FiM – Nie jestem święty

Andrzej przez pięć lat był księdzem diecezji gdańskiej. W końcu zrzucił sutannę, gdyż postanowił żyć w zgodzie z własnym sumieniem.

– Poszedłeś do seminarium jako gej?
– Tak. Świadomość swojej orientacji miałem już w szkole podstawowej.
– Z premedytacją wybrałeś tę drogę życia? Sądziłeś, że w seminarium będzie łatwiej o… okazję?
– To nieprawda. Homoseksualizm to w seminarium temat tabu. Przepraszam, mówi się o nim na psychologii. Bardzo ogólnie. Że to choroba.
– Czułeś się chory?
– Nie. I nie przyjmowałem do siebie takich argumentów. Poszedłem do seminarium, by uczyć się o Bogu. Poza tym składałem śluby czystości. I nieważne, czy moja orientacja jest homo, czy heteroseksualna. To nie jest powód, aby nie można było zostać księdzem. Oczywiście problemem, zwłaszcza na początku tej drogi, jest dochowanie celibatu.
– Udało się?
– Na początku było łatwo. Sutannę otrzymuje się po drugim roku. Dopiero wtedy księża zaczynają cię traktować jak swojego, bo już jest szansa, że księdzem zostaniesz. Wtedy zaczynają się incydenty, spotkania, noce na plebanii. Już jako kleryk miałem kilka razy kontakt z księżmi, przez których zostałem wprowadzony w życie kapłańskie od… „tej” strony. Uczestniczyłem w tym.
– Jak wyłowić kleryka z odpowiednią orientacją?
– Dwa razy w tygodniu wraz z kolegą z roku chodziłem do jego proboszcza. Na kawę. Proboszcz okazał się rzeczywiście bardzo miły. Spotykałem się z nim na obiedzie, uroczystej mszy, potem jeździłem do niego, zostawałem na noc na plebanii. W końcu wylądowaliśmy w łóżku. Inny kolega był ze swoim proboszczem, jeszcze zanim poszedł do seminarium, jako ministrant. Później trafił do swego kochanka jako wikary. Sielanka.
– Zwątpiłeś?
– Po czwartym roku były pierwsze wahania. Poszedłem do rektora i powiedziałem, że chcę odejść. Po dotychczasowych przygodach miałem pewność, że nie wytrwam w celibacie. Rektor zaproponował roczny urlop. Na przemyślenia.
– Wróciłeś, bo byłeś już gotowy?
– Wtedy byłem przekonany, że wracam, bo dam sobie radę. Że wytrwam. Tym bardziej, że ci księża, z którymi dotąd utrzymywałem kontakty, jakoś się o mnie nie upominali.
– W końcu sam zostałeś księdzem. Księdzem homoseksualistą. Do tego praktykującym…
– Tak, niestety. Ja nie jestem święty. Zauważyłem, że w kapłaństwie jest większa okazja, więc ją wykorzystywałem…
– Pod osłoną sutanny?
– Też. Księdzu łatwiej, bo ufa mu rodzina potencjalnego kochanka. To, że młody człowiek przychodzi do księdza, zostaje na noc na plebanii, nie budzi niczyich podejrzeń. W ten sposób pewnie zniszczyłem psychicznie kilku młodych ludzi. Nie ministrantów. Ale moich parafian. Poznawałem ich podczas kolędy, zaczynałem chodzić do nich do domu, później oni przychodzili do mnie na plebanię. Zawsze wybierałem dorosłych ludzi.
– Jak się kończą takie związki?
– To nie są związki. Tylko spotkania, bez emocji. Sporo piłem, żeby przytłumić myśli. To, czego nie zrobiłoby się na trzeźwo, alkohol potęguje. Wtedy łatwiej…
– …zapomnieć, że jest się księdzem?
– Nie dbałem o to, czy coś wyjdzie na jaw, ale zanim zdecydowałem się komuś cokolwiek zaproponować, spotykaliśmy się kilka miesięcy, aż uznałem, że można mu zaufać.
– To dlaczego powiedziałeś dość?
– Bo nie chciałem dalej tak żyć. Na początku miałem wyrzuty sumienia, kiedy po upojnej nocy, w stanie grzechu śmiertelnego, odprawiałem mszę. W pewnym momencie zorientowałem się, że nie zwracam na to żadnej uwagi, nie myślę o tym. Że przestało mi to przeszkadzać. I to był dla mnie sygnał, żeby odejść. Odszedłem sam. Nagle. Zostawiłem wszystko w parafii, zamknąłem drzwi i wyszedłem wieczorem. Wróciłem dopiero po paru tygodniach. Żeby się spakować. Miałem dość takiego podwójnego życia. Miałem dość życia kapłańskiego. Odszedłem, ale powodem była nie tylko moja orientacja i to, że nie potrafiłem dochować celibatu, ale też niezgoda na to, co ja wiedziałem o Kościele, a co potem pokazało życie.
– Co pokazało?
– Zakłamanie. Niezgodność teorii z praktyką. Większość księży co innego mówi, a co innego robi. Traktują parafian jako instytucję, z której można i należy jak najwięcej zdzierać, wydusić, co się da. Ja byłem wikarym, musiałem pracować na proboszcza. Proboszcz pracował na biskupa. A ksiądz wie, że będzie żył na takim poziomie, jaki zafundują mu parafianie. Poza tym księża zazdroszczą sobie dobrych parafii, donoszą na siebie. Żeby zasłużyć się u biskupa, nie cofną się nawet przed opowiadaniem kłamstw na temat „braci kapłanów”.
– A skandale obyczajowe?
– Jest taka zasada – dopóki coś się dzieje po cichu, jest tuszowane. Oczywiście, nie wszyscy są źli, ale księży z powołania to jest pewnie jakieś 40 proc. Ja nie miałem szczęścia. Już proboszcz na mojej pierwszej parafii był homoseksualistą. Utrzymywał kontakty z innym księdzem. Tamten odwiedzał go regularnie na plebanii, przyjeżdżał na kolację, a wyjeżdżał o piątej nad ranem. Dla wszystkich było jasne, po co się spotykają. Ten człowiek wielu młodych ludzi zniszczył. Nie tylko kleryków, ale i ministrantów. Dziś ma przed nazwiskiem szereg honorowych tytułów i uchodzi za dobroczyńcę. A to chodzące zło. Jest wielu takich, którzy uczynili moc zła, nie tylko w środowisku kleryków, a działali, dostawali nominacje. Puszyli się, bo są zasłużeni dla diecezji, dla Kościoła. Takich się nie usuwa.
– Ty nie chciałeś być księdzem, bo jesteś gejem?
– Tak. Moja orientacja nie była tajemnicą, nigdy się jej wypierałem. Ale w końcu stwierdziłem, że jeśli już coś robię w tym kierunku, wolę robić na własne konto, a nie na konto Kościoła, choć są tacy, którym to nie przeszkadza…
– A biskup?
– Niechętnie rozstaje się z takim księdzem jak ja, bo, po pierwsze – musiałby publicznie przyznać się do upadku, a po drugie – wie, że parafianie księdzu wybaczą wszystko, bo i jemu coś się od życia należy. Mnie namawiał, żebym został, chociaż wiedział o moich skłonnościach i słabościach.
– Przyjazna atmosfera…
– Pozornie. Kiedy ksiądz odchodzi, nie może liczyć na żadną pomoc. Jeśli nie ma swojego grosza, od biskupa nie dostanie nic. Nawet pytanie, czy mam co jeść, nie padło.
– Żałujesz swojej decyzji?
– Czasem myślę, że źle postąpiłem, bo wielu moich kolegów, którzy nie mieli skrupułów z powodu swojej orientacji, teraz żyje w spokoju i dostatku, w dodatku z tytułami kanonika czy prałata. Ale ja zawsze wszystko robiłem szybko – kazania, kolędy. Z kapłaństwa też wystąpiłem szybko. Dopiero później przyszła refleksja.
– I konieczność zmierzenia się z rzeczywistością?
– Tak. Nie miałem żadnych oszczędności. Wyniosłem się z miasta, bo ludzie zaczęli wytykać mnie palcami jako tego, co to zrzucił sutannę. Żeby przeżyć kolejne dni, imałem się różnych prac. Byłem nauczycielem, a nawet pomocnikiem tokarza. W końcu byłem tak zdesperowany, że zamieściłem w internecie ogłoszenie: Czy były ksiądz może jeszcze znaleźć pracę? Udało się.
– Ciągle wierzysz w Boga?
– Wierzę, ale do kościoła nie chodzę. To zbyt trudne, bo pragnienie odprawiania mszy świętej jest ogromne. Teraz dopiero to czuję.
– A w biskupa?
– Do biskupa poszedłem tuż przed ostatnim Bożym Narodzeniem. Bo nie miałem z czego żyć. Powiedział, że to mój problem. Jedyne, na co mogłem liczyć, to potępienie. Podczas rozmowy sprowadził mnie nie tyle do parteru, co do piwnicy.

[2008] FaktyiMity.pl Nr 18(426)/2008

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: