkania – ujawnił nam pewien śledczy z Placówki Żandarmerii Wojskowej w Słupsku.

Ciekawą historię dopowiedział oficer z Batalionu Dowodzenia 7.BOW:
– Gdy ta afera wybuchła, wyszło przy okazji na jaw, że ksiądz Darek proponował wcześniej „kociarstwu” pieniądze, nawet po kilkaset złotych, za wspólne kąpiele na golasa lub – za mniejsze stawki – masturbację czy choćby pokazanie przyrodzenia. Przyjeżdżał tu jak na dziwki! Kim naprawdę jest ten człowiek? To drugie dno skandalu, że do jednostki bojowej będącej w strukturze NATO, przeniknął facet, o którym nie wiadomo nawet, jak się naprawdę nazywa! Udało mi się jeszcze dowiedzieć, że pochodzi prawdopodobnie ze Słupska, bo na miejscowym cmentarzu leżą jego najbliżsi. Nasz ksiądz kapelan rżnie głupa i twierdzi, że wie o swoim częstym gościu tylko tyle, jakoby funkcjonował w Markach pod Warszawą, w jakimś zakonie mającym w nazwie imię świętego ojca Pio, co – wedle mojej wiedzy – sugerowałoby franciszkanów.

###

Ks. Łabisz faktycznie „wali głupa” i mamy powody domniemywać, że czyni to świadomie, aby uratować własny tyłek. Otóż w podwarszawskich Markach mieści się jedynie Kuria Generalna Zgromadzenia Księży Michalitów. Sprawdziliśmy, że zakonnicy ci nie mają w swoich szeregach ojca Dariusza K.

Jesteśmy już wszakże na jego tropie. Nie jest łatwo, bo facet – znany w kręgach kościelnych miłośnik chłopców – starannie zaciera ślady, zmieniając m.in. imiona (występuje też jako Tadeusz oraz Jan). Ale już za tydzień podamy go wojskowemu kontrwywiadowi na tacy. I wcale nie zażądamy za tę grzeczność „co łaska”…

[2006] FaktyiMity.pl 50(354)/2006

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: