FiM – Musiałem to zrobić

Szła ścieżką, rozpoznając na śniegu ślady syna. Nagle go zobaczyła. Jego stopy nie dotykały ziemi.

Marta i Zbigniew z podkarpackiej wsi Hłudno chyba nigdy nie otrząsną się po samobójczej śmierci Bartka.

Był grudniowy piątek. Ich 13-letni syn wrócił ze szkoły i zaraz wybrał się na sanki. Spieszył się, bo po południu miał służyć do mszy w miejscowym kościele.
– Przed południem zadzwonił do mnie ksiądz i poprosił, bym przyszła do niego, „bo jest nieprzyjemna sprawa” – opowieść Marty przerywana jest szlochem.
– Poszłam, by dowiedzieć się, że proboszcz oskarża syna o kradzież pieniędzy. Podobno zginęło 500 czy 700 złotych.

Zdenerwowana, wróciła do domu, ale Bartka jeszcze nie było. Około dziewiętnastej, zaniepokojona, postanowiła go poszukać.
– Bywało czasami, że zasiedział się u kolegi. Za domem jest ścieżka i zobaczyłam świeże ślady na śniegu. Poszłam tamtędy i nagle… Cały czas to widzę: drzewo, sznur i bezwładnie zwisające ciało mojego dziecka. Krzyczałam, płakałam, podnosiłam go do góry, wzywałam pomocy, traciłam zmysły. Usłyszeli ludzie, przyjechało pogotowie. Niestety, było już za późno.

###

W niedzielę Marta i Zbigniew odnaleźli list syna. Leżał na półce pośród jego rzeczy. Bartek napisał w nim „do pozostałych”: „Nienawidzę tego Łysego (…). Musiałem to zrobić, ponieważ mówił, że go okradłem. Ale ja przysięgam na Boga, że tego nie zrobiłem…”.

We wtorek odbył się wielki pogrzeb… z udziałem księdza proboszcza! Prowadził ceremonię, jak gdyby nic się nie stało. Na nic zdały się protesty rodziny i mieszkańców miejscowości, żeby proboszcz sprowadził innego księdza.

###

Mieszkańcy wsi, wciąż w szoku, dopiero teraz zaczynają mówić otwarcie o swoim proboszczu. Stanisław Kaszowski (na zdjęciu z Bartkiem, str. 1), który mieszka tu od 11 lat, do kryształowych kapłanów bowiem nie należy. Już dawno wiedziano, że prawdziwym bogiem jest dlań mamona i najnowszy mercedes, którego dorobił się w małej wiosce. Jest przy tym apodyktyczny, czasem bezczelny.
– Byliśmy w jego sprawie u biskupa w Przemyślu, ale nawet nas nie przyjął. Nie reagował też na nasze listy. Najgorsze było to, że proboszcz (lat 59), znęcał się nad dziećmi. W 2005 roku pobił dziewięcioletnią Karolinę, co potwierdziła potem obdukcja, ale sprawa przyschła, bo ksiądz się przestraszył i ukorzył przed rodziną dziewczynki – prosił o wybaczenie, obiecując poprawę – opowiada były sołtys Stanisław Gładysz.
– Podczas lekcji religii książką bił dzieci po głowie i szarpał za uszy – opowiada jedna z uczennic szkoły w Hłudnie. – Nikt go nie lubił. Nazywaliśmy go „Łysym”.
– Na skargi ludzi nie reagował ani dyrektor szkoły, ani nauczyciele. A przecież wiedzieli doskonale o tym biciu i obrażaniu uczniów. Wszyscy się go bali – mówi jedna z mieszkanek Hłudna.
– Czy wiedział pan o biciu uczniów podczas lekcji religii? – pytamy dyrektora szkoły, Jana Gosztyłę.
– Nie będę odpowiadać na żadne pytania – mówi, zirytowany wizytą dziennikarza. – Mamy w szkole prokuratora i policję, w związku ze śmiercią ucznia przeżywamy trudne chwile.

Pożegnalny list, który pozostawił Bartek, zawiera jeszcze inne, bardzo niepokojące treści. I choć kilka słów próbował w ostatniej chwili zamazać, to bez trudu można je odczytać: „Nie chcę być więcej gwałcony” – napisał chłopiec.

Teraz sprawą zajmuje się prokuratura w Brzozowie.
– Mogę jedynie potwierdzić, że prowadzimy postępowanie karne dotyczące tragedii w Hłudnie – mówi prokurator rejonowy Aurelia Skiba.

Tymczasem proboszcz powoli wyprowadza się ze wsi. Robi to nie z własnej woli, lecz pod przymusem, bo parafianie odebrali mu klucz od świątyni i kazali wynosić się precz. Pasterkę poprowadził już inny kapłan.

###

Do sprawy – wraz z rozwojem prokuratorskiego śledztwa – będziemy wracać.

[2008] FaktyiMity.pl Nr 1(409)/2008

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: