FiM – Hoser na Czarnym Lądzie

Ordynariusz diecezji warszawsko-praskiej abp Henryk Hoser cierpi na alergię wywoływaną słowem Rwanda. Chodzi o afrykański kraj, w którym spędził jako misjonarz prawie 20 lat.

Hoser wywodzi się z zakonu pallotynów. Miał 27 lat i szczycił się dyplomem lekarza, gdy w 1969 r. wstąpił do zakonu. Zaraz po wyświęceniu (1974 r.) przełożeni skierowali go na roczny kurs języka francuskiego i medycyny tropikalnej, po czym został wysłany na misję do Rwandy. Zaczynał tam od posady wikariusza, a skończył na funkcji sekretarza dwóch komisji miejscowego Episkopatu oraz szefa organizacji zajmujących się profilaktyką medyczną i problematyką socjalną. Kierował m.in. Ośrodkiem Medyczno-Socjalnym w Rwandzie, sprawował funkcję przewodniczącego Związku Stowarzyszonych Ośrodków Medycznych w stołecznym Kigali. W hierarchii zakonnej doszedł wówczas do szczebla delegata prowincjała, czyli dowódcy wszystkich pallotynów pracujących w regionie. Przez 10 lat przewodniczył też Konferencji Wyższych Przełożonych Zakonnych i Stowarzyszeń Życia Konsekrowanego w Rwandzie, tzn. kontrolował działalność wszystkich mnichów i mniszek – niezależnie od ich przynależności organizacyjnej oraz koloru skóry. Krótko mówiąc: był duchownym bardzo wpływowym i utrzymywał doskonałe kontakty z nawróconym na katolicyzm miejscowym establishmentem.

Apogeum wojny domowej toczącej się w Rwandzie od 1990 r. było ludobójstwo (więcej o jego przyczynach i przebiegu – czytaj na str. 23). Akcja rozpoczęła się z 6 na 7 kwietnia 1994 r. i trwała do 10 lipca. Bojówki faworyzowanego przez Kościół katolickiego plemienia Hutu wymordowały w tym czasie około miliona członków równie katolickiego plemienia Tutsi. Najchętniej poprzez odcięcie głowy maczetą, bo to pozwalało oszczędzać na amunicji. Tysiące ludzi zamknięto w kościołach i spalono.

Księdza Hosera nie było wówczas w Rwandzie. Wyjechał we wrześniu 1993 r. w celu odbycia „roku formacyjnego”, co w slangu zakonnym oznacza zmianę klimatu i regenerację psychiki przed nowymi zadaniami. Prawie miesiąc spędził w Rzymie (od 10 kwietnia do 8 maja 1994 r.) jako ekspert Zgromadzenia Synodu Biskupów dla Afryki.
„Zbiegło się w czasie z masowymi zbrodniami w Rwandzie. Na synodzie byłem jedynym przedstawicielem tego kraju, gdyż biskupom stamtąd nie udało się dojechać. Z ław synodu wraz z innymi biskupami, w większości afrykańskimi, obserwowaliśmy to, co się tam działo. Moją rolą było wyjaśnianie, o co rzeczywiście chodzi”– wspomina abp Hoser w wywiadzie dla Katolickiej Agencji Informacyjnej.

Obserwowali w grobowym milczeniu, choć zdaniem wielu międzynarodowych ekspertów (powołano potem specjalne komisje) szybkie i zdecydowane stanowisko Kościoła mogło powstrzymać sfanatyzowane bojówki.

W lipcu 1994 r. ks. Hosera znowu pilnie wezwano do Watykanu. Otrzymał nominację na specjalnego wizytatora apostolskiego w Rwandzie, czyli namiestnika, który pod przedłużającą się nieobecność nuncjusza (abp Giuseppe Bertello uciekł w pierwszych dniach ludobójstwa) miał odbudować strukturę kościelną i życie religijne. Rozpoczął 5 sierpnia, gdy fala ludobójstwa opadła i nastał czas liczenia trupów.

„W 1994 r. większość [misjonarzy z Europy], powiedziałbym nawet, że prawie wszyscy, najpierw biernie przyglądała się zabijaniu, a zaraz potem wsiadła do samolotów i odleciała z Rwandy. Działo się to zwykle w pierwszych dniach ludobójstwa. Duszpasterze zostawili swoje owce w największej potrzebie (…). Wrócili, kiedy maczety były jeszcze ciepłe. Mieli wysoko podniesione głowy. Bo Kościół w Rwandzie, tak ja go zobaczyłem, jest tryumfujący, zadowolony z siebie. I wtedy, i dzisiaj. Jakby kilkanaście lat temu nie dokonano tam jednego z największych ludobójstw w historii. Jakby nie zrobili tego przede wszystkim katolicy. I jakby ofiarami nie byli głównie katolicy (…). Pretensje do Kościoła są olbrzymie. A nieufność? Nie wiem, z której strony większa. Domy misjonarzy są otoczone wysokimi murami. Bramy z żelaza otwiera się tylko wtedy, gdy ksiądz wyjeżdża z domu albo wraca”– stwierdził przed dwoma laty reportażysta Wojciech Tochman(autor książki „Dzisiaj narysujemy śmierć”, opartej na relacjach świadków zbrodni w Rwandzie) w rozmowie z ks. Adamem Bonieckim, opublikowanej na łamach „Tygodnika Powszechnego”.

„Katolicy Tutsi po prostu zawiedli Kościół, mieli przed misjonarzami własne pomysły na życie. Hutu byli dla chrześcijaństwa bardziej spolegliwi i stali się szybko tą cząstką ludu Bożego preferito”– zauważył ks. Boniecki.

Tochman cytuje w książce m.in. ks. Stanisława Filipka z pallotyńskiej parafii Gikondo, gdzie bezskutecznie szukało schronienia ponad 100 Tutsi wraz ze swoimi dziećmi. Wszyscy zostali zaszlachtowani, ale najpierw… „w kościele był wystawiony Najświętszy Sakrament, więc ludzi wyprowadzono na zewnątrz”. Tak zeznał ks. Filipek.

„Zawierucha wojenna zniszczyła w różnym stopniu wszystkie placówki, na szczęście nikt z misjonarzy nie zginął”– cieszyło się w 1998 r. kościelne czasopismo „Horyzonty misyjne”. „Po tragicznych wydarzeniach wojny domowej, która rozegrała się w Rwandzie w 1994 r., u misjonarzy była zdecydowana wola pomocy i solidarności z cierpiącym Kościołem rwandyjskim, która wyrażała się w powrotach na często doszczętnie zrujnowane miejsca pracy apostolskiej” – dumnie obwieścił Pallotyński Sekretariat Misyjny.

###

W czasie gdy Tochman pisał swoją książkę, Hoser był już ordynariuszem i arcybiskupem.
– Zostałem przyjęty na audiencji, zadałem kilka istotnych pytań i pan Hoser odpowiadał sprytnie, tak, żebym nie mógł niczego zacytować. W slangu dziennikarskim nazywamy to bełkotem. Wiele słów, ale nie ma jak zacytować tego w tekście – wspomina autor i dodaje, że w Rwandzie wszyscy mieli świadomość zbliżającego się ludobójstwa. W komitecie centralnym rządzącej partii zasiadał przecież arcybiskup Kigali, który był też prywatnym doradcą prezydenta Juvenala Habyarimana.
– Kościół dobrze wiedział, że rząd sprowadza z Chin kilkaset tysięcy nowych, błyszczących maczet. Wiedział, że szkolone są bojówki. Trudno mi sobie wyobrazić, że nie wiedział o tym Watykan – podkreśla Tochman.

Gdy afera wokół wyrzucenia z parafii ks. Wojciecha Lemańskiego sprawiła, że niektóre media zaczęły przebąkiwać o plamach w życiorysie abp. Hosera, ten udzielił 6 lipca obszernej wypowiedzi Katolickiej Agencji Informacyjnej zapewniając, że:
# Kościół w Rwandzie był wielkim poszkodowanym, bowiem stracił czterech biskupów, 150 księży i ok. 140 sióstr zakonnych;
# Gdy rozpoczęły się masowe mordy „komunikacja była niemożliwa”, ale „ukazywały się krótkie apele”, zaś „w kolejnych latach Kościół bardzo silnie włączył się w próby tworzenia fundamentów pod pojednanie, starając się zbliżyć zwaśnione strony”;
# „Oskarżanie duchownych o udział w dokonywanych zbrodniach jest mijaniem się z prawdą”, aczkolwiek „byli księża, którzy sympatyzowali z tą czy z tamtą stroną”;
# Kościół nie ma żadnego wpływu na ewentualną ekstradycję do Rwandy duchownych, którzy pracują dziś w innych krajach, a oskarżani są o udział w ludobójstwie;
– To absolutne brednie. Kościół wiedział o tym, co się dzieje w Rwandzie – skomentowała twierdzenia abp. Hosera Linda Melvern, była konsultantka Międzynarodowego Trybunału Karnego dla Rwandy.

Malvern podkreśla, że Hoser zaliczał się do rwandyjskiej elity, a kościelna hierarchia legitymizowała rasistowską politykę rządu:
– W latach poprzedzających ludobójstwo Tutsi żaden z hierarchów nie wystąpił przeciwko reżimowi. Księża często popierali tych, którzy domagali się wymordowania Tutsi. Wiele dokumentów wskazuje na to, że gdyby władze kościelne pozostały na miejscu, to nie doszłoby do ludobójstwa.

Christopher Hitchens, nieżyjący już pisarz, dziennikarz i krytyk literacki, wspomina wydarzenia w Rwandzie na stronach swojej książki „Bóg nie jest wielki. Jak religia wszystko zatruwa”:

Nie był to wcale atawistyczny napad żądzy krwi, lecz z wyrachowaniem przećwiczona afrykańska wersja „ostatecznego rozwiązania”. Pierwsze sygnały pojawiły się w 1987 r., kiedy to katolicki wizjoner o imieniu „Mały Otoczak” zaczął słyszeć głosy oraz doznawać wizji z udziałem Dziewicy Maryi. Owe głosy oraz wizje ociekały wręcz krwią, przepowiadając rzezie i masakry, nawet apokalipsę, ale też – jakby w ramach zadośćuczynienia – ponowne nadejście Jezusa Chrystusa w dzień Wielkiej Nocy 1992 r. Objawienia Matki Boskiej na szczycie góry Kibeho zostały poddane weryfikacji przez struktury Kościoła katolickiego i uznane oficjalnie za wiarygodne. Małżonka prezydenta Ruandy, Agathe Habyarimana, również doznała transcendentnych wizji i nawiązała bliskie kontakty z biskupem Kigali. Człowiek ten, monsignor Vincent Nsengiyumva, jest równocześnie członkiem komitetu centralnego rządzącej partii prezydenta Habyarimany. To polityczne ugrupowanie, wraz z innymi organami państwa, szczyciło się atakami na kobiety Tutsi, które zostały przez jej członków autorytarnie uznane za „nierządnice”, oraz podżeganiem katolickich aktywistów do demolowania sklepów, w których sprzedawano środki antykoncepcyjne. Z biegiem czasu zaczęły rozchodzić się pogłoski o bliskim już spełnieniu się proroctwa oraz o tym, że „karaluchy” – mniejszość Tutsi – już wkrótce spotka los, na jaki dawno zasłużyły. Tuż przed ostatnim objawieniem maryjnym na górze Kibeho, biskup Augustyn Misago pojawił się tam osobiście wraz z oddziałem policji i powiedział grupie 90 dzieci Tutsi, które szykowano do masakry, żeby się nie obawiały, ponieważ policja je ochroni.

Ksiądz Henryk Zieliński, redaktor naczelny tygodnika „Idziemy” wydawanego przez diecezję warszawsko-praską, w numerze 28 z 14 lipca przekonuje: „Atak na abp. Hosera ma związek z odwołaniem ks. Lemańskiego z probostwa w Jasienicy. Pytania o Rwandę stawiał przecież ks. Lemański Arcybiskupowi już przed paroma laty jako jeden z pierwszych! Media wykorzystujące dotąd zbuntowanego księdza w swoich atakach na Kościół podnoszą ten sam zarzut, usiłując zaszczuć Arcybiskupa na tyle, aby nie miał już sił egzekwować posłuszeństwa od ich pupila”.

Proste, ostateczne i jakże oczywiste rozwiązanie…

[2013] FaktyiMity.pl Nr 30(699)/2013

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: