40 procent księdza

Dziennikarka „NIE” rozpijała proboszcza. Właśnie się zabił po pijaku.

Było to podczas otwarcia jednego z chojnickich marketów. Miałam 16 lat i byłam hostessą na 10-centymetrowych szpilach. Modliłam się, by nie wywinąć orła podczas parady z kieliszkami taniego wina musującego. Reszta – między stoiskiem piekarnia mięsnym – modliła się, by procentowy Madziąg wyrżnął się po poświęceniu sklepu, a nie przed. Modły nie poszły na marne. Oboje wyszliśmy z tego cało.
13 czerwca br. chojnicka obwodnica doliczyła 2 kolejne trupy do wcześniejszej puli swoich ofiar. Z tej katastrofy ks. Wiesław Madziąg nie wyszedł cały. Umarł po 40-minutowej akcji reanimacyjnej, wcześniej do ziemi wysłał 22-letniego Dawida, kierowcę samochodu, w który walnął czołowo. Prawdopodobnie księdzu pomyliły się odcinki obwodnicy i po wyprzedzeniu ciężarówki nie zjechał na lewy pas, gdyż założył, że jest już na części dwupasmowej. Nie był.
Czym dla Londynu był ślub książęcej pary, a dla Waszyngtonu zaprzysiężenie Obamy, tym dla Chojnic był pogrzeb Madziąga. Miasto podstawiło autobusy, w szkole należącej do parafii dano zielone światło nauczycielom: kto chce, niech idzie na pogrzeb, powiedziano.

A., odwieczna parafianka, docenia poziom imprezy – 3 razy stała w kolejce do zmarłej dłoni proboszcza. Nie jest jednak tak, że jest ślepa na niedociągnięcia. Podczas trwających 2 dni uroczystości pogrzebowych siku musiała robić w krzaki, bo zabrakło kibli. Przez to nie umie powiedzieć, czy była taca, czy nie. Ma mały pęcherz.
Gdy ciało proboszcza parafii Matki Bożej Fatimskiej spoczęło w ziemi, parafianie dowiedzieli się z lokalnego radia, że miał 2,2 promila. Fakt ten zaognił miejską dyskusję nad tym, czy Madziąg trafi do nieba, czy nie.
Wiesław Madziąg miał przerąbane, Bóg obłożył go kilkoma cierpieniami: jednym był alkoholizm, przez który proboszcz regularnie wchodził w spory sądowe i przez który skończył żywot, drugim byłam ja, jego niechlubna parafianka, wrzód na dupie, któremu oburzeni parafianie donosili na księdza. Po wypadku jeszcze aktywniej. Wiesław Śmigiel, biskup pomocniczy diecezji pelplińskiej, podczas pogrzebu apelował jednak do parafian, aby o zmarłym mówili dobrze albo nie mówili wcale.
Zatem mówią.
Ja: jestem współwinna. Jako uczennica krzepiłam Madziąga szampanem.

Równy chłop

B. był ministrantem, gdy ksiądz wylewał fundamenty kościoła, i nie będzie ukrywał, że co jak co, ale z księdza równy chłop był. Miał niezłą bekę po kolędzie. Była to istna droga krzyżowa ze stacjami, podczas których ksiądz padał po raz kolejny. Chłopcy składali go do kupy, zmieniali kolejność domów i pędem gnali do tego, który dawał kolację. Ładowali baterię i z powrotem. Na kolędowanie czekali cały rok, chodzili na dyżury mszalne, podpisywali się na liście. B. miał lepiej, bo jako starszy mógł chodzić z proboszczem Madziągiem, gówniarze chodzili z wikarym, którego ludzie obdarowywali cieńszymi kopertami.

Golił nogi

C. jest ojcem D. i brakuje mu słów, toteż nie ma nic do powiedzenia. Nie brakowało ich, gdy proboszcz żył. Wówczas w głowie C. nie mieściło się, że D. tak aktywnie udziela się w parafii. Było to 4 lata temu, D. miała 13 lat i wraz z koleżanką chodziła na spotkania młodzieży katolickiej, pomagała w organizowaniu wyjazdów, zanosiła proboszczowi świeże warzywa na parafię. Gdy wtedy rozmawiałam z D., wyjawiła mi, że zdarzało się, iż podczas tych wizyt proboszcz golił jej nogi. Nie wiedziała, że jestem dziennikarką i gdy poprosiłam ją o zgodę na publikację, powiedziała, że mam spierdalać. D. była na pogrzebie.
Nie było za to E., terapeutki, która prowadziła terapię D. E. o prowadzeniu po pijaku wie też wiele, zajmuje się uzależnieniami. Madziąga wspomina jako uprzejmego pana. Na jednym z miejskich spotkań dała mu swoją wizytówkę. Powiedział: dziękuję.

Też był człowiek

F., była nauczycielka, nie może zrozumieć żółci wylewanej na księdza po śmierci: gdzie jak gdzie, ale to nie pierwszy raz, jak w Chojnicach kogoś ktoś po pijaku zabija, przypomina. Prawda. Do parafii Madziąga należy G. – chłopak, który 12 lat temu zabił pasażera, najlepszego kolegę. Nie wyrobił na zakręcie. Poszedł do więzienia i wyszedł. No i teraz F. ma retrospekcje. Gdy G. zabił, wszyscy mu współczuli, bo przecież był pijany, więc przez przypadek, a po drugie: najlepszego kolegę stracił. Madziąg też człowiek, a karę i tak ma większą, bo sam umarł i z trumny nie wyjdzie. Nawet po 6 latach.
Podobnej opinii jest H., który układał kwiaty na grobie proboszcza w pierwszy dzień po pochowaniu. Myśli nawet więcej – ksiądz nie dość, że umarł, to jeszcze „w ramach pokuty będzie całą wieczność trzeźwiał”. A gdyby przeżył, to w najgorszym wypadku dostałby 12 lat.

I budował

I., gdy słyszy takie słowa, to krew go zalewa, bo to jednak morderstwo było. Na pewno? J. pracuje w sklepie mięsnym i zanim odpowie, zadaje pytanie: A może to było samobójstwo? Czyje? Księdza. Może nie mógł dalej przegrywać ze słabością. Jak nie samobójstwo, bo J. nie upiera się przy tej teorii, to może zawał serca. Pijany kierowca może też dostać zawału, twierdzi.
Z takimi argumentami nie chce dyskutować I. Wie za to, że opowiadanie teraz o tym, że Madziąg był złym proboszczem, bo budował kościół tyle lat i skończyć nie mógł, jest obelgą wierutną. Madziąg był biznesmenem i znał przepisy. Przez to, że były przychylne, a ksiądz ugodowy, budowa się przeciągała. I. sam słyszał, że można u księdza zamówić stal bez podatku i kupić z drugiej ręki. Taka budowa musiała trwać.

Jezusa dostarczał

Kościół i parafia były dla księdza wszystkim, twierdzi K. Jakiś czas przed wypadkiem miał odprawiać mszę. Według K. był nawalony jak szpadel. Ale przyszedł, pochwiał się, Jezusa dostarczył do serc. Można źle o tym myśleć, ale o jakości człowieczeństwa księdza świadczą dalsze wydarzenia. Na następnej mszy ponoć przeprosił i wytłumaczył, że został zmuszony do poprowadzenia mszy. Niespodziewanie został sam w parafii i gdyby nie on, nie odbyłaby się wcale. Czuł się w obowiązku ratowania wiernych.
L. ratował regularnie co 2 miesiące. Od grzechów śmiertelnych i tych mniejszych. Ostatnio L. był u spowiedzi kilka dni po tym, jak Madziąg wyszedł z izby zatrzymań. W grudniu zeszłego roku Madziąg jechał jako pasażer i jako pasażer groził policji, która w Sierpcu zatrzymała kierowcę samochodu wiozącego księdza za nieuregulowanie rachunku na stacji. Proboszcz groził, że powyrzuca ich z roboty na zbity pysk. L. specjalnie poszedł wtedy do spowiedzi, bo z pijaństwa sam chciał się wyspowiadać. Dostał – nie pamięta dokładnie – kilka zdrowasiek, parę ojców naszych i odpuszczenie grzechów.

Parafianie byli za tym, aby pochować księdza z większymi honorami – w podziemiach kościoła, jak papieża.

Teraz, gdy zapalają znicze w miejscu wypadku i odwiedzają grób, tli się w nich żal. Pieniądze, które ludzie wydali na ogromne wieńce, pójdą do kosza, a przecież mogli wpłacić na dokończenie budowy kościoła.

[2013.06.28] NIE.pl Nr 27/2013

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: