Ksiądz syn biskupa

Masz rywala? Sprawdź, czy ten, kto przyprawia ci rogi, nie nosi czarnej sukienki. Jeśli tak, oślepnij i ogłuchnij.

W Tomaszowie Mazowieckim mieszka Krzysztof Pan.
Do niedawna wiódł bardzo ustabilizowane życie. Pracował w poważnych firmach zagranicznych, robił doktorat, działał w Partii Ludowo-Demokratycznej. Wprawdzie rozszedł się z żoną, ale ze związku został dorodny syn, a samotność osładzała przyjaciółka. Katarzyna Król ma 42 lata, blond włosy i aparycję anioła. Charakter tylko trochę gorszy, jednak Pan wytrzymał z nią 9 lat.

Sponsor
Pewnie byliby szczęśliwi do dzisiaj, ale pewnego dnia czesząc się Pan zauważył, że na głowie oprócz włosów ma rogi. Nie doznał szoku, bo pewne objawy sygnalizowały istnienie konkurenta. Do tej pory po prostu wolał nie zastanawiać się, skąd Kasia bierze szmal na jedwabne majtki albo staniki – arcydzieła sztuki gorseciarskiej. Jak bezrobotna reguluje rachunki za telefon komórkowy? Z zasiłku? A musiała płacić niemało, wszak tylko do niego dzwoniła kilka razy dziennie.

Detektyw
Jak się ma znajomości tu i ówdzie, łatwo ustalić, kto jest właścicielem numeru, nawet jeśli jest zastrzeżony, jak to było w tym wypadku. Okazało się, że numerek należy do spółki z o.o. zarejestrowanej w pobliskiej Łodzi.
Pojechał do miasta Millera. Siedziba firmy Miłosierdzie mieściła się przy ulicy Warszawskiej 504/73. Wdrapał się na piętro. Zwyczajne mieszkanie w bloku. Drzwi zamknięte. Udał się do Sądu Gospodarczego. Wziął dokumenty rejestrowe przedsiębiorstwa sponsorującego jego kochankę. Miłosierdzie powstało we wrześniu 1996 r. Założył ją mgr Ireneusz Kwas. Zanim spółka zarobiła pierwsze pieniądze, Kwas odsprzedał 40 proc. udziałów. Szczęśliwym nabywcą została jedna z łódzkich parafii. Proboszcz z talentem do biznesu, który tak szybko zwietrzył życiową szansę parafii, nazywa się mgr Ireneusz Kwas. Zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa.
Z analizy kwitów finansowych wynikało, że biznesmen Ireneusz Kwas wspierany przez proboszcza ks. Ireneusza Kwasa znakomicie radzili sobie na trudnym łódzkim rynku. Miłosierdzie robiło geszefty w całej Polsce. Faktury Miłosierdzia obcowały z błogosławioną Stellą Maris z Gdańska.
Już w pierwszym roku działalności spółka wykazała zysk. W kolejnych latach zostawało na czysto ok. 200 tys. zł. Rok 2001 był wyjątkowo dobry. Aż 320 tys. zł nad kreską. Podatków zero. Wszak dochody co do najmarniejszego grosika przeznaczano „na cele religijne”. Wiele wskazuje na to, że jednym z takich celów było kupowanie luksusowej bielizny dla pani Kasi. Cóż, majtki rzecz kultowa. Regulowanie rachunków za jej pogaduszki również.
– Postanowiłem sprawdzić, czy również inne kobiety korzystają z kościelnych telefonów i gadają na cele religijne. Okazało się, że Miłosierdzie zarejestrowało na siebie ok. 100 komórek – opowiada Pan.

Gwałt
Kwas zaniepokoił się śledztwem prowadzonym przez Krzysztofa Pana. Gdy zorientował się, że został rozpoznany, wyrejestrował telefon, którego używała pani Król. Nie wiemy, czy zrezygnował również z jego właścicielki, czy może zaczął zachowywać się dyskretniej. Tak czy siak działanie konkubenta albo zrujnowało, albo co najmniej zaszkodziło karierze Katarzyny Król, która w roli przyjaciółki utalentowanego biznesowo proboszcza nie musiała przejmować się wskaźnikami bezrobocia.
Trudno się dziwić, że wspierana przez rodziców spróbowała rozgnieść Krzysztofa Pana jak natrętną muchę. Oskarżyła go o gwałt, niedoszli teściowie zniszczyli jego samochód, wreszcie Kasia wspierana przez mamusię rozkwasiła mu czymś ciężkim głowę, co skończyło się wstrząśnieniem mózgu.
Polski wymiar sprawiedliwości reprezentowany przez płeć piękną, nie oglądając się na dowody i logikę, dał wiarę najbardziej absurdalnym oskarżeniom. Kilka miesięcy temu opisaliśmy szczegółowo tę część życia Krzysztofa Pana („Sąd blond”, „NIE” nr 6/2004). Krzysztof Pan został skazany przez Sąd Rejonowy w Pruszkowie (sygn. akt II K 1246/02) za wtargnięcie do mieszkania kochanki, groźby karalne oraz doprowadzenie jej do innej czynności seksualnej. Inna czynność polegała, zdaniem sądu, na tym, że Krzysztof Pan rozebrał się do slipek, a następnie położył dłoń Kasi na tych slipkach w miejscu, gdzie pod spodem były genitalia.

Goryl
Na odczytanie wyroku Katarzyna Król przyszła z policjantem w mundurze i z giwerą u boku. Szarmancko wpuścił kobitkę na salę rozpraw i przez dwie godziny warował pod drzwiami, a potem eskortował ją do domku.
– Krew mi zalała oczy – mówi Pan.
– Przecież sąd zatrudnia firmę ochroniarską, a policjanci to nie prywatni ochroniarze!
Natychmiast po rozprawie poleciał pytać szefa Komendy Powiatowej Policji, czy może wydelegował uzbrojonego funkcjonariusza, żeby w sądzie strzegł cnoty Katarzyny Król? Na gorąco powiedziano mu, że nie, że cała sytuacja wygląda na taką, która nie miała prawa się zdarzyć i wszczęto postępowanie (sygn. akt KPP PR-6643/03).
Wkrótce Pan dostał pismo z autografem zastępcy komendanta powiatowego policji w Pruszkowie, podinspektora magistra Małgorzaty Choroś. Pani podinspektor twierdziła, że ponad wszelką wątpliwość w sądzie funkcjonariusz wykonywał prawne obowiązki służbowe. Działał na zasadzie obowiązującej Polskiej Karty Praw Ofiary, a szczególnie prawa ofiary do wolności od wtórnej wiktymizacji.
Poruszony Pan poleciał do biblioteki po słownik wiktymologiczny. Wyczytał, że wtórna wiktymizacja to negatywne przeżycie psychiczne, będące rezultatem przedmiotowego traktowania ofiar przez organy ścigania i wymiaru sprawiedliwości. Czyli policjant chronił panią Król nie przed nim, ale przed wysokim sądem. Nikt nie wie, dlaczego to robił z oddalenia, pozostając na sądowym korytarzu. Nawet Biuro ds. Ochrony Informacji Niejawnych i Inspekcji Komendy Głównej Policji. Jakiś urzędas z tego Biura przyznał rację podinspektor Choroś, ale czemuś ominął kłopotliwe wątki i wstydził się podpisać sporządzony przez siebie dokument.

Pointa
Wkurwiony Pan rozżalony na świecką sprawiedliwość postanowił zapukać do kościelnej. Dzięki rodzinnym protekcjom dotarł do samej wierchuszki łódzkiego Kościoła kat. Tu dowiedział się (imię i nazwisko rozmówcy znane redakcji), że powinien wziąć zimny prysznic i poskładać do kupy resztki ze swojego życia. Ks. Ireneusz Kwas jest nie do ruszenia. Jego ojciec dorobił się w Kościele kat. godności biskupa.

PS Imiona i nazwiska bohaterów oraz nazwa i adres przykościelnej firmy zmienione.

[2004] NIE.pl Nr 27/2004

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: