Jedenaste: nie śmieć

Funkcjonariusze Pana Bozi chrześcijańskiego, winni kalectwa dziecka, poszkodowanemu pokazali wała.

16-letni Alan Awsiukiewicz od 4 lat leży przykuty do łóżka. O takich jak on mówi się potocznie roślina. Żyje, ale nie porusza rękami, nogami, nie mówi, a posiłki przyjmuje w stanie płynnym, gdyż ma problemy z przełykaniem. Jedynie grymas na twarzy wskazuje, że chłopiec rozumie, co się wokół niego dzieje.

Gniew kościelnego

Do dramatycznych wydarzeń doszło 24 lipca 2004 r. przed kościołem św. Jana Chrzciciela w Ornecie (województwo warmińsko-mazurskie). Jak w każdą sobotę 12-letni wówczas Alan spotkał się przed świątynią z kolegami, by powitać nowożeńców. Młoda para obdarowała dzieci cukierkami. Dzieci zajadały słodycze, a papierki wyrzucały na plac przed kościołem. Właśnie duperelny papierek po cukierku upuszczony przez Alana doprowadził do szału Jana Leśniaka, pomocnika kościelnego, który podszedł do chłopca i uderzył go kijem od szczotki w głowę.
Tak celnie, że Alan z ciężkim urazem mózgu trafił do szpitala, gdzie przez kilkanaście dni lekarze walczyli o jego życie.
Po sześciu miesiącach chłopiec opuścił szpital. Według opinii komisji lekarskiej Alan doznał wielu uszkodzeń ciała: ciężki uraz czaszkowo-mózgowy z lewostronnym krwiakiem nadtwardówkowym; dużego stopnia niedowłady czterokończynowe uniemożliwiające samodzielne stanie i chodzenie; dużego stopnia zespół psychoorganiczny z padaczką uniemożliwiający samodzielną egzystencję. Według opinii komisji jest to bardzo ciężkie kalectwo nierokujące poprawy, a stopień utraty zdrowia określono na 100 proc!

Arcybiskup nie wyraża zgody

Za umyślne pobicie chłopca Leśniak został skazany na karę więzienia i wpłatę na rzecz Alana 30 tys. zł jako odszkodowanie. Komornik nie może wyegzekwować należnych pieniędzy, gdyż pomocnik kościelnego jest biedny jak mysz kościelna. Odpowiedzialność cywilną za skutki wypadku ponosi jednak parafia, gdyż do zdarzenia doszło przed kościołem, a sprawcą był pracownik parafii.
Wydawać by się mogło, że Alan miał szczęście w nieszczęściu. A gdzie tam! Funkcjonariusze Kościoła kat. ksiądz kanonik mgr Tadeusz Alicki, proboszcz parafii Jana Chrzciciela w Ornecie, i jego przełożony arcybiskup metropolita warmiński Wojciech Ziemba nie poczuwają się do odpowiedzialności! Co prawda początkowo padre Alicki obiecał matce Alana pomoc finansową, ale na obietnicach się skończyło. Z czasem przestał odpowiadać na pisma jej pełnomocnika mętnie tłumacząc, że terminy prawne nie zawsze udaje się zrealizować z racji niespodziewanych sytuacji życiowo-duszpasterskich, i pracy rekolekcyjnej poza parafią. W końcu po trzech latach od wypadku i kilkudziesięciu ponaglających monitach wyłożył jasno. Parafia nie jest stroną w przedmiotowej sprawie, ponieważ pan Jan Leśniak nie był kościelnym ani innym pracownikiem parafii. Jako człowiek na pograniczu nędzy często przychodził, jak wiele innych osób, po wsparcie na plebanię. Nikt od drzwi nie odchodził bez wsparcia. (…) Stała się tragedia, ale osoba, która nieumyślnie spowodowała wypadek, jest już osądzona i przebywa w zakładzie karnym, a od wyroku zasądzono również od sprawcy zadośćuczynienie – pisze bezczelnie proboszcz Alicki, choć wie doskonale, że sprawca nigdy nie wypłaci ani grosza.
Z kolei arcybiskup Wojciech Ziemba stwierdził krótko: nie wyrażam zgody, by Parafia Rzymskokatolicka św. Jana Chrzciciela w Ornecie zawierała ugodę w sprawie roszczeń wynikających ze zdarzenia (…) w wyniku którego Alan Awsiukiewicz został poszkodowany.

Sam jest sobie winien

W maju 2008 r. Sąd Okręgowy w Olsztynie nie podzielił racji wielebnego Alickiego i nakazał parafii w Ornecie wypłacenie Alanowi 200 tys. zł oraz przyznał mu dożywotnią rentę w wysokości 1000 zł. W ocenie sądu nie ma znaczenia, że Leśniak nie był formalnie zatrudniony. Wystarczy, że miał do wykonania określone obowiązki, pracował w sposób ciągły na polecenie i pod nadzorem proboszcza.
Księżulo Alicki zaskarżył niekorzystny dla siebie wyrok do Sądu Apelacyjnego w Białymstoku. Twierdzi m.in., że chłopiec jest sam sobie winien! W ocenie Sądu I Instancji, działania które wywołały szkodę u powoda spowodowane były dążeniem do utrzymania na terenie wokół kościoła czystości a celem, jaki chciał osiągnąć swoim działaniem Jan Leśniak, było zaprzestanie przez dzieci śmiecenia na terenie posesji kościoła. (…) Tymczasem, jak wynika z wyjaśnień składanych przez Jana Leśniaka m.in. w postępowaniu karnym, a także z jego zeznań w niniejszej sprawie, w czasie gdy ten sprzątał posesję, powód ubliżał mu, wraz z innymi dziećmi wyśmiewał się z niego. (…) Kiedy podwładny zwrócił im uwagę na niestosowne zachowanie, zauważył, że powód ponownie rzucił na ziemię papierki i miał powiedzieć do Leśniaka, żeby ten je zbierał. Jak wynika z zeznań wykonującego czynności nie wytrzymał on obelg i naigrywania się z niego i uderzył powoda szczotką. (…) To, że doszło do tak nieszczęśliwego zdarzenia, przyczyny tego niewątpliwie szukać należy w nagannym zachowaniu grupy i tym, że podwładny nie wytrzymał tego. Jak sam Jan Leśniak wskazywał, machnął on szczotką, bo mu ubliżano. Uderzenie powoda w głowę miało w związku z tym miejsce jedynie przy sposobności wykonywania powierzonej czynności. Nie sposób zatem przyjąć, że zawinione działanie Jana Leśniaka było związane z realizacją powierzonych mu czynności, tj. z utrzymaniem porządku wokół kościoła, i że celem jaki chciał osiągnąć swoim działaniem podwładny było zaprzestanie przez dzieci śmiecenia – czytamy w apelacji.
Czyli to łobuz Alan ponosi winę, a pomocnik kościelnego uderzył go szczotką w głowę nie dlatego, że chłopak rzucił papierek po cukierku, ale bo go obrażał. Pełnomocnik wielebnego Alickiego prosi sąd, aby kosztami procesu obciążyć sparaliżowanego nastolatka!

W rękach Boga

Termin rozprawy apelacyjnej nie jest jeszcze znany. Matka Alana Wioletta Awsiukiewicz ledwo wiąże koniec z końcem. Jest samotną matką, a oprócz Alana ma na utrzymaniu jeszcze jednego syna. Ok. 1500 zł, które otrzymuje z zasiłków opiekuńczego, pielęgnacyjnego i rodzinnego, musi wystarczyć jej na utrzymanie całej rodziny, a tyle przeznacza na opiekę nad Alanem. Jest zadłużona u znajomych i krewnych. Na prośbę o pomoc padre Alicki oświadczył jej w przypływie szczerości, że Leśniak został skazany, a reszta w rękach Boga.
– A czy Bóg da mi na pampersy i leki? Pomoże w pielęgnacji syna? – pyta ze łzami w oczach pani Wioletta.
Z kolei od innego ze sług bożych usłyszała, że matka samotnie wychowująca dzieci to patologia, nie dziwne więc, że Alan tak skończył. Pewnie, że chciałaby sobie ułożyć życie, ale jak ma to zrobić, skoro od 4 lat przez 24 godziny na dobę dyżuruje przy łóżku sparaliżowanego dziecka. Musi być przy nim, gdyż chłopak w każdej chwili może się udławić własną silną. Nie spotyka się ze znajomymi, a jedyną osobą, która ją odwiedza, jest pani z opieki społecznej, gdyż każdy się brzydzi oglądać prawie już dorosłego a bezradnego człowieka, któremu trzeba co chwilę podcierać tyłek.

***

Księża pouczają innych prawiąc o moralności i miłosierdziu, ale – jak widać na przykładzie sparaliżowanego Alana i jego matki – sami jednak nie zamierzają się stosować do głoszonych przez siebie nauk. Pazerni na pieniądze posuną się nawet do matactw i oszczerstw, aby tylko ich sakwa nie doznała uszczerbku.

[2008] Tygodnik NIE Nr 42/2008

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: