Kopnięty przez Boga

Co łączy ubogiego kuternogę, który nie wiadomo, czy chodzi do kościoła, z zamożnym księdzem artystą? Kawałek świętej polskiej ziemi.

Mirek jest młodszy, Lech starszy. Mirek klepie biedę, podczas gdy Lech ma się dobrze i chwali się oficjalnym wsparciem koncernów Peugeot, Toyota oraz firm Kuratela, Interfach i Consmarket.
Gdy Mirek zaczynał podstawówkę, Lech otrzymał święcenia kapłańskie. Młody ksiądz Lech organizował pielgrzymki, na które smarkaty jeszcze Mirek nie chadzał. Bardziej interesował się pewną szkolną koleżanką.
Ks. Lech założył zespół muzyczny Oratorium, który w 1982 r. miał na koncie 3 kasety z pieśniami typu „Tam, gdzie cisza, tam jest Bóg”, tudzież „Wróć do Pana”. Zamiast słuchać tych nabożnych hymnów, Mirek wolał się włóczyć z przyjaciółką. Oboje właśnie zdali do VIII klasy. Szli poboczem drogi łączącej dwie podradomskie wioski – Augustów i Kowalę. Z oddali dał się słyszeć warkot enerdowskiego motocykla. Kierowca był kompletnie pijany, toteż nie widział ani pobocza, ani idących nim dzieciaków. Dziewczynce nic się stało, wyjąwszy głęboki uraz psychiczny, który spowodował wadę wymowy. Ówczesna 14-latka– dzisiaj czterdziestokilkuletnia kobieta – nie umie powstrzymać jąkania. Mirek odniósł

poważniejsze obrażenia.

– Nie martw się. Pojedziesz do szpitala wojskowego do Wrocławia. Tam uratują ci nogę – pocieszał go ordynator oddziału ortopedii, który za punkt honoru postawił sobie doprowadzenie chłopaka do zdrowia. Niestety poharatana noga w szybkim tempie zaczęła gnić. Radomscy lekarze mieli do wyboru – albo utną nogę, albo stracą pacjenta. Ucięli.
Z ustaleniem personaliów pijanego motocyklisty nie było najmniejszych problemów, albowiem wylądował on w tym samym szpitalu co Mirek. Lekarze nastawili mu wybitą szczękę. Rodzice Mirka zaczęli więc dopytywać się, kiedy milicja postawi kierowcy zarzuty.
– Zarzuty? – zdziwił się jeden z funkcjonariuszy. – Kto wie, komu zostaną postawione? A może to wasz dzieciak spowodował wypadek?
Na szczęście dla Mirka w czasie stanu wojennego Radomiem rządził komisarz wojskowy. Rodzice chłopaka poskarżyli mu się, a on szybko ustalił, że motocyklista był krewniakiem komendanta wiejskiego posterunku MO. Komendantowi posterunku zmieniono przydział – odtąd miał pieczę nad milicyjnym parkingiem. Motocyklistę osądzono. Mirkowi wypłacono niewielkie odszkodowanie, przy czym sąd w wyroku zapomniał zasądzić rentę. VIII klasę Mirek kończył w domu, a potem zaczęły się schody.
Jednonogiego chłopca nie chciała ani szkoła, ani rodzina. Do pracy w gospodarstwie taki się nie nada. Może zarabiać głową, ale dopiero po wielu latach nauki. Tyle że wszystkie radomskie zawodówki, technika i licea nie wyrażały zgody na przyjęcie Mirka do grona uczniów. Bo kaleka. A, jak wiadomo,

kalectwo bywa zaraźliwe.

Co będzie, jeśli jednonogość przeniesie się na pozostałe piękne i zdrowe dzieci? Rodzina oddała Mirka do Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Busku-Zdroju i miała z nim spokój.
W Ośrodku Mirka wyszkolono na operatora maszyn precyzyjnych. W tym czasie nie było problemów z pracą. Swoją pierwszą robotę Mirek dostał w Radomskich Zakładach Naprawy Samochodów. Był tam operatorem maszyn biurowych. W czasie gdy Mirek oliwił maszyny do pisania, ks. Lech z zespołem nagrał pierwszą kasetę z piosenkami patriotyczno-religijnymi. Repertuar był niczym jutrzenka nadchodzących przemian: „Pożegnanie Ojczyzny”, „Nie zdejmę krzyża”, „Ojczyzno ma”, „Ostatnia nadzieja w Maryi”, „Czerwone maki”, „Tęskno mi, Panie”, „Żeby Polska”.
Przemiany oznaczały dla Mirka likwidację zakładu pracy i bezrobocie. Postanowił wyjechać z Radomia. Razem z nim wyjechała ta sama koleżanka, z którą niegdyś spacerował poboczem drogi łączącej Augustów z Kowalą. W roku, w którym ks. Lech wydał pierwszą w historii Oratorium płytę kompaktową, koleżanka, która teraz już była żoną Mirka, na porodówce w Chorzowie urodziła zdrowego chłopczyka.
„Jezus kocha takie dzieci” – to tytuł pieśni z kolejnego krążka nagranego przez Oratorium. w czasie gdy ks. Lech planował wydanie albumu „Temu, który stworzył świat”, syn Mirka zachorował. Zaniepokojeni rodzice poszli do lekarza. Lekarz zdiagnozował zapalenie oskrzeli. Zapisał leki przeciwgorączkowe i kazał położyć dzieciaka do łóżka.
Lekarstwa podane zgodnie z zaleceniem lekarza tylko pogorszyły stan dziecka. W chwili przybycia pogotowia chłopczyk miał już czerwone plamy pod skórą. Karetka na sygnale odwiozła małego do szpitala, ale na ratunek było za późno. Czerwone podskórne plamy oznaczały

miejsca pękania żył.

To, co lekarz z przychodni zdiagnozował jako zapalenie oskrzeli, okazało się posocznicą.
W uznaniu zasług ks. Lech został przez zwierzchników awansowany na wicedyrektora radomskiego katolickiego Radia Ave. Wraz z zespołem muzycznym nagrał kolejną płytę zatytułowaną „Panie, ratuj świat”. W tym samym czasie Mirek i jego żona nie myśleli o ratowaniu świata, tylko siebie. Pani Mirkowa przeszła zabieg usunięcia wyrostka robaczkowego. Lekarze szybko i sprawnie wycięli jej, co trzeba i równie sprawnie zaszyli. Ale przed zaszyciem nie sprawdzili, czy wszystkie wnętrzności pani Mirkowej znajdują się na swoim miejscu. Pani Mirkowa nie wiedziała, że w brzuchu ma porobione supełki, które z miesiąca na miesiąc coraz szczelniej się zaciskają. Po roku od zabiegu zgłosiła się do szpitala ze straszliwymi bólami brzucha, ale nie potrafiła wytłumaczyć lekarzom, że nie symuluje.
– Nie trzeba było popijać śliwek wodą – żartowali sobie z niej specjaliści z oddziału chirurgii.
Pech Mirkowej polegał na tym, że do szpitala trafiła w piątek. Nadchodził weekend. Uznano, że z badaniami można zaczekać aż do poniedziałku. Może jest hipochondryczką, a może nie. Na wszelki wypadek podano jej silne środki przeciwbólowe. Gdy Mirek w sobotę przykuśtykał do szpitala na tym patyku, który oficjalnie nazywano protezą, pani Mirkowa była już bez kontaktu. W poniedziałek rano uznano, że panią Mirkową należy przewieźć na ginekologię. Bez badań. Ginekolog wymacał guz. Wystraszył się, że Mirkowa ma zaawansowanego raka macicy, a ponieważ kobieta już siniała, uznał, że nie ma czasu na robienie badań. Rozciął ją i zobaczył skręcone jelito.
Wedle fachowej nomenklatury u pani Mirkowej doszło do

zawału jelita grubego.

Dopóki był prześwit, jakoś jeszcze działało. Potem spuchło, a następnie zaczęło obumierać. Po kilkugodzinnej operacji lekarz już wiedział, że pani Mirkowa przeżyje, choć co nieco trzeba jej było wyciąć.
Żona Mirka wyzdrowiała, natomiast zmarła mu babcia. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Babcia była jedyną bliską krewniaczką, która się do niego przyznawała. Dziw, ale chyba nawet tego jednonogiego wnuka kochała.
– Bidulek – mawiała. – Jak już nie ma tej nogi, to niech przynajmniej ma ziemię.
I ku złości wszystkich wujków i ciotek Mirka zapisała mu pole. Wujkowie i ciotki próbowali obalić testament. Swoje wersje testamentu przedstawiali w sądzie, ale ponieśli klęskę.
Mirek odziedziczył pole w miejscowości Augustów. Zajechał na swoje, a tu płot. A za płotem sztuczna fontanna, klomby, dróżki wysypane żwirem.
Klomby, żwirowe dróżki, sztuczną fontannę, czyli wszystko to, co składa się na siedzibę zespołu muzyki religijnej Oratorium, miejscowi ochrzcili mianem Rancza. Mirek przekroczył mury Rancza położonego częściowo na jego ziemi akurat wówczas, gdy ks. Lech i jego podopieczni wprawiali się w hymnie zatytułowanym „Za trzydzieści srebrników”. Hymn ów był jednym z utworów składających się na nowy krążek pod nazwą „W zadumie przed Panem”.
– Proszę księdza, ksiądz zajął kawałek mojego pola!
– Błądzisz, synu – próbował przekonać go ks. Lech. I na dowód pokazał mu kartkę, na której babcia Mirka rzekomo miała złożyć oświadczenie o przekazaniu tego kawałka ziemi w darze Kościołowi, a w szczególności jego przedstawicielowi, ks. Lechowi.
Za jakiś czas Mirek ponownie odwiedził urokliwy zakątek, tym razem w towarzystwie prawnika. Ten zauważył, że na kartce nie ma pieczęci ani podpisu notariusza. Wizyta zakończyła się zawarciem ugody. Zgodnie ze słowami hymnu skomponowanego przez ks. Lecha: „Przebaczenia czas”.
W 2007 r. do Mirka zapukał listonosz, który kazał sobie pokwitować odbiór listu poleconego nadanego przez Starostwo Powiatowe w Radomiu. Starostwo wzywało Mirka do potwierdzenia, że jest właścicielem nieruchomości położonej w Augustowie, w sąsiedztwie Rancza, gdzie właśnie trwały przygotowania do nagrania krążka „Jego miłość trwa”. Mirek przedstawił odpowiednie dokumenty, a wówczas powiadomiono go, że stał się stroną

postępowania wywłaszczeniowego.

Miasto Radom i powiat Radom podpisały bowiem porozumienie w sprawie budowy obwodnicy miejskiej. Ma ona przebiegać dokładnie przez Mirkowe pole.
Wedle wspomnianego porozumienia starosta ustalać miał wysokość odszkodowań wypłacanych wywłaszczanym. Wypłacać te odszkodowania miał zaś prezydent miasta. Starosta powołał biegłą. Ta wyliczyła, że Mirkowi za zabieraną mu ziemię należy się 234 tys. zł. Staroście kwota ta niezbyt przypadła do gustu i ściął ją do 217 tys., nie podając żadnych przesłanek tej korekty. Być może 17 tys. zł to dla starosty niewiele. Dla Mirka było to 19 miesięcy ciężkiej harówy, albowiem jego miesięczna wypłata wynosiła 900 zł na rękę. Ale kto by tam przejmował się inwalidą…
Ustawa mówi, że państwo ma 30 dni od wywłaszczenia na wydanie decyzji o wysokości odszkodowania. Decyzja o wywłaszczeniu Mirka stała się ostateczna z dniem 27 sierpnia 2010 r. I cóż z tego? Mirek, zamiast obiecanych pieniędzy, zobaczył figę.

Prezydent Radomia zaskarżył postanowienie starosty.
Wojewoda uznał tę skargę, stwierdzając, że biegła wykonała operat szacunkowy niestarannie. Starosta kazał wykonać drugą wycenę. Zlecenie dostała ta sama biegła co przedtem. Tym razem sporządziła operat bardziej korzystny dla władzy, choć mniej miły dla Mirka.

Wedle drugiego operatu ziemia, z której Mirek został wywłaszczony, jest warta już tylko 93,5 tys. zł. Mirek z czystym sumieniem mógł skorzystać z dorobku swojego sąsiada i zaśpiewać „Psalm 94 – O pomstę wołanie” znajdujący się na płycie zatytułowanej „W zadumie przed Panem”. Zamiast śpiewać, napisał odwołanie. Starostwo odpisało, że ma przyjechać na

rozprawę administracyjną.

Podano dzień i godzinę. Z Chorzowa do Radomia jest 237 km. Przejazd trwa prawie 4 godziny w jedną stronę. Szacunkowy koszt paliwa w obie strony to nieco mniej niż połowa miesięcznego uposażenia Mirka. Ale o swoje trzeba się bić. Mirek wziął urlop, wynajął prawnika i wyruszyli. Dojechali na miejsce, by dowiedzieć się, że nie udało się skompletować wszystkich dokumentów i dlatego rozprawa się nie odbędzie.
– Dla mnie jest jasne, o co chodzi. Urzędnicy próbują zniechęcić pana Mirosława, żeby już nie walczył o swoje, tylko wziął, ile mu dają – mówi jego prawnik Leszek Krupanek. – To schorowany człowiek, pracujący kilkaset kilometrów stąd. Kogoś takiego stosunkowo łatwo zmusić, by się poddał.
Nie wiadomo jednak, czy Mirek dostanie cokolwiek, nawet jeśli ustąpi. Prezydent miasta może złożyć kolejną skargę na niestaranność sporządzenia operatu, a wówczas starosta znów będzie musiał zlecić kolejną wycenę. Tak można bawić się w nieskończoność.
Na ostatniej płycie wydanej przez sąsiada Mirka jest hymn zaczynający się od słów „Nie mam nic”. Pasuje jak ulał. Do Mirka, a nie do ks. Lecha.

[2011] NIE.pl Nr 51/2011

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: