FiM – Kapelan w natarciu

Oficerowie polityczni w sutannach piją i biją. Za nasze pieniądze…

W poniedziałek 27 czerwca ok. godz. 23 pod plebanię parafii przy ul. Sobótki w Gdańsku-Wrzeszczu podjechał  samochód.  Wysiadł  z niego (zdaniem  naocznego  świadka  wytoczył  się)  mężczyzna.  Był  ubrany w strój cywilny, ale mieszkająca niemalże drzwi w drzwi Beata K. bez trudu  rozpoznała  w nim  wikariusza przemieszczającego się na ogół motocyklem  BMW.  Gdy  marynarskim krokiem  doszedł  do bawiącego  się jeszcze, mimo późnej pory, jej 12-letniego syna i zaczął  walić  dzieciaka po twarzy,  przez  chwilę  nie  mogła uwierzyć własnym oczom.
– Korzystając z bardzo ciepłego wieczoru,  siedziałam  w ogródku przed domem,  a mój Patryk jeździł na rowerze. Syn był do niedawna ministrantem;  służył  do mszy przez 3 lata. Ksiądz, wyraźnie pijany,  kilkakrotnie  mocno  uderzył  go w twarz. Nie mam pojęcia dlaczego. Gdy ochłonęłam  i zaczęłam  krzyczeć, spłoszony uciekł na plebanię – relacjonuje matka chłopca.

Kobieta wezwała policję i już po kilku minutach funkcjonariusze przybyli na miejsce incydentu.
– Opowiedziałam im, co się wydarzyło.  Próbowali  porozmawiać z księdzem Andrzejem, ale ten nie zgodził się wyjść na zewnątrz. Przez domofon odparł, że nie ma o czym rozmawiać, bo ja opowiadam jakieś bzdury.  Policjanci  byli  bezradni i w tej sytuacji nie mieli już nic do roboty.  Poradzili,  żebym  przyszła na komisariat złożyć  do protokołu formalne zawiadomienie o przestępstwie. Tak też zrobiłam, ale policjant, który mnie przyjął, nie chciał nawet  słyszeć  o protokole.  Powiedział tylko, że mogłam od razu wymierzyć sprawiedliwość i nastrzelać księdzu po pysku, zamiast zawracać im głowę – dodaje Beata K.

Duchowny,  który  wyżywał  się na jej dziecku, to 37-letni ksiądz podporucznik Andrzej Sz. Pochodzi z diecezji  siedleckiej.  Tam  uzyskał święcenia  kapłańskie,  a po kilku  latach parafialnej poniewierki zaciągnął się  w 2007  r.  do Ordynariatu  Polowego Wojska Polskiego. Błyskawicznie został oficerem (po kursie w Centrum  Szkolenia  Straży  Granicznej) i obecnie – jako wikariusz parafii wojskowo-cywilnej  Matki  Odkupiciela w Gdańsku-Wrzeszczu  – od dwóch lat  sprawuje  funkcję  kapelana Morskiego  Oddziału  Straży  Granicznej, Szpitala  Marynarki  Wojskowej w Gdańsku-Wrzeszczu  oraz  Urzędu Celnego  (wraz  z jego  oddziałami) w Gdańsku.  Krótko  mówiąc  – jest w Trójmieście szychą, co wyjaśnia brak entuzjazmu policji wobec próby zgłoszenia przez Beatę K. przestępstwa.

Po gruntownym zbadaniu tej historii  zadaliśmy  rzecznikowi  prasowemu  Komendanta  Miejskiego  Policji  w Gdańsku  kilka  pytań.  Użyliśmy drobnego podstępu, sygnalizując w piśmie,  że  coś  wprawdzie  słyszeliśmy  na temat  „pobicia  dziecka przez  jednego  z duchownych”  pracujących w parafii przy ul. Sobótki, ale nie znamy żadnych szczegółów, więc  będziemy  bardzo  wdzięczni za informacje o rezultacie interwencji  i stanie  ewentualnego  postępowania karnego bądź wyjaśniającego.

Jeszcze  tego  samego dnia  nadeszła odpowiedź, że tkwimy w kolosalnym  błędzie, bo policja we Wrzeszczu nic nie wie o żadnym pobiciu,  a już  tym  bardziej  o podejrzeniach wobec księdza.
– To musi być jakieś nieporozumienie. Sprawdziłam, ale nigdzie nie odnotowano takiego incydentu – wyjaśniła  w rozmowie telefonicznej aspirant  Aleksandra Siewert z KMP w Gdańsku.

Wyraźnie w tym miejscu podkreślamy, że nie mamy cienia żalu do pani rzecznik. Zadziałała profesjonalnie,  chociaż  przekazała  nam  to,  co jej  zaserwowano.  Gdy  odkryliśmy przed policjantką karty (szczegóły zajścia i nazwisko agresora), po kilku godzinach oficjalna wersja  uległa radykalnej zmianie.
– Okazuje się, że mieliście państwo rację. Nie było naszą intencją, żeby cokolwiek zataić. To pierwotne przekłamanie nastąpiło ze względu na rytm służb funkcjonariuszy, ale już wysyłamy pismo, jak naprawdę było – tłumaczyła asp. Siewert.

A było podobno tak: „W dniu 27 czerwca  ok.  godz. 23.15  na numer alarmowy Policji zadzwoniła kobieta, która zgłosiła, że pewien mężczyzna uderzył jej dziecko. Policjanci z Wrzeszcza natychmiast przyjechali na miejsce zdarzenia. Z relacji zgłaszającej kobiety wynikało, że chwilę wcześniej mężczyzna, który wysiadł z samochodu, podszedł do jej 12-letniego syna jeżdżącego przed domem na rowerze, szarpnął go za bluzkę i uderzył w głowę. Następnie wszedł do pobliskiego budynku. W pierwszej kolejności interweniujący funkcjonariusze zapytali o stan zdrowia dziecka.  Matka  chłopca  stwierdziła, że dziecku nic nie jest, dobrze się czuje. Chwilę później policjanci zadzwonili domofonem do budynku, gdzie miał przebywać wskazany przez zgłaszającą mężczyzna. Rozmawiając z funkcjonariuszami przez domofon, mężczyzna, który się zgłosił, zaprzeczył całemu zdarzeniu”.

„Pewien  mężczyzna”,  „pobliski budynek”…  Dlaczego nie ksiądz i plebania?

Pani rzecznik wyjaśniła dalej, że mundurowi pouczyli matkę o prawie do złożenia zawiadomienia o popełnieniu  przestępstwa ściganego wyłącznie w trybie prywatnoskargowym, ale  – według stanu  na dzień 6  lipca  – kobieta  nie  zgłosiła  się do komisariatu we Wrzeszczu.

I niech tam już na nią raczej nie czekają, bo nauczona doświadczeniem Beata K. czeka, aż ksiądz podporucznik wróci z urlopu…

###

Przed Sądem Rejonowym w Siemiatyczach zakończył się 30 czerwca proces ks. Sławomira W. z diecezji  drohiczyńskiej  (sprawował w kurii  funkcję  szefa  Sekcji  Młodzieżowych  Organizacji  Katolickich), który po pijanemu (3,17 promila) usiadł za kółkiem i zabił człowieka,  a kilka  innych  osób  wysłał do szpitala.  Został  za to  skazany na 3 lata bezwzględnego pozbawienia wolności oraz zadośćuczynienie rodzinie  zmarłego  kwotą 50  tysięcy złotych.

Sprawa  była  bardzo  głośna  na Podlasiu,  bo  ksiądz  W.  jest  krewniakiem  biskupa  drohiczyńskiego Antoniego  Dydycza,  ostro  krytykowanego  za tolerowanie  swawolnego kapłana, choć jego upodobania do alkoholu były od dawna i powszechnie  znane  (por.  „Smród  to rodzinka” – „FiM” 15/2010). Tymczasem mało kto wie, że ów duchowny figurował do niedawna na liście płac Ordynariatu Polowego.
– Przyjął  go  w szeregi  świętej pamięci  biskup Tadeusz Płoski (były głównodowodzący Ordynariatu; zginął w katastrofie smoleńskiej –dop.  red.). Tłumaczył, że uległ prośbom Dydycza.  Mianował Sławomira W. wikariuszem parafii wojskowej w Mińsku Mazowieckim, oddając  mu  pod opiekę  bazę  lotniczą i ośrodek szkolenia Żandarmerii Wojskowej.  Kilka  miesięcy później wysłał go do Wrocławia na kurs oficerski. Cały ten eksperyment  skończył  się  fatalnie,  bo ksiądz W. zaczął pić jak smok i trzeba go było dyskretnie wycofać do rezerwy.  Słyszałem, że przebywał później przez jakiś czas na odwyku – wspomina emerytowany kapelan z Warszawy.

Potwierdzamy  – przebywał. I wrócił…

Na garnuszku  państwa  pozostaje  aktualnie  ponad 150  kapelanów „mundurowych”  będących  żołnierzami  lub  funkcjonariuszami  oraz ok. 20 tzw. kapelanów pomocniczych (duchowni, którzy obok pracy w macierzystej  parafii  lub  zakonie  wykonują  zadania  zlecone  przez biskupa  polowego).  Podatnicy  finansują  też  warsztaty  pracy  oficerów  w sutannach,  pokrywając  pełne  koszty  utrzymania  (włącznie z zakupami akcesoriów liturgicznych) 93 parafii. Budżet Ordynariatu Polowego to kwota 20,5 mln zł. Wypłacane są z niej przede wszystkim pensje, premie, nagrody i ekwiwalenty pieniężne dla księży (w sumie 14  mln 160  tys.  zł,  czyli  średnio 6,5  tys.  zł  brutto  miesięcznie na głowę) oraz obsługujących ich pracowników (4 mln 130 tys. zł). Statystycznie rzecz ujmując, jeden  kapelan  wraz  z infrastrukturą kosztuje nas prawie 10 tys. zł miesięcznie.

[2011] FaktyiMity.pl Nr 28(593)/2011

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: