FiM – Dług honorowy

Proboszczem parafii św. Marcina w Zemborzycach niedaleko Lublina był ksiądz Edward Borsuk. Już nie jest.

Ludziom było w sumie trochę żal, bo 70-letni dziś Borsuk pracował w parafii 19 lat. Pamiętają go jako dobrego zarządcę.
– Parking zrobił i plebanię wybudował – mówi mieszkanka wsi, którą spotykam w pobliżu sklepu. – I ogrzewanie w kościele! – uzupełnia inna.

Lista zasług starego kapłana jest rzeczywiście pokaźna. Ta z przewinieniami nie prezentuje się tak okazale, ale za to ranga „przestępstwa” jest niebagatelna. Proboszcz Borsuk sprzedał otóż należącą do parafii ziemię bratu swego sutannowego przyjaciela Eugeniusza Szymańskiego, proboszcza sąsiedniej parafii Miłosierdzia Bożego. No i rozpętała się burza.  Z gradobiciem.

###

Bracia Jachaczowie zawsze żyli na uboczu, w oderwaniu od rzeczywistości – jak to eufemistycznie nazywają miejscowi. Nie mieli bliskiej rodziny, a dalsza nie czuła potrzeby podtrzymywania familijnych zażyłości.
Młodszy – Stach– naprawiał czasem ludziom we wsi telewizory; starszy – Jan – był lokalną złotą rączką. Ludzie z wdzięczności czasem im coś do jedzenia przynieśli. Po śmierci młodszego brata Janusz całkiem się odizolował, chałupa popadła w ruinę, a 3 ha ziemi leżały odłogiem.  W 2000 r., kiedy mocno podupadł na zdrowiu, prawie nieprzytomnego wywlekli go z piwnicy, w której mieszkał, i zawieźli do Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Lublinie. To tam, według relacji proboszcza Szymańskiego, Jan miał wyrazić swą wolę. A wola była taka, żeby cały majątek, jaki posiada, przekazać parafii św. Marcina.

Ludzie się wtedy nie zdziwili, że chłop na łożu śmierci daje na kościół, chociaż całe życie nie dawał. Nie zastanowiło ich także to, że przy łóżku zmarłego znalazł się proboszcz obcej (choć niedalekiej) parafii, a przy okazji miał przy boku wymaganych prawem dwóch świadków, mieszkańców Zemborzyc, którzy najpewniej tchnięci światłem Ducha Świętego postanowili odwiedzić w szpitalu sąsiada odludka. Dziś zaklinają się na wszystkie świętości, że słyszeli jak Jachacz dobra Kościołowi przekazał, korzystając z instytucji ustnego testamentu.

Zaklinali się tak samo przed sądem, kiedy krewni zmarłego, nagle ogarnięci przywiązaniem do rodzinnej własności, starali się dowieść, że sprawa testamentu to nic innego jak kant, i to fastrygowany grubymi nićmi. Przed polskim sądem słowa księdza są jednak święte, toteż nic nie ugrali i pewnie w brodę sobie plują do dziś, że na koniec Janowego żywota chociaż szklanki herbaty mu nie podali. Może by się odwdzięczył… Na piśmie.

W sprawie niespodziewanie „odziedziczonej” ziemi ksiądz Edward – chociaż to zarządca pierwszej wody – planów długo nie miał. Aż w końcu wścibska rada parafialna dokopała się do papierów, w których czarno na białym stało, że w lipcu 2006 r. ksiądz Borsuk kościelną ziemię… sprzedał. I to nawet nie fakt, iż nie skonsultował swej decyzji z parafialnymi aktywistami sprawił, że czytającym ugięły się nogi. Ciśnienie podniosła im cena, za jaką została sprzedana 3-hektarowa działka położona  w niezwykle atrakcyjnym pasie zabudowy. W akcie notarialnym, który trzymali w ręku, zapisano, że działka przechodzi na własność pewnego mazowieckiego koniarza – Marka Szymańskiego („przypadkiem” jest to rodzony brat proboszcza Eugeniusza!) za 60 tysięcy złotych!

A że ceny ziemi to już każdy miejscowy ma w małym palcu, ludzie od razu skalkulowali, że kwota, jaką przytulił proboszcz Borsuk, jest mocno zaniżona.
– Zemborzyce w ostatnich latach przeobraziły się z typowej wsi rolniczej, gdzie dominowały drobne i średnie gospodarstwa, w miejscowość willową, zagospodarowywaną przez uciekających z miasta lublinian. Teraz za metr ziemi trzeba tu zapłacić nawet 70 złotych – mówi jedna z tych, co to z miasta uciekli.

Biorąc pod uwagę tę koniunkturę, deweloperzy z Lublina wycenili 3 ha świetnie zlokalizowanego gruntu na minimum 2 mln zł, oczyma wyobraźni widząc na Jachaczowym polu osiedle domków jednorodzinnych!
– Wie pani, on to ciągle z tym Szymańskim w karty grał. Ludzie gadają, że pewnie w ten sposób uregulował dług honorowy – konspiracyjnym szeptem wyznaje moja rozmówczyni.

Kiedy zupa się wylała, zemborzycki proboszcz – kiedy jeszcze w ogóle rozmawiał ze swoimi owieczkami – wyjaśniał, że długo nikt nie był zainteresowany parafialnymi włościami, więc kiedy usłyszał, że brat Szymańskiego szuka ziemi, bardzo się ucieszył. Za pieniądze ze sprzedaży chciał bowiem kupić grunty obok lokalnej nekropolii, żeby ją powiększyć. Dla ludzi, nie dla siebie przecież. Owieczki takie głupie jednak nie były i od razu wytknęły duszpasterzowi, że skoro to był w jego doczesnym życiu taki priorytet, to dlaczego u licha przez prawie rok nic w tym kierunku nie uczynił. To pytanie okazało się jednak dla proboszcza za trudne, więc przestał w ogóle z ludźmi gadać.

###

Na upartego można by stwierdzić, że ks. Eugeniusz odebrał po prostu co swoje. W końcu to on, narażając zdrowie, w szpitalu w czasie epidemii grypy wystawał. Parafianie nie dali się jednak zagłaskać. Uważają, że ksiądz załatwiał prywatne interesy – między innymi ich kosztem. Kiedy więc proboszcz Borsuk nie palił się do mediacji, a jego bezpośredni zwierzchnik – ks. Jan Domański – poradził nadgorliwcom, żeby sprawą sprzedaży działki głów sobie nie zaprzątali, poszli do kurii. Tu wielebni – zapewne wściekli, że tyle kasy przeleciało im koło nosa – wykazali zainteresowanie, a dyrektor ekonomiczny stwierdził nawet, że gdyby cała rzecz okazała się prawdziwa, byłoby to zatrważające. Najwidoczniej „rzecz cała prawdziwa się okazała”, bo po kilkudniowych mediacjach stanęło na tym, że albo brat księdza dopłaci parafii należną jej różnicę, albo wycofa się z interesu.

Transakcję ks. Borsuka bada też Prokuratura Rejonowa Lublin-Północ, która wdrożyła czynności sprawdzające, czy nie doszło do przestępstwa zarówno przy sprzedaży ziemi, a także, czy ks. Szymański 7 lat temu rzeczywiście usłyszał jakąkolwiek deklarację z ust nieprzytomnego wówczas Jana Jachacza.

###

Ksiądz Borsuk nie czekał, aż ludzie, którzy już zaczęli zbierać podpisy pod prośbą o jego odwołanie, wywiozą go na taczkach. Sam postanowił zrezygnować z pełnionej funkcji, składając rezygnację w lubelskiej kurii. Ta nie upierała się zbytnio, aby go od tego pomysłu odwieść. Summa summarum – pod koniec czerwca puściła w eter lakoniczną informację: „Ks. kan. Edward Borsuk – przyjęto rezygnację z urzędu proboszcza parafii pod wezwaniem św. Marcina w Lublinie-Zemborzycach – przeniesiony w stan emerytalny”.

[2007] FaktyiMity.pl 26(382)/2007

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: