Marek Sułkowski: skłonności ks. Grzegorza z parafii na Tarchominie były znane innym księżom

Skłonności seksualne ks. Grzegorza z warszawskiej parafii NMP Matki Pięknej Miłości były znane w środowisku warszawskich duchownych – mówi Marek Sułkowski, psycholog kliniczny, który poinformował kurię i prokuraturę o tym, że jego pacjent był molestowany przez księdza. – Przychodzili do arcybiskupa, mówili mu o problemie Grzegorza i nic – wyjaśnia w rozmowie z WP.PL. – Zaraz po wyroku poszedł sobie na plebanię i odprawiał mszę – twierdzi psycholog.

WP Marcin Bartnicki: Jak zareagowała kuria, gdy przyszedł pan poinformować o pedofilii ks. Grzegorza?

Marek Sułkowski: Jestem osobą wierzącą, dlatego idąc do kurii Diecezji Warszawsko-Praskiej, byłem naiwnie przekonany, że idę z jakąś tajemnicą, z bardzo ważnym, toksycznym problemem i że kuria natychmiast zrobi wszystko, żeby przynajmniej odsunąć ks. Grzegorza od ministrantów. Do tej pory ten chory człowiek był przenoszony z parafii do parafii, z tego co wiem, był już w co najmniej sześciu. Oficjalnym powodem przenoszenia był alkoholizm, bo to również jest problemem tego księdza. Część mieszkańców parafii zaczęła się burzyć, bo zaczęli dostrzegać rzeczy niepokojące. Przenoszono go do nowej parafii, czyli, powiem wprost: miał przed sobą nową grupę ministrantów i wybierał sobie kolejną ofiarę.

WP: Dlaczego zaznacza pan, że jest wierzący, jakie znaczenie ma wiara w terapii ofiar pedofilii?

– Podkreślam z całą mocą, że jestem osobą wierzącą, żeby nie zarzucano mi, że walczę z Kościołem jako instytucją, więc dodam, że wychowywałem się w naprawdę katolickim duchu, moja świętej pamięci mama była nawet na prywatnej audiencji u Jana Pawła II. W mojej rodzinie również jest ksiądz. To sprawy prywatne, ale mówiąc to, chcę podkreślić, jak ważna dla ludzi w naszym społeczeństwie jest wiara.

W tym miejscu uruchamia się pewien niebezpieczny mechanizm, najprościej mówiąc: takiemu księdzu nie jest tak łatwo znaleźć sobie dorosłego partnera. W związku z tym, przychodzi do niego chora myśl, że jeśli ma do czynienia z ministrantami, z dziećmi, chłopcami, to można nawiązać z nimi kontakty. Ten rodzaj pedofilii – partenofilia objawia się przez pociąg do chłopców (rzadziej również do dziewcząt) i ich inicjacji seksualnej. To cały proces, w trakcie którego nawiązują się kontakty przyjacielskie, ale o podłożu seksualnym. Ten ksiądz uświadamia sobie, że jest autorytetem, że dużo mu wolno. Tu rzecz najważniejsza i dla mnie najbardziej zdumiewająca: rozumiem księdza, który choruje na blokadę popędową i chcąc zaspokoić swoje potrzeby seksualne, zaczyna czynić zło. Ten proces trwa, ale na początku ma sumienie i jest wystraszony, że chce zrobić coś złego lub już to robi, ale ponieważ ma przyzwolenie swoich zwierzchników, nie przestaje tego robić. Nie potrafię zrozumieć jego zwierzchników, jedyne co robią, to przenoszenie księdza z parafii na parafię.

WP: Mieliśmy ostatnio przykład innej reakcji, w sprawie ks. Jacka z Legionowa. Ksiądz, który współżył z uczennicą został wydalony ze stanu duchownego. To była szybka decyzja i największa kara, poza ekskomuniką, jaką Kościół mógł wymierzyć kapłanowi.

– Oczywiście, natomiast chciałbym podkreślić istotne moim zdaniem różnice, między księdzem pedofilem, a „cywilem”. W przypadku, gdy molestuje osoba nie będąca księdzem, z reguły sprawę ujawnia się wcześniej, ponieważ ofiara nie ma tego „bagażu boskiego”, że ten ksiądz jest przecież wysłannikiem Boga i wszystko co robi, jest niejako z imieniem Boga na ustach. Ci księża, w sposób cyniczny, psychopatyczny o tym mówią. W ten czy inny sposób, negatywne rzeczy, które robią, opisują pozytywnymi pojęciami: że jest to „uczenie miłości”, że to przyda się młodemu człowiekowi. Używają swojego kapłańskiego autorytetu. To nie są jednostkowe przypadki.

WP: Ile ofiar pedofilii trafiło do pana?

– Miałem kilkanaście takich przypadków, w tym sześć ofiar księży pedofilów, trzech z tych duchownych jest zewidencjonowanych. Pierwszy z nich to ks. Grzegorz z parafii na Tarchominie. Drugi został uniewinniony przez sąd, a trzeci jest bezkarny w świetle prawa, bo przestępstwo uległo przedawnieniu. Jego ofiara – mój pacjent, ma 42 lata, był molestowany 30 lat temu, a przedawnienie następuje po 15 latach. W tym momencie nie ma sensu zawiadamianie prokuratury. Trzeba zmienić prawo tak, aby takie przestępstwa się nie przedawniały. To najgorszy rodzaj zniewolenia, najbardziej toksyczny dla ofiar. Niech wreszcie społeczeństwo zrozumie, że ministrant nie ma żadnych szans na ujawnienie molestowania.

WP: Czy ta trzecia sprawa, która uległa przedawnieniu, jest znana opinii publicznej?

– Nie jest znana. To mój najtrudniejszy przypadek, 42-letni człowiek. Warto zrozumieć, że im później ofiara zgłasza się na terapię, tym jest w poważniejszym stanie psychicznym. Prowadzę tego człowieka już cztery lata. Jak go zobaczyłem, to stwierdziłem, że to nowość w moim zawodzie, z takim przypadkiem spotkałem się po raz pierwszy. Ten mężczyzna przeszedł na islam, zmienił swój język. Nie mówi po polsku, posługuje się językiem, o którym myśli, że jest arabskim. Nawiązanie kontaktu z nim było bardzo trudne, bo musiałem się nauczyć trochę jego swoistego języka. Wspólnym elementem we wszystkich przypadkach ofiar pedofilii jest wstyd i strach. Bardzo trudno namówić ich, żeby opowiedzieli, co się wydarzyło. Sami próbują to zmieniać, mówić, że po prostu się rozpili, brali narkotyki. Ujawniają swoją przeszłość etapami. Potem cofamy się coraz dalej w przeszłość i mówią: byłem ministrantem.

WP: Zżył się w jakiś sposób ze społecznością muzułmańską?

– Nie, to wszystko dzieje się w jego psychice. W psychice jesteśmy w stanie wymyślić wszystko. To człowiek bardzo inteligentny, ma wyobraźnię. To nie są ludzie upośledzeni umysłowo. On stwarza sobie światy, w których żyje. To w języków psychiatrycznym nazywa się rozszczepieniem osobowości. Mieszka w Polsce, mówi czasami po polsku, ale wraca do swojego świata, w którym jest muzułmaninem. Ma wizje brania udziału w modlitwach w Mekce. Ten świat wewnętrzny zaczyna podobać się człowiekowi bardziej niż zewnętrzny.

WP: Co stało się z księdzem, który molestował tego człowieka?

– Mogę powiedzieć, że żyje i jest już dość leciwym księdzem. Nie stanowi już zagrożenia, ponieważ jego werwa seksualna już minęła. Jest już na emeryturze i zastanawiam się, czy sam dokonał wyparcia, czy stwierdził, że to Bóg kierował jego czynami. Ponieważ nie został ukarany, nie ma odnośnika ziemskiej kary, wszystko jest w rękach Boga. Księża to ludzie wykształceni, którzy uczą się moralności, pogłębiają swoją wiedzę. Dlatego wydaje mi się, że ma przykre momenty samouświadomienia, że bardzo źle czynił.

WP: Znamy niewiele przypadków pedofilii w polskim Kościele, mamy za to informacje na temat samobójstw wśród księży, zdarzają się przypadki alkoholizmu. Czy te zjawiska mogą się ze sobą wiązać?

– Myślę, że mają coraz większą świadomość, że czynią zło, że to narasta. Wtedy idą w alkohol. Sądzę, że główną przyczyną samobójstw jest nieporadzenie sobie ze swoją przeszłością. Alkoholizm to choroba, która w Polsce traktowana jest nieco dziwacznie i dwoiście: albo alkoholik to jest „swój chłop”, albo jest zupełnie do niczego. Na Zachodzie alkoholizm jest uznawany za chorobę, którą się leczy i pomaga się człowiekowi.

WP: Wygląda na to, że w Kościele coś zaczyna się zmieniać, jest większa wola pomocy ofiarom pedofilii.

– Gdy słyszę, że abp Hoser powołuje ośrodek terapeutyczny, to nie bardzo wierzę, że ten ośrodek będzie miał pacjentów. Przecież te ofiary mają fobię antykościelną. To nie jest moja spekulacja, mam kontakt z tymi ofiarami i mówią mi, że dla nich to w ogóle niezrozumiałe, bo cały czas to przeżywają. To tak, jakby wracali do źródła zła. Zaczynają sobie wyobrażać, że zobaczą tam ks. Grzegorza, który wita ich z otwartymi ramionami i mówi, że będzie ich leczył.

WP: Ekke Overbeek opisuje w swojej książce „Lękajcie się” przypadki ofiar, które przemyślały całą sprawę i uznały, że padły ofiarą ułomności jednego księdza. Ci ludzie wracali do Kościoła. Nie są antyklerykałami.

– Elita trzyma się razem. W małych miasteczkach, ksiądz, szef policji, sędzia, radny, burmistrz lub wójt, to ta elita. Oni naturalnie zarządzają jakimś terenem i trzymają się razem. W tym małym Otwocku, gdzie pracowałem przez osiem lat, miałem duże problemy z tym, aby przekonać wszystkie instytucje, że naprawdę ci młodzi ludzie przychodzą do mnie i pracuję z nimi od kilku lat. Gdy poszedłem do prokuratury, podpisując swoje zeznania wyczuwałem, że prokurator traktował mnie jak człowieka niezbyt wiarygodnego. Kościół za bardzo rozszerzył swoje terytorium w sensie oddziaływania. Po pierwsze, prokurator nie jest odpowiednio zaangażowany, bo brakuje mu empatii, zrozumienia że to dziecko zostało skrzywdzone. Ponadto, tenże prokurator, gdy kończy pracę, idzie na mszę i widzi księdza w szatach kapłana, głoszącego Słowo Boże i u tego prokuratora dokonuje się pewien dysonans. Ma problem, bo jako człowiek i chrześcijanin słucha słów kapłana, a później wraca do pracy i ma sprawdzać, czy tenże kapłan, poza swoją służbą, nie czyni czegoś niezgodnego z prawem.

Mamy kościół, ołtarz, ale nie widzimy zakrystii i plebanii. Cały problem polskich księży jest taki, że żyjemy w społeczeństwie ludzi tradycyjnie wierzących. W związku z tym, szczególnie starsi ludzie, wierzą w każde słowo kapłana. Nawet tego nie analizują, po prostu przyjmują na wiarę, że jest prawdziwe. Można, nawet trzeba wierzyć w Boga, bo to ważne dla człowieka, ale nie można tego automatycznie przekładać na kapłana. Kapłan jest zwykłym mężczyzną i mówiąc teologicznie: grzeszy. Znam wielu ideowych księży, którzy odsłonili mi kuchnię Kościoła, gdy mówiłem im, czym się zajmuję. Tacy księża to ogromna większość w Kościele, jest ich znacznie więcej niż pedofilów. Ci księża też podnieśli głowy. Mówili mi, że szli do arcybiskupa, mówili mu o problemie Grzegorza, który był znany w środowisku ze swoich skłonności. I nic.

WP: Mówi pan, że trzy spośród sześciu przypadków ofiar księży pedofilów, którymi się pan zajmuje, dwa są ujawnione. Co z pozostałymi?

– O trzecim, wiem, jak się nazywa, gdzie mieszka, ale nie ujawniam go dlatego, że nie jestem zaciekłym łowcą pedofilów. Bardziej rozumiem tych chorych ludzi – księży pedofilów, niż ich zwierzchników. Podszedłem do problemu logicznie i stwierdziłem, że temu księdzu już nic nie można zrobić. Mam za to kolejnych trzech księży. W tej chwili ofiary podnoszą w Polsce głowy, wyszły z cienia, z głębokiego dołu. Wpajano im, że są współsprawcami: „jesteś piękny, miły, nie mów w domu, bo to jest między nami”. Kilka dni temu dostałem wiadomość od dwóch dwudziestokilkuletnich ludzi, którzy po 13 latach postanowili udać się do prokuratury w odległym mieście nad naszym pięknym morzem. Postanowili zgłosić konkretnego księdza, który nadal pełni swoją funkcję. I chwała im za to. Odpisałem, że jestem z nich dumny. Kolejna pozytywna rzecz: prokuratura przyjmie ich z trochę większą wiarygodnością niż mojego pacjenta.

Ten chłopak przez cały czas to przeżywa. Mój pacjent bardzo przejął się wypowiedzią ks. Lipko, obawia się, że tu jest jakieś zaciemnianie sprawy i odwracanie pojęć, które sprawi że ludzie przestaną o tym mówić i wtedy on stanie pod pręgierzem. Najgorsze co może się teraz wydarzyć, to ukręcenie całej sprawie łba. Wyrok powinien być odstraszający. Ks. Grzegorz dostał wyrok roku więzienia w zawieszeniu na cztery lata, to jest to jakaś paranoja. W praktyce on ani przez chwilę nie został ukarany. Zaraz po wyroku poszedł sobie na plebanię i odprawiał mszę.

WP: Można spodziewać się, że jeśli trafi do więzienia, będzie zagrożony?

– Wiem jak więźniowie ewentualnie będą traktowali swojego nowego kolegę. Wśród więźniów pedofilia to coś najgorszego. Według ich kodeksu, mogą zrozumieć złodzieja, który obrobił pięć banków i dał się złapać – taki człowiek budzi u nich szacunek. Ks. Grzegorz nie będzie budził u nich szacunku. Powinien być odizolowany od innych więźniów i monitorowany.

WP: Czy pedofilie można skutecznie wyleczyć?

– Wszystko zależy od konkretnego przypadku. Jeżeli on ma zaburzenie popędowe, to psychiatra powinien ustawić mu leki tak, aby zniwelować popęd do zera. Aby jakoś funkcjonował, ale patrząc na kogokolwiek, nie widział w nim ofiary. To pierwszy etap terapii. Jednak jeśli skorzysta się z takich leków, organizm szybko się uzależnia. Moja rola jako psychoterapeuty jest taka, aby przy współpracy z psychiatrą, tak ustawić program lekowy, aby ilość przyjmowanych leków była obniżana. Pacjent musi wracać do świadomości pod kontrolą. W przypadku pedofila, to kwestia kilku lat. Poza tym, nawet leki najnowszej generacji niszczą wątrobę, żołądek, a wykryci pedofile, to osoby w wieku starszym.

WP: Ma pan informacje o innych księżach pedofilach. Dowiemy się w najbliższej przyszłości więcej o ich tożsamości?

– Dowiemy się.

[2013.10.11] WP.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: