FiM – Ksiądz na prawie drogowym

Czy z klerem można wygrać proces sądowy? Marne szanse – jak mawiają Francuzi.

Przekonał się o tym Wiesław Piotrowski, mieszkaniec jednej ze wsi w pobliżu Szczytna, który prawie dwa lata temu został poszkodowany w wypadku drogowym spowodowanym przez księdza.
– Około godziny 8 jechałem maluchem. Prosta droga, bardzo dobre warunki na trasie – wspomina W. Piotrowski. – W pewnej chwili zjechałem do osi jezdni i wrzuciłem migacz w lewo. Wcześniej dostrzegłem w lusterku zbliżającą się z tyłu skodę fabię i byłem przekonany, że kierowca tego pojazdu zobaczył mój migacz. Gdy zacząłem skręcać, poczułem gwałtowne uderzenie i straciłem przytomność.

A oto jak okoliczności wypadku wspomina siedzący za kierownicą skody ks. Wiesław Kaniuga, wówczas pracujący w parafii w Pasymiu:
– Jadąc trasą Dźwierzuty–Szczepankowo na prostym odcinku drogi zauważyłem jadący przede mną samochód marki Fiat 126 p, a po upewnieniu się, czy z przeciwka nic nie jedzie, rozpocząłem manewr wyprzedzania. Będąc na lewym pasie ruchu i zbliżając się coraz bardziej do tego pojazdu, zobaczyłem nagle, że kierowca malucha włączył kierunkowskaz i zaczął wykonywać manewr skrętu w lewo. Fiat zajechał mi drogę, zacząłem hamować, lecz nie dało to rezultatu i doszło do zderzenia.

W skodzie znajdował się inny ksiądz – Józef Grażul. Kapłani spieszyli się na pogrzeb do oddalonego o około 70 km Kętrzyna. Ks. Grażul oczywiście potwierdził relacje kolegi. Przypadkowi świadkowie zdarzenia nie ukrywali jednak, że ksiądz jechał bardzo szybko i nie zachował należytej ostrożności.

Siła uderzenia była tak duża, że maluch został wyrzucony z drogi i w odległości ponad 30 metrów od zderzenia wpadł na drzewo. Choć W. Piotrowski był w szoku i stracił przytomność, księża nie zawiadomili ani pogotowia, ani policji, gdyż uznali, że „właściwie nic poważnego się nie wydarzyło”. Nieprzytomny kierowca malucha został prywatnym samochodem odwieziony do ośrodka zdrowia, a dopiero stamtąd zabrała go do szpitala karetka pogotowia.
– Od samego początku pomniejszano winę księdza, bagatelizowano zeznania świadków. Gdy w końcu w kwietniu 2006 roku Sąd Rejonowy w Szczytnie wydał wyrok, byłem w szoku. Okazało się, że to ja jestem winien spowodowania wypadku, że nawet nadmierna szybkość pojazdu księdza nie miała żadnego znaczenia, podobnie zresztą jak korzystne dla mnie relacje kilku świadków – wspomina Piotrowski. – Jechałem prawidłowo, nie przekroczyłem szybkości i nie
byłem pod wpływem alkoholu, a jednak zostałem skazany – boleje Piotrowski. Gdyby ksiądz jechał dużo wolniej, z pewnością mógłby wyhamować, wykonać inny manewr, nawet gdyby w ostatniej chwili dostrzegł mój migacz.

Piotrowski odwołał się do sądu wyższej instancji w Olsztynie. Sąd Okręgowy utrzymał wyrok w mocy.
– Nie mogę się z tym pogodzić do dziś, bo, moim zdaniem, sądy były stronnicze i nie uwzględniły wszystkich okoliczności wypadku. Księża, zdaniem kilku świadków, jechali około 140 km/godzinę. Sam kierowca bezpośrednio po wypadku przyznał, że jechał za szybko, co słyszeli świadkowie.

Ks. Kaniuga miał widocznie wyrzuty sumienia, bo kilkakrotnie kontaktował się z ofiarą wypadku, dał nawet 500 zł, ale to było zaraz po zdarzeniu. Teraz nawet nie zadzwoni do Piotrowskiego, który z powodu obrażeń kręgosłupa musiał przejść na rentę i klepie biedę, bo za 600 zł z groszami trudno wyżyć, gdy ma się jeszcze na utrzymaniu trójkę dzieci.
– Zostałem ranny, samochód nadaje się tylko na złom, a mnie skazano jeszcze na grzywnę. Ale mój największy pech to ten, że uderzył we mnie ksiądz…

[2007] FaktyiMity.pl Nr 22(378)/2007

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: