Rodzice chrońcie dzieci przed pedofilami

Dziennikarz Gazety.pl Marcin Kowalski w artykule pt. „Wybaczam Ojcu w imieniu swoim i Jezusa Chrystusa” opisuje historię Pani Katarzyny adoptowanej przez Panią Hannę Nowaczyk, samotną katechetkę.

Mała Kasia była wspaniałym grzecznym dzieckiem i dobrą uczennicą, jedynym problemem była jej choroba – padaczka. Matka Kasi postanowiła udać się po pomoc do duchownego Ojca M.

W reportażu Katarzyna opisuje jak wyglądało uzdrawianie w wykonaniu Ojca M.: „Zaczął od spowiedzi. Usiadłam przy stoliku i wyznałam grzechy. Już wtedy dziwnie gestykulował. Patrzył na mnie jakimś innym wzrokiem. Bałam się. Kiedy skończył spowiedź, z wersalki wyjął prześcieradło i kołdrę, posłał łóżko. Powiedział: „Teraz się rozbierz”. Poczułam oszołomienie. Nigdy nie rozebrałam się przed obcym człowiekiem. Myślałam, że mu chodzi o jakąś formę wypowiedzenia grzechów, o rozebranie duchowe. Wstał, podszedł do mnie i mówi: „Rozbieraj się do naga”. Chyba płakałam, na pewno byłam bardzo zdenerwowana, powoływałam się na jego święcenia i habit. Nawet nie zauważyłam, że już przy mnie stoi. Zablokował drogę do okna, a chciałam przez nie wyskoczyć. Myślałam, że zginę, ale zachowam czystość. Obrócił mnie siłą, rzucił na łóżko twarzą do wersalki. Zaczął rozbierać przemocą. Ściągnął bluzkę, długo nie mógł odpiąć stanika. Ściągnął mi spodnie i majtki. Byłam naga. Z półki zdjął słoik z jakimś olejem. Śmierdział jak zjełczały. To był zwykły olej słonecznikowy, ale mówił, że jest święty i mi pomoże. Zapytałam znów, dlaczego to robi. Odpowiedział, że Duch Święty mu nakazuje. Wcierał we mnie ten olej. Szczególnie długo w piersi. Dotykał wszystkich miejsc intymnych. Przy tym drugą ręką grzebał intensywnie w kieszeni habitu. Mówił, że szuka klucza, ale przecież schował go pod kilim. Był przy tym wyraźnie podniecony. Dyszał. Trwało to wszystko bardzo długo, ze dwie godziny. Kiedy skończył, zmęczony usiadł na krześle. Kazał mi się ubrać. Powiedział: „Nie chciałem tego, ale Duch Święty kazał, więc musiałem. Nigdy nikomu nie możesz powiedzieć, co tutaj się stało, bo i tak nikt ci nie uwierzy”. Nie pamiętam, co się potem działo. Chyba wyszedł z pokoju, a ja za nim.”

W tym czasie matka Kasi wraz z ciotką modliły się na dole, zgodnie z poleceniem duchownego. Po całym zdarzeniu ksiądz poprosił do siebie matkę dziewczynki i poinformował ją, że namaścił dziewczynę, dodał, że musiała się do tego rozebrać, a on musiał jej w tym pomóc, oraz, ze Kasia pobrudziła mu łóżko, bo miała miesiączkę.

Zdarzenie to wywołało u dziewczyny poważne zaburzenia. Kasia wielokrotnie trafiała do szpitali psychiatrycznych i miała myśli samobójcze. Pół roku po incydencie opowiedziała matce jak skrzywdził ją ksiądz. Kobieta nie poinformowała Policji, napisała jedynie list do przełożonych duchownego. Na pytanie dziennikarza, dlaczego nie poinformowała organów ścigania odpowiedziała „Siostra mnie do tego namawiała, ale nie chciałam robić krzywdy Kościołowi, z którym jestem związana bezgranicznie”

Przełożony Ojca M. zbagatelizował sprawę, więc Kasia napisała list do telewizji i poprosiła matkę, aby go wysłała. Kobieta oszukała córkę, że to zrobiła. Dlaczego ją okłamała? Aby „nie robić krzywdy Kościołowi”.

Historia, która rozpoczęła się w 1996 roku znalazła swój finał po 17 latach. Kasia wybaczyła swojemu oprawcy, jednak to zdarzenie wywarło ogromny wpływ na jej życie. Dziś, jako dorosła kobieta pomieszkuje w zakładzie dla kobiet z przewlekłymi chorobami psychicznymi. Jej oprawca nie poniósł żadnej, najmniejszej nawet kary za swoje czyny.

Matka dziewczyny w tej chwili głośno mówi o tym, co się stało, ma żal do duchownego, mówi, że ich zranił. Jednak, gdy jej dziecko dotknęła ta tragedia nie zrobiła nic, aby skazać oprawcę. Według Kodeksu postępowania karnego „Każdy dowiedziawszy się o popełnieniu przestępstwa ściganego z urzędu ma społeczny obowiązek zawiadomić o tym prokuratora lub Policję”. Ten obowiązek ciąży na nas szczególnie, gdy przestępstwo dotknęło dziecka, osoby słabszej, która sama nie może domagać się swoich praw.

Jeżeli Ojciec M. po tej sprawie skrzywdził jeszcze jakieś dziecko, to ciężko nie uznać Hanny Nowaczyk za współwinną tej zbrodni. Kobieta ta nie dość, że nie broniła odpowiednio własnego dziecka, co większości rodzicom nie mieści się w głowie, to nie zrobiła nic, aby innych dzieci nie spotkał ten sam los.

Ze względu na to, że niektóre dzieci nie mogą liczyć nawet na własnych rodziców, którzy zindoktrynowani przez Kościół bardziej martwią się jego opinią niż bezpieczeństwem czy zdrowiem psychicznym i fizycznym własnych dzieci, niezbędne jest wprowadzenie do szkół edukacji seksualnej. Dzięki niej dzieci wiedziałyby, co to jest zły dotyk i jak się przed nim bronić, miałyby świadomość, że jest to przestępstwo i należy je zgłosić Policji, że mają prawo otrzymać pomoc, nawet, gdy ich opiekunowie milczą, a oprawcy są księżmi.

[2013.11.22] Ryfinski.blog.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: