FiM – Kosy na sztorc

Parafianie prostują pochylone karki. Buntują się przeciwko wielebnym. Grożą proboszczom wywózką na taczkach!

Bunt pierwszy

O wyczynach ks. Ryszarda Kokoszki pisaliśmy już na naszych łamach („FiM” 16/2002) i być może nie wracalibyśmy do tematu, gdyby nie kolejny rozpaczliwy list mieszkańców Brodni i kilku okolicznych wsi, nadesłany do redakcji. „Pazerność proboszcza, jego buta i chamstwo nie znają granic. Boli nas to szczególnie, bo dotyka nasze dzieci – napisali w liście do „FiM”.
– Przez proboszcza coraz mniej ludzi odwiedza nasz kościół. Niestety, ani protesty, ani skargi kierowane do kurii we Włocławku nie przynoszą żadnego rezultatu. Boimy się, że dojdzie tu wreszcie do tragedii”.

Cóż takiego zrobił ksiądz Kokoszka? Lista grzeszków jest długa. Kilka lat temu zburzył przykościelną kapliczkę, która – jak mówią mieszkańcy – „wojnę przeżyła i nawet Niemcy ją uszanowali”. Rozpoczął też usuwanie malowideł w kościele. Wówczas protestujący parafianie zabili świątynię deskami. Ksiądz zaszył się w mysiej norze i pojawił się dopiero po wielu dniach, gdy emocje opadły. Nawet z tej bolesnej lekcji
pleban z Brodni nie wyciągnął należytych wniosków.
– Przede wszystkim ciągle wymusza od nas pieniądze – mówi jedna z mieszkanek wsi. – Do remontu kościelnej wieżyczki wolał ściągnąć obcych rzemieślników i zapłacić im rzekomo 150 tysięcy złotych niż zatrudnić miejscowych dobrych i znacznie tańszych fachowców. Dlaczego?
Z prostego powodu: wiedzielibyśmy, ile naprawdę kosztował ten remont. Przekręt był również z dzwonami, bo choć stare nie wymagały wymiany, trzeba było kupić nowe, które kosztowały olbrzymie pieniądze.
– Gdy ksiądz pojawił się u nas kilka lat temu, nakazał składkę na remont plebanii – opowiada pani Helena. – Później okazało się, że ktoś pieniądze skradł i trzeba było powtórnie organizować zbiórkę. A o kradzież ksiądz oskarżył niewinnego człowieka.
– Nie wszystkich stać na hojne datki, a mimo to – gdy chodzi po kolędzie – nie przyjmuje mniej niż 50 złotych – mówi kolejna mieszkanka Glinna.

Choć w wielu tutejszych wsiach ludziom się nie przelewa, bo ziemie lichutkie, ksiądz bezustannie wymyśla zbiórki pieniędzy. Co z nimi robi? Z pewnością nie przeznacza na remont świątyni… A samochody zmienia jak rękawiczki. Ma też japoński motocykl. Bezustannie gdzieś jeździ, znika na całe dnie. Parafianie opowiadają, że miał kilka wypadków po pijaku, ale wszystkie jakoś udało mu się zatuszować.

Pazerność proboszcza sprawia, że w parafii funkcjonuje swoisty cennik: jeśli ktoś potrzebuje od proboszcza jakieś zaświadczenie lub chce np. zawrzeć ślub, musi natychmiast zapłacić za każdą nieobecność na niedzielnej mszy. Za każdy rok trzeba wybulić minimum 50 złotych plus kolęda. Ksiądz skrupulatnie odnotowuje wszystko w swoich notesie.

Najbardziej poszkodowane są dzieci. Wiele z nich uczęszcza do szkoły we Włyniu (sąsiednia parafia), co jest powodem bezustannych konfliktów. Proboszcz nie zgadza się, by dzieci przystępowały do pierwszej komunii w tamtej parafii, gdyż cierpi na tym jego kasa. Dlatego ubliża maluchom. Poniża też dorosłych. Przystępującym do komunii parafiankom przygryzł: „Wywalacie te jęzory i z gęby wam śmierdzi”.

Ostatnio na cmentarzu podczas pogrzebu ubliżył starszej kobiecie, nazywając ją publicznie starą małpą. – Nie chcemy takiego kapłana – mówią zdenerwowane mieszkanki Glinna i okolicznych wsi. – W Siedlątkowie czy Zadzimiu są księża z prawdziwego zdarzenia. Zwracaliśmy się do nich po pomoc, ale boją się Kokoszki i jego kumpla – dziekana Wrzoska z Warty. Ten ostatni potrafił tak pobić młodego wikarego, że musiała interweniować policja. W ostatnich miesiącach coś jednak w ludziach pękło. Kokoszka nakazał, by każda rodzina co miesiąc płaciła mu po 20 zł, ale ludziska wypięli się na to dictum.
– Jeśli nasz proboszcz nie zmieni swojego postępowania – mówi mieszkaniec Glinna – wypędzimy go z naszej parafii. Niech wyjedzie stąd jak najszybciej. Specjalna taczka czeka już w stodole…

Bunt drugi

Bunt wybuchł w połowie lutego bieżącego roku. W walentynki poddębiczanie dowiedzieli się o odejściu wikarego, ks. Sławka Górskiego. Polubili tego kapłana, bo – jak mówili – to swój człowiek, życzliwy i niepazerny. Podczas kolędy nie domagał się pieniędzy i to się parafianom podobało. Wielu już wcześniej widziało go w roli proboszcza, ale decyzja władz kościelnych była inna. W połowie sierpnia ub. r. przysłano na proboszcza ks. Jana Kozaka. Nowy zarządca nie przypadł parafianom do gustu. Najpierw wyciął krzewy przed plebanią, które rosły tam od dziesięcioleci, potem zaprzestał ogrzewania świątyni podczas nabożeństw. Czarę goryczy przelały podwyższone opłaty za usługi kapłańskie i usunięcie dwóch wikarych. Do gorszących scen doszło podczas nabożeństwa. Jadwiga K. wykrzyczała publicznie proboszczowi, że celowo z ks. Sławka zrobił pijaka, podczas gdy ten był trzeźwy, a w Popielec posypywał głowy popiołem i spowiadał.
– Nikt od niego nie poczuł odrobiny alkoholu! – wykrzyczała. Zgromadzeni w świątyni oklaskami poparli jej słowa. Proboszcz Kozak musiał uciekać z kościoła bocznym wyjściem, bo przy głównym czekali już najbardziej bojowo nastawieni parafianie.

Zbuntowani wierni pojechali do kurii. Kanclerz wysłuchał ich, ale nie podjął żadnej decyzji. Kazał czekać do powrotu z kuracji metropolity Władysława Ziółka. Delegacja zgodziła się poczekać jeszcze kilka dni i poprosiła parafian o zawieszenie broni.

Na wszelki wypadek taczka dla proboszcza czeka.

[2004] FaktyiMity.pl Nr 13(212)/2004

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: