Zakonnica, niemiecki oficer i ich syn

Ewaryst miał 63 lata, gdy zaczął szukać swoich prawdziwych rodziców. Znalazł wybitną polską zakonnicę i oficera niemieckiego wywiadu.

Najstarszy brat Ewarysta, Zdzisław, po 60 latach dochowywania tajemnicy, na ostatnim spotkaniu w szpitalu, gdy leżał już w stanie agonalnym, ujął to tak: Ty nie jesteś nasz; ty jesteś dzieckiem niemieckim. A potem bardzo się zdenerwował, więc jego żona też. I kazała Ewarystowi wyjść.

Ewaryst, który do umierającego brata przyjechał z Kalisza, gdzie mieszka, wrócił do szpitala tego samego wieczoru. Jak nie Walkowiakowie, to kto? Usłyszał, że oficer niemiecki, a matką była jedna z córek arystokratów Lossowów, rodziny znanej w Wielkopolsce.

Tej nocy zaczął sobie przypominać: stary Marszał, milicjant w wielkopolskim miasteczku, idący chwiejnym krokiem przez rynek i bełkoczący coś o jego prawdziwych rodzicach. Ale akurat tego dnia w wypadku zginął najmłodszy brat z rodziny Walkowiaków i Ewaryst myślał tylko o jego śmierci. Przypomniał też sobie dyrektora miejscowej szkoły i dyrektora lokalnego banku, którzy obserwując go, powiedzieli: A oto i nasz Ewaryst. A on był wtedy Rychem, Ryszardem Walkowiakiem, tak miał wpisane w dzienniku szkolnym.

W szpitalu u Zdzisława był znowu dwa dni później, żeby pytać. Zdzisława już tam nie było. Nikt z rodziny nie chciał też powiedzieć, w którym brat jest hospicjum. Termin pogrzebu podali niewłaściwy. Jakby się bali, że Ewaryst będzie dalej wypytywał.

Zofia wyznała
Tym bardziej czuł, że musi pytać. Żyła jeszcze kuzynka ojca Antoniego Walkowiaka, Jadwiga, lat dziewięćdziesiąt parę. Pojechał, ale ciotka upierała się, że urodziła go na pewno mama Walkowiakowa. Mówiła: Tuż po wojnie. Ale jak po wojnie – wykłócał się Ewaryst – skoro ja jestem rocznik 1941?! Na to ciotka obraziła się, zamknęła w sąsiednim pokoju na klucz i umarła. Reszta rodziny Walkowiaków nie chciała już się spotykać.

Tam, gdzie zgodnie z aktem urodzenia miał przyjść na świat, urzędniczka zamknęła z hukiem księgę, pisaną jeszcze po niemiecku, zasłaniając się ochroną danych osobowych. Ewaryst nie znał prawa na tyle, żeby zaprotestować. W Gryżynie pod Kościanem, gdzie mieli rodowy pałac Lossowowie z tej linii, odnalazł panią piszącą książki o regionie, ale dowiedział się tylko, że panny Lossow były trzy. Oraz że nie powinien szargać dobrego imienia tej rodziny.

Trzy siostry, ale najmłodszej, Heleny, w ogóle nie brał pod uwagę. Okazała się słynną polską zakonnicą. Wielką Siostrą Joanną od Ekumenizmu, która Janowi Pawłowi II pisała na karteczkach, jak mówić o innych Kościołach, a przedstawiciele kleru o poglądach silnie narodowych mówili o niej: Ta baba. Szukał pozostałych sióstr Lossow. Do zakonu dzwonił tłumacząc, że szuka matki, więc prosi o spotkanie z siostrą Joanną, która musi coś wiedzieć. Ale na dźwięk jego głosu zaczęto w końcu odkładać słuchawkę.

Ewaryst zajął się więc wyłuskiwaniem wszystkich Lossowów po świecie. W Niemczech, w Szwajcarii, Anglii – bo stara arystokracja przez lata się rozpierzchła. Choć jeździł na każdy sygnał, udało się dopiero po dwóch latach, z pomocą detektywa: w Yorku, w Anglii, mieszkała potomkini Lossowów. Numeru telefonu użyczył ksiądz z polskiej parafii. Gdy Ewaryst się przedstawił, po drugiej stronie słuchawka na moment wypadła komuś z ręki. Po chwili usłyszał, że od początku powinien był szukać zakonnicy. Zofia, która odebrała telefon w Yorku, okazała się jego cioteczną siostrą, córką najstarszej siostry matki.

Był marzec 2005 r. Helena Lossow, siostra Joanna, czyli matka Ewarysta, w wieku 96 lat zmarła w Warszawie dwa miesiące wcześniej.

Maria zbadała
Detektyw pojawił się, gdy Ewaryst – ekonomista i zajmujący się handlem międzynarodowym biznesmen – zdał sobie sprawę, że sam niewiele już znajdzie. Detektywowi udało się odnaleźć drugą żyjącą krewną, w Warszawie. To Maria, bratanica matki. Ojca Marii, a swojego brata, Helena Lossow wyciągnęła z rąk gestapo.

Maria też chciała wiedzieć. Zgodziła się oddać swoje DNA do badań. Ale choć szef laboratorium w Bydgoszczy osobiście przyjechał do Warszawy pobrać materiał genetyczny, to po miesiącu oddał pieniądze bez słowa wyjaśnienia. Wyników nie było.

Kolejne instytuty z miejsca odmawiały słysząc, że chodzi o znaną zakonnicę. W końcu zgodził się Wrocław. Ewaryst z żoną zawieźli tam Marię, tym razem wzięli też koperty z listów, które Maria dostawała przez lata od swojej ciotki Heleny. Pod znaczkami mogły być jeszcze jakieś ślady DNA w ślinie.

Ewaryst niby wiedział swoje, a jednak niepokoił się. Już trzy lata poświęcił na szukanie matki. A jeśli to nie ta kobieta?

Lecz, mówi, chyba dostawał znaki. Pierwszy – gdy 10-letni syn trochę narzekał, że rodzice wciąż gdzieś wyjeżdżają. Obiecali mu na pocieszenie psa. W drodze po psa mieli zderzenie czołowe, karoseria była sprasowana. Ale Ewaryst wysiadł bez jednego guza, a żona tylko ze zwichniętą ręką. Pomyślał, że to znak od matki.

Drugi był dzień później. Syn oznajmił, że zostaje ministrantem, bo musi teraz podziękować Bogu, że mu uratował rodziców. Tak więc w rodzinie gorliwego ateisty pojawił się gorliwy ministrant. No tak, pomyślał Ewaryst, matka miała poczucie humoru. Po miesiącu przyszedł wreszcie pocztą wynik badań. Prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że Ewaryst jest kuzynem Marii i synem osoby naklejającej znaczek.

Józef odprawił
Z Marią do dziś są blisko. Za to telefon Zofii z Yorku ostatecznie zamilkł. Kuzynka ta zdążyła jednak opowiedzieć Ewarystowi kolejny fragment jego historii. A więc: było wczesne lato 1941 r. Cała rodzina zjechała się w majątku Józefa Lossowa. Maria też tam była, jeszcze mała, ale przez całe lata będzie się o tym popołudniu w rodzinie opowiadać. Zjawili się dwaj dalecy kuzyni o tym samym nazwisku (trochę tej samej krwi w żyłach, choć mocno rozrzedzonej): Hans von Lossow w towarzystwie brata Jobsta. Hans z bukietem biało-czerwonych róż. Przyjechał prosić o rękę córki Józefa Heleny.

Józef Lossow do historii przeszedł jako wielki polski patriota. Tamtego dnia odprawił niedoszłego zięcia: „Córka nie wyjdzie za Niemca, dopóki choć jeden okupant jest w ich kraju”. Helena była już w ciąży, coraz bardziej widocznej. A Hans i Jobst przyjechali w hitlerowskich mundurach.

Ewaryst szukał kolejnych, którzy coś pamiętali. Składał dalszy ciąg z wielu opowieści. A więc: w 1940 r., gdy jedynego brata Heleny aresztowało gestapo, Hans był w Warszawie wysoko postawionym niemieckim oficerem. Rzecz jasna pomógł. Podobnie pomagał, gdy trzeba było ratować grupę ludzi z łapanki spod wycelowanych już luf. Przychodziła Helena, poprosiła dowódcę plutonu, by wykonał tylko jeden telefon, do Hansa von Lossowa. Dowódca nie był rad, ale wysłuchał rozkazu Hansa. Przez pół wojny Helena żywiła w Laskach 200 osób, korzystając z wystawionej pewnie przez Hansa przepustki. Za przewożenie żywności groziło wtedy rozstrzelanie.

Hans wspierał
Ewaryst zaczął odruchowo odejmować dziewięć miesięcy od daty swojego urodzenia, przekładając kartki w kalendarzu. I zdębiał. Bo trafił równo w imieniny Ewarysta. – To imię dostałem na pewno od rodziców – opowiada. – A przecież upamiętnia się daty szczególne i radosne, wstydliwe woli się zapomnieć. Więc może między nimi po prostu zdarzyła się prawdziwa miłość?

Zaczęło się to składać w całość. Hans, kiedy przyjechał oświadczać się Helenie, był wdowcem. Z Heleną po raz pierwszy spotkali się przed wojną, w Paryżu. On był jeszcze żonaty. Helena – niezależna, obdarzona silną osobowością – kończyła tam studia, miała niewielkie mieszkanie. (Swoją drogą, i Ewaryst pół życia przemieszkał we Francji, z której wrócił do Polski dla żony). Wcześniej przez sześć lat prowadziła sekretariat zakonny u franciszkanek w Laskach, wciąż nie mogąc zdecydować się jednak na złożenie wieczystych ślubów.

Po wojnie Hans jeszcze długo wspierał finansowo zgromadzenie Heleny, choć już się nie spotkali. Dlaczego wspierał, jeśli nie z miłości?

Kolejny fragment opowieści Ewaryst znalazł na cmentarzyku w Laskach, przy grobie matki. Nie spodziewał się, jak silne to będzie doznanie; jakby zawisł nagle poza światem. Tkwił tam więc i tkwił, i tkwił. Aż przejechała obok zakonnica na wózku inwalidzkim. Spojrzała mu w twarz. Powiedziała: Wiem, kim jesteś – masz jej oczy.

Siostra pamiętała maleńkie dziecko, które mieszkało w zakonie, i dzień, kiedy je zabrano. Krzyczało na wozie, za wozem biegła rozpaczając Helena, echo roznosiło się po lesie.

Jeździł na cmentarz i wypatrywał starszych zakonnic, które znały inne fragmenty historii. Np. że Hansa, mniej więcej wtedy, gdy z Lasek odjeżdżało dziecko, wysłano na front wschodni, a Helenę do Żułowa, pod dzisiejszą granicą wschodnią, by tam prowadziła dom zakonu. Złożyła śluby wieczyste oraz przysięgę na Biblię, że nigdy już nie zobaczy syna. Przyjęła imię Joanna. Historycy Kościoła doszukają się, że to po babce, Joannie Lossow – wyznania kalwińskiego. W tym będą upatrywać źródła legendarnej wrażliwości franciszkanki z Lasek na inne wyznania i kultury. Swej biografistce, siostrze Marii Krystynie Rottenberg, siostra Joanna powie jednak, że to od Joanny D’Arc, ale nie tłumacząc dlaczego. Może dlatego, że Joanna D’Arc poszła na wojnę, udając kogoś innego?

Przyjaciel matki i spowiednik opowiedział Ewarystowi, co czuła. On syn nie chciałby przeżyć tych katuszy, co ona. Przepłakać każdej nocy. Dlaczego nie odeszła z zakonu? Ewaryst usłyszał od spowiednika: Może ratowała wszystkim życie? Helena i Hans zarazem zdradzili jej polską ojczyznę i zbrukali jego honor niemieckiego oficera.

Ale dlaczego została w zakonie po wojnie, choć chciała odejść – w 1946 r., a potem w 1956 r.? Spowiednik i zakonnice radzili szukać listów od niej, bo tam jest odpowiedź. Helena-Joanna całe życie pisała podobno w tajemnicy do syna.

Christa Emma zamilkła
Ale w Laskach nie było listów. Ewaryst pojechał do domu franciszkanek na Piwną w Warszawie, gdzie jego matka mieszkała do śmierci, ale nie chcieli go przyjąć. Dostał się fortelem, udając dziennikarza. Dotarł do Marii Krystyny Rottenberg, która całe życie spędziła u boku siostry Joanny, jej poświęciła dwie książki i wciąż ma klucze do jej dawnego pokoju. Usłyszał, że żadnych listów nie ma i nie było.

Dziś Maria Krystyna Rottenberg podkreśla, że nie wierzy w szczerość intencji Ewarysta. Nie wierzy tym bardziej, odkąd opowiedział tygodnikowi „Nie”, iż jest ofiarą Kościoła. – A siostrze Joannie Kościół był najdroższy – zastrzega i dodaje, że to klasztor był jej prawdziwym życiem, to tu rodziły się jej najważniejsze, przełomowe myśli. A Ewaryst, gdyby faktycznie był jej synem, czułby się w obowiązku uszanować ten dorobek myśli i wielkość jej nazwiska.

Tymczasem Ewaryst przestał sypiać. Wciąż myślał o tych przepłakanych przez nią nocach. Wstawał koło trzeciej, robił sobie kawę i siedział tak, patrząc w ścianę. Z tej bezsilnej złości, z tych przesiedzianych nocy, urodziło mu się pytanie kolejne: Gdzie był, u diabła, ojciec? Zaczął szukać.

Od jedynej osoby ocalałej z rodziny – bratowej ojca – dostał na piśmie, żeby już więcej nie nękać starszej pani. Nie odnalazł przyrodniej siostry Christy Emmy z Monachium, wciąż jej szuka. Musi mieć ona dziś ponad 80 lat, nie znalazł nigdzie informacji o jej śmierci.

Grób ojca odnalazł – w Monachium. Zarośnięty, zaniedbany, ze zdemontowaną tablicą i krzyżem. Nad tym grobem nie poczuł już tej magii, co nad grobem matki. Znalazł tylko zwątpienie, że cokolwiek jeszcze uda się ustalić.

Antoni wychował
Ale ustalił. Przypadkiem, na przyjęciu u znajomych pod Kaliszem. Ktoś zadał mu pytanie, czy to nie jego szukała po wojnie w całej Polsce niemiecka kancelaria prawna? Bo szukali dziecka o imieniu Ewaryst, a to rzadkie imię. Resztę ustalił detektyw: ci prawnicy byli wynajęci w latach 50. przez Hansa Lossowa. Znaleźli dziecko w rodzinie państwa Walkowiaków, funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa. Ale Ewaryst żył ze sfałszowaną metryką oraz sfałszowanym aktem chrztu, a jego oficjalni rodzice stanowczo twierdzili, że był ich biologicznym synem.

Hans Lossow, który obu starszych synów utracił na wojnie, wszczął jeszcze przed polskim sądem proces o stwierdzenie faktu jego ojcostwa i przekazanie dziecka pod jego opiekę, lecz sprawę oddalono z powodu braku możliwości uzyskania zeznań od matki zakonnicy.

Reszty Ewaryst doszukał się w swojej własnej pamięci. W rodzinie krążyła opowieść o tym, jak pod koniec wojny wpada Wehrmacht i wszędzie szukają dziecka. Przetrząsają dom, pobliską fabryczkę oraz okolicę, a cała rodzina stoi na baczność i czeka. Ewaryst spytał potem matkę, Weronikę, kogo właściwie szukali. Mówiła, że Zdzicha, najstarszego brata. Ale dlaczego Niemcy szukali akurat Zdzicha? A ja gdzie byłem wtedy? – dopytywał dalej. Usłyszał, że w majątku, u dziadka.

Majątek też pamiętał. Dziadek Walkowiak, ojciec Antoniego, przybranego ojca Ewarysta, był tam zarządcą, bardzo szanowanym, zaufanym. Właścicielem majątku był brat Józefa Lossowa.

Dziadek ogromnie szanował Lossowów. Antoni, jego syn – wręcz przeciwnie. Wyznawał komunizm oraz równość klas. Dzieci wychowywał na Leninie, Ewarysta, czyli Rycha– trochę inaczej. Z jednej strony, jakby mu zależało, żeby Ewaryst nigdy nie poczuł się lepszy od braci. Z drugiej, to właśnie Ewarysta zabierał co miesiąc do Poznania. Mały czekał w restauracji, Antoni wracał z pieniędzmi i zawsze szli na zakupy po garnitur. Choć bracia nie mieli garniturów. Ale wszystko, co mu ojciec podawał do przymiarki, miało rękawy do kolan. Ewaryst wychodził przekonany, że ojciec z niego kpi.

Więc Poznań! Detektyw odnalazł w tym mieście ślad trzeciej siostry Lossow, ale już nie żyła.

Ewaryst dojrzał
Niebawem minie osiem lat, odkąd Ewaryst zaczął szukać. Kończy siedemdziesiąt.
Długo do tego dojrzewał, ale w końcu przyznał przed sobą, że nie byłoby tej wielkiej, wybitnej zakonnicy, gdyby jego matka spędziła życie przy nim. Nie byłoby jej odwagi osoby, która święcie wierzy, że ludzie na całym świecie są podobni, i która już nic w życiu nie ma do stracenia. To ona podkładała kardynałowi Wyszyńskiemu pod talerze z zupą ponaglające listy tak długo, aż w końcu zgodził się na jej, pierwsze w historii, ekumeniczne spotkanie z ludźmi innych Kościołów. Założyła Ośrodek Ekumeniczny. Sekretarzowała w Radzie Ekumenicznej. Żyła tym. Myśli, że miał wielką matkę.

Ale szukając jej, odnalazł też dziadków. Którzy woleli oddać dziecko obcym niż kochającemu ojcu, ale Niemcowi. Choć nazwisko mieli matka i ojciec to samo, a w żyłach sporo tej samej krwi. Polskie dziecko dorosło więc w rodzinie funkcjonariusza służb, które zajmowały się zwalczaniem Kościoła.

Ewaryst przeczytał już wszystkie wywiady z matką i jej książki i wierzy, że i ona dostrzegała ten sam absurd. Pięć lat przed śmiercią, w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, tłumaczyła, że ksenofobia, antyekumenizm, antysemityzm są grzechami ciężkimi. Oraz że do zrozumienia innych nie wystarczy pojednanie.

To, co mógł jeszcze zrobić dla siebie, to wystąpić o sądowe sprostowanie aktu urodzenia oraz wpisanie właściwych imion rodziców do dowodu osobistego. I krew w nim się burzy, gdy słyszy, że dla dobra sprawy nie powinien. Bo matka jest typowana na świętą, a teraz fanatyczni krytycy łatwo podważą cały jej dorobek. Bo czyż Bóg – zapytają – mógł powierzyć jakieś dzieło matce nieślubnego dziecka?

[2010.12.27] Polityka.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: