FiM – Słudzy nieskrępowani

Katecheta jest pośrednikiem w odnawianiu przymierza między Bogiem a katechizowanymi. To wersja idealistyczna. A jak wygląda rzeczywistość?

„Praca katechety jest trudna i musi być naznaczona składaną ofiarą, ale na pewno jest to zbawienny trud, który wyda w odpowiednim czasie spodziewane owoce”– pisze, zachowując optymizm, ks. Kazimierz Fąfara (swego czasu duszpasterz tarnowskich nauczycieli, później kapelan tamtejszych policjantów) w książce pt. „Dzisiejszy katecheta – stan aktualny i wyzwania”. Przekonuje tym samym swych kolegów po fachu, że jednak warto ów trud podejmować. Tym bardziej że „w czasie, gdy tak wielu czyni sporo wysiłku, »aby skrępować Boże słowo«, to katecheci są tymi, jeśli nie pierwszymi, to na pewno zaraz po rodzicach, najważniejszymi przekazicielami Orędzia Zbawienia. W sytuacji rozpadu, czy też postępującej laicyzacji rodziny, kiedy rodzice są bardzo zabiegani o przetrwanie, katecheta jest jedynym, który dzieciom i młodzieży mówi o Bogu i może z nimi porozmawiać na tematy wiary”.

A jak się przekazuje Orędzie Zbawienia na co dzień, bez propagandowego pióropusza?

###

„Dzisiejszy młody człowiek jest wychowywany »na mediach« – wielość kolorowych tytułów prasowych »żerujących« na słabości ludzkiej, głośna muzyka, przeróżne programy telewizyjne, wypożyczalnie kaset wideo, prawie w każdej miejscowości dyskoteka – sprawiają, że młodzi, a nawet już dzieci, nie chcą słuchać katechety, zwłaszcza gdy nie potrafi on uatrakcyjnić przekazu katechetycznego”– pisze Fąfara.

Uczniowie księdza Tomasza Słabiaka z Częstochowy na brak atrakcji na pewno nie narzekali. Swoje „orędzia” poprzedzał bowiem czynami. Perswadował dzieciakom szacunek do Boga za pomocą ciosów pięścią, szarpania za uszy czy bicia książką po głowie.

Te metody – o dziwo – nie przypadły do gustu katolickim rodzicom. Czy po ich interwencji coś się w szkole zmieniło? – Ksiądz ma własny styl bycia i nie każdemu się podoba, jak prowadzi lekcje – mówi Justyna. Na pytanie, czy nadal bije uczniów, odpowiada rozbrajająco: – Tylko chłopaków, jak są niegrzeczni, ale teraz jakby się oduczył. Teraz wpisuje uwagi…

„Współczesny młody człowiek jest zagubiony intelektualnie i zapatrzony w dobra materialne, których zdobycie staje się często jedynym sensem życia. Wielu młodych podobnych jest do pogan, do których apostołowie kierowali Boże słowo, stąd praca katechety naznaczona jest ogromnym wysiłkiem”– te rady ks. Fąfary jego młodszy kolega po fachu, czyli ks. Tomasz, też zapewne wziął sobie do serca. Jako alternatywę – dla wszystkiego, co szatańskie (a więc horoskopów, wróżb, a nawet Harry’ego Pottera) – każe dzieciakom słuchać Radia Maryja, choćby ze względu na jego „ogromny patriotyzm”. Wszak „każda katecheza winna być swoistym zawieraniem, a raczej odnawianiem przymierza katechizowanego z Bogiem, w którego imieniu występuje katecheta” – instruuje ks. Fąfara.

Jeszcze więcej atrakcji zapewniał ksiądz Adam Łyczkowski w szkole podstawowej w Krosnowicach. Do swych podopiecznych podejście ma niespecjalnie wyszukane, bo bicie książką po głowie to już przeżytek. Ks. Adam kazał klęczeć przy tablicy.

Zaalarmowana dyrekcja, choć z góry zaznaczyła, że biskupem nie jest i władzy ani nad księdzem, ani nad jego metodami wychowawczymi nie ma, obiecała mieć go na oku.

###

„Łatwo zauważyć, iż młodzież dość często krytycznie ocenia pracę katechetów, czego wyrazem jest mały autorytet poświęcających się posłudze katechetycznej” – zauważa ksiądz Fąfara. A katecheci stają niemal na głowie, żeby zarobić na dobre słowo od swoich uczniów. Na przykład w jednej z oświęcimskich podstawówek przy okazji tematu: „Jezus mówi o człowieku” katechetka zrobiła wykład na temat różnic rasowych i narodowościowych, utrzymany w tonie, który trudno uznać za odpowiedni dla kilkunastoletnich uszu, bo opierający się na stereotypach. Dowiedziały się więc dzieciaki, że Murzyni są leniwi, Polacy to pijacy, a Szkoci – skąpcy. Że jeśli ktoś ma niskie czoło, jest inteligentny, a jak zaciśnięte usta – to zawzięty. A jak – nie daj Boże – rudy, to już wiadomo, że fałszywy (por. „FiM” 15/2008).

Zupełnie nieoczekiwanie można wpaść w sidła naszego niedoskonałego wciąż systemu edukacji. Tak jak wpadła córka Romana A., uczennica ostatniej klasy gimnazjum.

Dziewczyna uczy się dobrze (średnia prawie 4,5). Na religię chodziła jako wolny słuchacz, bo szkoła lekcji etyki nie przewidziała. Na córkę pana Romana wygniatającą krzesło w sali katechetycznej długo nikt nie zwracał uwagi, aż w końcu pani od religii postanowiła małolatę złamać. Kazała jej zaliczać na ocenę katolickie wyznanie wiary. Pod groźbą oceny niedostatecznej na świadectwie…

###

– W mojej szkole religii w cyklu jest sześć godzin, za to biologii trzy godziny lekcyjne – mówi Anna, nauczycielka z łódzkiego liceum z ponad 20-letnim stażem. Księdzu katechecie szczerze zazdrości. Dlaczego? – Te lekcje religii są inspirujące! Ksiądz siedzi i czyta gazetę, kilkoro uczniów odrabia lekcje, inni po prostu rozmawiają. Zero stresu, zero odpowiedzialności. Nikt nie sprawdza (nie ma prawa), jak pracuje ksiądz. Czy ma dobre wyniki pracy, czy zrealizował wszystkie ogniwa lekcyjne, czy przygotował młodzież do egzaminu zewnętrznego. To go nie dotyczy, jak zresztą wiele innych spraw, którymi żyje szkoła – wyjaśnia belferka.

Jak to możliwe? Sprawę dość rozbrajająco wyjaśnia ks. Fąfara: „Wielu katechetów jest po prostu zmęczonych i rozczarowanych z powodu miernych efektów podejmowanych działań ewangelizacyjnych. Niektórzy katecheci popadli w rutynę i nie rozwijają swego charyzmatu. U innych daje się zaobserwować brak zainteresowania problemami katechizowanych, a jeszcze inni utracili radość z pracy katechetycznej i zatracili nadzieję na dokonanie jakiejkolwiek odnowy, co prowadzi także do bardzo powierzchownych kontaktów z katechizowanymi”.

Co za szczerość u duchownego!

[2008] FaktyiMity.pl Nr 17(425)/2008

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: