Opętana dupa księdza

Ks. Andrzej Szczeszyński jeszcze niedawno występował jako ekspert w konkursie „Siostra Faustyna – droga do świętości”. Bo choć wiedziano, że innej niewiasty – swej gosposi – używa nie tylko do celów gospodarczych, otaczano go szacunkiem. Dziś parafianie nie mają wątpliwości: – Diabeł go opętał. A właściwie diablica. I skusiła go, żeby ukradł kościelne mienie.

Dobrzyca. Wieś o charakterze miejskim. 12 kilometrów od Pleszewa, 3290 duszyczek, muzeum i kościół św. Tekli. W 1970 r. proboszczem został ks. Henryk Buchalski. Wkrótce założył parafialną firmę Dębina. Specjalność: stolarka kościelna. To był strzał w dychę – w najlepszym okresie u księdza tyrało 100 osób. A ściślej rzecz biorąc tyrało w kurii, bo to ona zgodnie z prawem kościelnym była właścicielką, a proboszcz pełnił tylko funkcję zarządcy.
– To była jedyna firma w Polsce, która robiła dla kościołów ławki, ambony, ołtarze, klęczniki, konfesjonały, rzeźby Jezusów i Matek Boskich. My, wszyscy parafianie, czuliśmy się właścicielami. Interes kwitłby dalej, gdyby nie diabelskie nasienie, tfu – spluwa mieszkaniec Dobrzycy.

Kościelny zegar chodzi powoli

Diabelskie nasienie w postaci księżej gosposi przywędrowało razem z ks. Andrzejem Szczeszyńskim, nowym proboszczem. Wszyscy jako tako trzeźwi wiedzieli, co się święci, ale wybaczali, dopóki Dębina miała się dobrze. Gdy zaczęła robić bokami, poczęli słać pisma do kurii biskupiej w Kaliszu. Że firma podupada, bo baba księdza omotała. Że nie godzi się marnotrawić majątku. Że szkoda. Że kradną.
Stanisław Napierała, biskup kaliski, nie reagował. Jako patriota i niestrudzony obrońca Radia Maryja (Ataki na Kościół, ze szczególną zaś nienawiścią ataki na Radio Maryja i jego dyrektora, są atakami wymierzonymi w Naród Polski – tak pieje biskup na łamach „Naszego Dziennika”) ważniejsze sprawy miał na łbie. Dlatego kuria ograniczyła się zaledwie do kojących komunikatów: W kościele czas inaczej działa, pochopne decyzje nie są dobre. Powolny zegar kościelny sprzyjał proboszczowi.

Biskup nie rusza palcem

Wiernych juha zalała definitywnie, jak się zwiedzieli, że proboszcz sprzedał Dębinę.
– Najpierw, nie pytając nikogo o zdanie, puścił obcemu w dzierżawę maszyny i surowiec. A potem wszystko opylił za bezcen! I firmy ni ma. O tym, co proboszcz wyprawia, biskup wiedział od czterech lat. I nawet palcem nie ruszył. Jego wina większa niż proboszcza, gdyż pleban mniej panował nad rozumem. Został opętany przez demona w kobiecej skórze. A jako opętany pełnej odpowiedzialności za swe czyny ponosić nie może.
Parafianka: – Ta diablica niejednego księdza zbałamuciła. Przyjechała do nas z wioski pod Śmiglem. Już tam była znana jako czarownica. Chcieli ją nawet posadzić do więzienia, ale sąd dał jej wyrok w zawieszeniu, bo dzieci małe miała na wychowaniu.

Proboszcz znika z Cyganami

W końcu pod naciskiem owieczek biskup rozkazał Szczeszyńskiemu, by wyniósł się z Dobrzycy. Ale opętany ksiądz polecenia nie miał ochoty wykonywać. I pozostał ze swą towarzyszką na plebanii. Tymczasem do Dobrzycy przybył wyznaczony przez Napierałę następca. Sytuacja stała się niezręczna, bowiem: a) nowy proboszcz bydlił się w skromnej salce parafialnej; b) stary figlował z gosposią w pomieszczeniach sąsiednich.
Parafianie zauważyli, że ich nowy przywódca duchowy, początkowo pełen optymizmu, wnet stał się jakiś przygaszony. Co przypisywali gosposi będącej w zasięgu jego zmysłów oraz niemożności skorzystania z kuchni, gdyż i ją okupowała grzeszna para.
Nieoczekiwanie stary proboszcz postanowił opuścić Dobrzycę. Może dlatego, że jego kobieta zbyt łakomym wzrokiem spogląda na nowego. Może nieudręczona cząstka rozumu podpowiedziała mu: „Andrzej, odpuść”.
Gdy ks. Andrzej się wyprowadzał, kolejnego dowodu na swe piekielne konszachty znów dostarczył. Bo graty z plebanii wynosili Cyganie. Pół Dobrzycy się zbiegło, żeby popatrzyć i żal wypowiedzieć: „Ile prawdy jest w tym, co nam tu mówiłeś z ambony przez te lata? Gadaj!”, „Patrzcie, jakich tragarzy sobie znalazł!”, „Ile nakradłeś? Mów!”. Tykali go bez pardonu, bo słowo „ksiądz” jak ość stało im w gardle. W ramach rewanżu jeden z Cyganów przysięgał na grób matki, że całą Dobrzycę z dymem puści. A czujni parafianie dostrzegli, że wśród ładowanego na ciężarówkę dobytku znalazł się ołtarzyk prawosławny. Czyli heretycki. Tego było za wiele. Sięgnęli po wodę i egzorcyzmów chałupniczych dokonali na księdzu.

Prokurator weryfikuje rzetelność

Kuria, choć majątek Dębiny przepadł w dziwnych okolicznościach, nie powiadomiła prokuratury. Zrobili to za nią parafianie, którzy uważają, że były proboszcz wraz z gosposią rozkradli majątek parafialnej firmy.
– Przede wszystkim skupiamy się na ustaleniu, czy ksiądz wyrządził zarządzanej przez siebie firmie szkodę majątkową – mówi Antoni Ulatowski, prokurator rejonowy w Pleszewie. – Sprawdzamy również, czy sprzedano maszyny i urządzenia stanowiące przedmiot zabezpieczenia kredytów zaciągniętych przez proboszcza. Gdyby tak było, mielibyśmy do czynienia z przestępstwem. Ponadto weryfikujemy rzetelność faktur opisujących tę transakcję. Na razie postępowanie prowadzone jest w sprawie. Proboszcz i pani S. zostali przesłuchani w charakterze świadków. Decyzję o ewentualnym postawieniu zarzutów podejmiemy w ciągu najbliższych 2-3 miesięcy.
Zegar prokuratury wzoruje się na kościelnym.

Kuria się nie poczuwa

Prokuratura zajmuje się też długami, jakie zostawili po sobie ks. Andrzej i gosposia. A nie są one małe. Kuria nie kwapi się, by regulować należności.
Zastępca wójta gminy Dobrzyca: – Firma Dębina od pewnego czasu nie płaciła podatku od nieruchomości. Zobowiązania z tego tytułu wynoszą kilkadziesiąt tysięcy. Chcieliśmy, żeby parafia w zamian za długi dała nam należący do niej park. Okazało się, że aby dokonać takiej zamiany, potrzebna jest zgoda biskupa Napierały. W styczniu 2007 r. napisaliśmy więc w tej sprawie do kurii. Odpowiedzi nie doczekaliśmy się. Za to po pół roku poinformowano nas, że biskup chętnie by odpowiedział, ale nie może, bo zgubił nasze pismo. Zasugerowano, żebyśmy napisali jeszcze raz. Tak uczyniliśmy. Odpowiedzi jak nie było, tak nie ma. Wszelkie przewidziane przez prawo terminy zostały już dawno przez kurię przekroczone. Kościołowi chyba się wydaje, że stoi ponad prawem. Co dalej z długiem Dębiny? Majątek po niej nie został. Za to sama parafia św. Tekli oprócz parku ma jeszcze ok. 100 hektarów gruntu. Być może wystąpimy z wnioskiem o zajęcie hipoteki. Ale to wcale nie rozwiąże problemu. Uzyskamy jedynie mglistą perspektywę, że w razie licytacji parafialnego majątku gmina otrzyma swoją część.
Do licytacji majątku parafialnego może dojść niebawem. Dobrze poinformowani parafianie twierdzą bowiem, że ksiądz i jego gosposia narobili długów przekraczających pół miliona: – Brali kredyty w bankach, pożyczali na wysoki procent od osób prywatnych… I natychmiast zapominali o spłacie.
Byłemu proboszczowi grozi pobyt w puszce. Wnosimy, by potraktować go ulgowo, gdyż opętanie – tak jak patologiczne uchlanie się wódką – nie pozwala na pełne rozumienie znaków na niebie i ziemi. Jednocześnie postulujemy, by z całą mocą dobrać się do biskupa Napierały. Bo to on powinien sprawować pieczę nad kuriewnym majątkiem. I kuriewnymi długami. I ewentualnymi diablicami, które w kurii grasują. *

[2008] NIE.pl Nr 05/2008

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: