FiM – Gnój ziemi czarnej

Gdańska kuria metropolitalna za 1,65 mln zł sprzedała prywatnemu inwestorowi grunt o wartości 57 mln zł!!! Byłby to wyłącznie ich problem, gdyby nie fakt, że abp Gocłowski na odchodnym oszukał przy okazji rolnika, a Skarb Państwa stracił na tej transakcji górę pieniędzy…

Józef Hoppa jest z dziada pradziada rolnikiem. Rolnikami są również jego synowie, a pewnie będą też i wnuki, bo miłość do ziemi karmicielki oni wszyscy mają po prostu we krwi. Ot, taka chłopska natura…

Rodzinne gospodarstwo Hoppów znajduje się w Nowym Tuchomiu pod Chwaszczynem, na terytorium objętym duszpasterską jurysdykcją arcybiskupa metropolity gdańskiego. Pan Józef – głęboko wierzący i praktykujący katolik – nigdy nie opuścił żadnego wydarzenia ani ceremonii religijnej w swojej parafii św. Szymona i Judy Tadeusza. Ofiarnie – kwotami idącymi częstokroć w tysiące złotych – łożył na wszelkie jej potrzeby, a za gdańskich biskupów oraz chwaszczyńskiego proboszcza księdza kanonika Czesława Jakusz-Gostomskiego jeszcze przed kilkoma tygodniami dałby sobie – jak powiada – „nie tylko rękę, ale nawet głowę obciąć”. Dzisiaj nie zaryzykowałby za nich choćby paznokcia. Powód? Okazuje się, że biskupi wespół z księdzem kanonikiem oszukali go i zdradzili, po czym sprzedali za worek srebrników. Widać taka ich judaszowa natura…

###

Umową z 21 grudnia 1994 r. parafia w Chwaszczynie reprezentowana przez ks. Jakusz-Gostomskiego wydzierżawiła rodzinie Hoppów na 10 lat prawie 48 hektarów gruntu. Słabej ziemi z przewagą IV i V klasy, w którą – zanim zaczęła dawać przyzwoite plony – trzeba było włożyć ogromną pracę i nie mniejsze pieniądze. Aby zaś owe nakłady nie poszły w przyszłości na marne, w umowie – akceptowanej przez gdańską kurię metropolitalną – zastrzeżono, że „dzierżawcy przysługiwać będzie prawo pierwokupu, w przypadku zbycia przedmiotowej nieruchomości”przez właściciela.

Podkreślmy, bo wkrótce okaże się to niezwykle istotne, że owym uprawnionym „dzierżawcą” były dwa odrębne podmioty: pan Józef z małżonką Eugenią oraz ich syn Marek Hoppa. Oni też wszyscy podpisali i solidarnie przyjęli na siebie zobowiązania umowy, której jakakolwiek późniejsza zmiana wymagała formy pisemnej pod rygorem nieważności.

Rodzina Hoppów tyrała w polu, ale też zbierała obfite plony, które wkrótce uczyniły Józefa laureatem rozmaitych nagród (dwukrotnie otrzymał prestiżową Perłę Kaszub). Umówiony czynsz płacili proboszczowi terminowo, a w grudniu 2004 roku podpisali z parafią aneks przedłużający czas trwania dzierżawy o kolejne pięć lat (do 21 grudnia 2009 r.) – z zachowaniem wszystkich dotychczasowych warunków, w tym m.in. prawa do pierwokupu.

###

Gdy pan Józef odwiedził niedawno Urząd Gminy w Żukowie, aby zapłacić należny podatek gruntowy, urzędniczka sięgnęła do ksiąg i… oniemiała. Chwilę później zasłabł jej petent.
– Poczułem się, jakby mnie ktoś uderzył siekierą w głowę, gdy stwierdziła, że nie może przyjąć ode mnie pieniędzy, bowiem parafia nie jest już właścicielem ziemi. Popędziłem do proboszcza. Tłumaczył, że to nie on sprzedał, lecz kuria biskupia, która miała jakieś kłopoty finansowe i pilnie musiała spłacić długi – opowiada Hoppa senior.

Choć ksiądz dobrodziej zobowiązał go do milczenia, pan Józef nie wytrzymał i podzielił się fatalną wiadomością z rodziną.
– Syn postanowił zbadać, o co w tym wszystkim chodzi, i 17 marca obaj pojechaliśmy do proboszcza. Kręcił, że parafia była właścicielem tylko na papierze, podczas gdy ziemia rzekomo należała do biskupa. W końcu wziął telefon, zadzwonił do kogoś ważnego w kurii i oddał mi słuchawkę.

Rolnik usłyszał, że zamiast pyskować, powinien okazać wdzięczność proboszczowi, który – mimo stanowczych poleceń władz kościelnych – odmówił podpisania się pod natychmiastowym wypowiedzeniem Hoppom dzierżawy. Ba, oni są wręcz w czepku urodzeni – prawił rozmówca – bowiem dzięki łaskawości kurii będą mogli na nie swojej ziemi zasiać i zebrać plony jeszcze w roku 2009.

A co z zagwarantowanym w umowie prawem pierwokupu?
– Prawdę powiedziawszy, sam się go pozbawiłem, przez nieograniczone zaufanie, jakim darzyłem księdza
proboszcza – przyznaje pan Józef.

Opowiada, jak w połowie ubiegłego roku ks. Jakusz-Gostomski wezwał go pilnie do kancelarii parafialnej i podstępnie nakłonił do skreślenia w umowie dzierżawy paragrafu o pierwokupie. Ksiądz kanonik przekonywał wówczas, że to zaledwie kosmetyczna zmiana, która absolutnie nie wpłynie na sytuację prawną i przyszłość Hoppów, a przeprowadzić ją dla świętego spokoju trzeba, bo kuria chce mieć porządek w papierach.
– Podpisałem deklarację, że rezygnuję, bo podpisałbym mojemu księdzu nawet akt zrzeczenia się całego majątku, gdyby mi powiedział, że to tylko tak na niby, a dokument zaraz unieważnimy, gdy załatwi jakieś swoje sprawy, do których byłby mu taki papierek potrzebny – mówi ze łzami w oczach pan Józef.

Dzisiaj już wie, że został oszukany i sprzedany, aczkolwiek dopiero dziennikarz „FiM” uzmysłowił mu, że wielebni handlarze nieruchomościami popełnili gruby błąd. Zapomnieli, że:
# w umowie dzierżawy zapisano, iż oprócz małżonków Józefa i Eugenii uprawnionym do pierwokupu jest również ich syn Marek;
# pomijając okoliczności, w jakich pan Józef zrezygnował ze swojego prawa, pozostaje faktem, że tylko on złożył taką deklarację;
# art. 602 par. 2 kodeksu cywilnego powiada, że „jeżeli jest kilku uprawnionych, a niektórzy z nich nie wykonywają prawa pierwokupu, pozostali mogą wykonać je w całości”.
– Jeśli strona kościelna sprzedała nieruchomość, nie wywiązując się z obowiązku zawiadomienia wszystkich uprawnionych do pierwokupu o treści aktu kupna-sprzedaży, to taki dokument sąd powinien uznać za bezskuteczny w stosunku do pokrzywdzonych osób, które mogą dochodzić odszkodowania od sprawcy
– wyjaśnia adwokat, specjalista w dziedzinie prawa cywilnego.
Józef Hoppa nie wiedział, jak nam dziękować za pomoc. Jego pisma procesowe są już w drodze do kompetentnych instytucji…

###

Sprawa ziemi w Chwaszczynie to nie tylko kwestia jednej oszukanej rodziny, lecz gigantyczny kilkudziesięciomilionowy przekręt. W skrócie rzecz ujmując, polega na tym, że:
# sprzedane przez Kościół hektary stanowią grunt rolny i nie są jeszcze objęte żadnym planem zagospodarowania przestrzennego.
– To bardzo atrakcyjny, graniczący z Gdańskiem teren i już dzisiaj trzeba w tamtej okolicy zapłacić około 120 zł za metr kwadratowy. 48 hektarów to w sumie ponad 57 mln zł, tak więc kuria – zakładając, że działała z jakichś powodów w pośpiechu – nie mogła zainkasować za tę ziemię mniej niż 25–30 mln zł – oblicza dla „FiM” trójmiejski rzeczoznawca;
# z absolutnie wiarygodnego źródła wiemy, że w umowie kupna-sprzedaży (wstępnej z 28 czerwca i definitywnej z 15 października 2007 roku) między parafią w Chwaszczynie a Bronisławem Sz. z Rumi strona kościelna przyjęła cenę zapłaty za przedmiotowe grunty w kwocie… 1 mln 650 tys. zł. Jak to rozumieć? – Odrzucając hipotezę, że biskupi są szaleni, pozostają dwie możliwości: albo ktoś bardzo ważny w gdańskim Kościele chciał zrobić dobrze owemu Bronisławowi Sz. albo – co najbardziej prawdopodobne – wzięli resztę „pod stołem” – tłumaczy nam doświadczony w handlu z wielebnymi specjalista od nieruchomości;
# państwowa Agencja Nieruchomości Rolnych nie skorzystała z okazji przejęcia działki w Chwaszczynie, choć ma zasmarkany statutowy obowiązek „tworzenia oraz poprawy struktury obszarowej gospodarstw rodzinnych”, który może m.in.
realizować, wykorzystując swoje uprawnienie do pierwokupu gruntu rolnego (zwłaszcza w przypadku podejrzanych cenowo transakcji), aby rozdysponować go później zgodnie z przeznaczeniem, albo sprzedać po cenie rynkowej, zarabiając
dla państwa godziwe pieniądze.

Pytamy zatem:
# jak to się stało, że Oddział Terenowy ANR w Gdańsku (oficjalnie zawiadomiony 3 lipca 2007 r. o planowanej transakcji) nie zauważył rażącej dysproporcji między wartością ziemi a umówioną przez kontrahentów ceną i zrezygnował z pierwokupu? Wszak – zgodnie z przepisami – Agencja mogła im zrobić kuku i przejąć tę ziemię za 1,65 mln zł, czyli właściwie za darmo, po czym wystawić na przetarg ograniczony, zaspokajając potrzeby okolicznych rolników, lub sprzedać w przetargu nieograniczonym (a chętnych nie brakuje) za kilkadziesiąt razy więcej;
# czy na decyzję ANR miał jakiś wpływ fakt, że z kurią handlował (prawdopodobnie tylko na papierze) staruszek ojciec Grzegorza Sz., byłego (1998–2002) starosty wejherowskiego, a dzisiaj wyjątkowo dobrze ustosunkowanego biznesmena wykonującego w wolnych chwilach skromny zawód lekarza pediatry? Agencja nie była w stanie udzielić nam sensownej odpowiedzi. Również ks. Jakusz-Gostomski nie chciał udzielić żadnych wyjaśnień. „Ja tylko wykonywałem polecenia kurii i podpisałem dostarczone mi gotowe dokumenty”– tłumaczył swoją rolę „słupa”. Poczekamy zatem na prokuraturę…

[2008] FaktyiMity.pl Nr 17(425)/2008

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: