Proboszcz i mała komunistka

Poślij dzieciaka do kościoła, to ksiądz cię zelży, pobije, a na koniec wyrzuci z miasta.

Wioletta Pawłowska sprowadziła się do Pilawy – liczącej 4 tysiące głów mieściny w województwie mazowieckim – w styczniu tego roku. Była z dwójką małych dzieci, świeżo po rozwodzie. Chciała odciąć się od przeszłości i rozpocząć nowe życie. Koleżanka pomogła jej urządzić tu niewielkie mieszkanie i zdobyć pracę. Córka Patrycja i syn Krystian poszli do szkoły.
Pawłowska przyznaje, że choć nie jest przesadnie praktykująca, to zawsze wychowywała dzieci po katolicku – prowadzała je na msze, tłumaczyła kwestie zmartwychwstania i niepokalanego poczęcia, uczyła modlitw. Ostatnio odkładała też pieniądze na białą sukienkę dla córki. Zbliżał się maj, miesiąc, w którym tysiące małych komunistów z całego kraju – w tym 9-letnia Patrycja – miały dostąpić zaszczytu skonsumowania ciała Chrystusa.
Podczas jednego ze spotkań przygotowujących bachornię do sakramentu ksiądz Antoni Sulich, proboszcz tutejszej parafii, publicznie zapytał panią Wiolettę, gdzie podziewa się ojciec dziecka.
– Yyy… zaginął – odpowiedziała. Nie chciała rozpoczynać życia w małym mieście z etykietką rozwódki, a odpowiedź „w pracy” nie przyszła jej wystarczająco szybko do głowy.
Wtedy – widząc inne matki zawile tłumaczące się z nieobecności mężów – pierwszy raz pomyślała, że

ten ksiądz to w mieście ktoś ważny.

Patrycja miała z religii znakomite oceny. Katechetka Alina Żołądek stawiała jej w zasadzie same piątki. Dziewczynka nie miała więc wątpliwości, że 26 marca zda egzamin dopuszczający do pierwszej komunii. Zakuwała liczący prawie 60 zagadnień materiał od wielu tygodni i nieraz wstawała w nocy, by przypomnieć sobie fragment jakiejś modlitwy.
Pech chciał, że w dniu sprawdzianu dostała wysokiej gorączki. Pani Wioletta długo zastanawiała się, co zrobić. Kazała dziecku zostać w łóżku, wezwała koleżankę i pobiegła do pracy. Obiecała, że usprawiedliwi nieobecność u księdza.
Nie minęło kilka godzin, a Pawłowską zaczęły zaczepiać nieznajome kobiety. A to, że jak mogła zrobić córce coś takiego. A to, że ksiądz jest wkurzony i że napytała sobie biedy.
Czuła się jak morderczyni. Nie wiedziała, czy po robocie biec na plebanię, czy do chorej córki. Pod wieczór o nieobecności Patrycji na egzaminie wiedziało już pół miasta. Okazało się, że proboszcz poinformował o fakcie w ogłoszeniach parafialnych.
Następnego ranka pani Wioletta pomaszerowała do kościoła. Zaczepiła proboszcza przed mszą. Prosiła, by wyznaczył nowy termin przepytania Patrycji.
– Pani jest nieodpowiedzialną matką! Dlaczego nie usprawiedliwiła pani nieobecności dziecka?
– Właśnie po to przyszłam… – Trzeba było się zjawić w dniu egzaminu.
– Nie mogłam. Córka była chora i…
– Dobra matka potrafi przewidzieć chorobę dziecka kilka dni wcześniej – ciągnął ksiądz. – Poza tym mogła pani wyjść z pracy albo przysłać kogoś innego. Bez przepytania dziecko nie zostanie dopuszczone do komunii.
Pawłowską zatkało.

Z problemu wielkości pagórka wyrosły Himalaje.

– Dlaczego ksiądz publicznie przeczytał po mszy, że moja córka nie stawiła się na sprawdzian?
– To żadna tajemnica.
– Co mam teraz zrobić? Rodzice dawali 120 zł za egzamin i…
– Powinna pani zapłacić. W cenie jest książeczka do nabożeństwa, obrazek i tzw. dar dla Kościoła. Wszyscy rodzice zapłacili. Zbieramy na nowy baldachim z okazji beatyfikacji Jana Pawła II.
– Ale moje dziecko ma już książeczkę z poprzedniej parafii.
– Musi mieć taką jak reszta. Wpłaty przyjmuje katechetka.
Wkurzona Pawłowska brzydko odfuknęła księdzu. Ten stwierdził, że jak mało ma problemów, to jeszcze jej dołoży. Wybiegła z parafii z płaczem. Pomyślała, że takiego skurwysyństwa nie daruje i zainteresuje sprawą media.
Gdy rozeszła się plotka o spacerujących po mieście dziennikarzach, Pawłowską zaczęły spotykać dziwne przygody. Matki z klas Patrycji i Krystiana przestały odbierać telefony, a sąsiedzi odpowiadać na jej „dzień dobry”. Ktoś życzliwy ostrzegł, by lepiej uważała na pracę i mieszkanie. A po jednej z mszy ks. Sulich powiedział publicznie, że ktokolwiek będzie rozmawiał z Pawłowską na temat komunii i udzieli jej pomocy, napyta sobie biedy.
Pawłowska postanowiła wynieść się z Pilawy. Najpierw chciała jednak, by dzieci dokończyły rok szkolny, a ksiądz wystawił jej córce zaświadczenie o nieudzieleniu egzaminu. Z takim kwitkiem miała szanse na załatwienie sakramentu w innej parafii.
Dotychczas dostępny proboszcz nagle pilnie wyjeżdżał albo był bardzo zajęty. Gdy w końcu udało jej się do niego dotrzeć, stwierdził, że nie wie jeszcze, z kim zadarła. Powiedział też, że uzyskał na temat Pawłowskiej złą opinię u dyrektorki szkoły. Zdziwiona Pawłowska wybrała się więc do podstawówki.
Tu na korytarzu zaczepiła ją szkolna psycholog. Zarzuciła pani Wioletcie, że jedno z jej dzieci przyszło raz w lutym do szkoły bez czapki, a innego dnia bez kanapki. W związku z tym

szkoła będzie wnioskować o odebranie praw rodzicielskich

matce (sic!), szczególnie jeśli konflikt z księdzem nie zostanie załatwiony w odpowiednio cichy sposób.
Zszokowana Pawłowska pobiegła na skargę do dyrektorki. Wydawało jej się, że śni na jawie. Dyrektorka była zdziwiona całą sytuacją.
– Rozmawiałam na pani temat tylko z panią burmistrz – stwierdziła.
– Z panią burmistrz? To ona interesuje się moimi dziećmi? – zdziwiła się Pawłowska.
– No… Chodziło o objęcie pani dzieci opieką świetlicową.
Odwiedzam Pawłowską w jej mieszkaniu. Jest schludne i dobrze wyposażone. Dzieci są zadbane, najedzone i co chwila podbiegają, by przytulić się do sukienki. Jeśli tak wygląda wyrodna matka, to oby wszystkie bachory w Polsce takie miały.
– Jutro sąsiadki będą mówić, że przyjechał nowy kochanek – wskazuje palcem.
Wyglądam przez okno. Zza firanki w domu obok wpatrują się we mnie dwie pary oczu.
– Straszne plotkary tu mieszkają. Jedna, jak jeszcze ze mną rozmawiała, potrafiła powiedzieć: O, Wiola, widziałam, że wczoraj do pierwszej nie spałaś. Ale potem się położyłaś, jednak wstawałaś później do łazienki.
Do Pawłowskiej szybko zaczęły docierać wieści z miasta: że się puszcza, jest nieuprzejma, kradnie. Ludzi dziwiło, skąd samotna matka może mieć samochód, dlaczego odwiedzają ją znajomi. W końcu zaczęła nagrywać wszystkie rozmowy na dyktafon, by nie wyjść na mitomankę.
Odtwarza mi dyskusje z ks. Sulichem, dyrektorką szkoły i innymi zainteresowanymi. Szczerze mówiąc, do tego momentu miałem ją za wariatkę. Nie sądziłem, że

takie cyrki jeszcze się przytrafiają, nawet w katolickiej Polsce.

Nagrania całkowicie potwierdzały opowieść, którą normalnie odebrałbym za chore wymysły.
Pawłowska ciągle naciskała proboszcza o wydanie zaświadczenia. Wybrała się do katechetki i zażądała odpisu ocen Patrycji – żeby mieć podkładkę, iż dziecko pilnie uczy się religii. Tu spotkało ją zaskoczenie: między ciasno zapisane piątki i czwórki ktoś bezczelnie wpasował kolorowym długopisem kilka dwój. Czyżby wybijająca się uczennica nagle olała szkołę? A może katechetce nie podobał się zatarg z księdzem?
Matka zagroziła, że poskarży się kurii. Na co katechetka wybuchła śmiechem – nawet jeśli napisze do samego biskupa, to i tak wiadomość do niego nie dotrze.
Pawłowska mimo to wybrała się do Warszawic, gdzie urzędował przełożony proboszcza. Nie podobało mu się, że za całą sprawą zaczęły chodzić media, obiecał jednak, że porozmawia z podwładnym na temat zaświadczenia dla dziewczynki.
Późnym wieczorem Pawłowska odebrała telefon – następnego dnia o 18.00 miała zgłosić się po papier. Punktualnie stawiła się do kancelarii proboszcza Sulicha.
– Po coś przyszła? – zagaił.
– Po zaświadczenie dla córki.
– Jakie zaświadczenie?
– Rozmawiałam z księdzem dziekanem i powiedział, że ksiądz wystawi dokument…
– Jak będę chciał, to napiszę, jak nie będę chciał, to nie napiszę. Dokąd pani pójdzie z tym kwitkiem?
– Nie muszę informować dokąd.
– Jak pani nie powie, to nie wystawię. Po minucie drętwej ciszy, mruknął: – Przyszła, kurwa, nie wiadomo skąd i nie wiadomo po co.
Zaczął w końcu pisać zaświadczenie. Starannie zabazgrał całą kartkę rozmiaru A-4, po czym włożył ją do koperty, zaślinił od brzegu do brzegu, długo patrząc Pawłowskiej w oczy, i zapieczętował.
Gdy Pawłowska wstała i zaczęła otwierać kopertę,

ksiądz rzucił się na nią z pięściami.

Najpierw trzymał za ramiona, potem pchnął na ścianę tak, że uderzyła o nią głową, ciągnął za włosy, drapał i zranił w nos (w momencie gdy Pawłowska mi o tym opowiada, sińce i zadrapania są jeszcze widoczne). w trakcie szarpaniny z koperty wypadło zaświadczenie i pieniądze.
– Ile? I po co je tam włożył? – pytam. – Nie wiem. Kilka banknotów. Koniecznie chciał, bym bezpośrednio przy nim nie otwierała tego listu. Może była to jakaś przekupna wiadomość mająca ze mnie zrobić łapówkarkę albo złodziejkę?
– Co było dalej?
– Groził, że ludzie mnie zlinczują, i że nie zrobili tego do tej pory tylko dzięki niemu. Po czym podniósł list z ziemi i wrzasnął: „Wypierdalaj!”. Wybiegłam z budynku.
Pawłowska zadzwoniła na policję. Kazano jej udać się do domu. Dziś uważa to za błąd. Gdy funkcjonariusze pojechali na miejsce zdarzenia, by przesłuchać księdza, gosposia powiedziała, że go nie ma i nie wie, gdzie jest. Nie sprawdzali.
Na karcie informacyjnej ze szpitala widnieje napis: Pobicie bez utraty przytomności. Po prześwietleniu lekarz stwierdził stłuczenie głowy i wypuścił Pawłowską ze szpitala. Inny doktor opisał dolegliwości nieco staranniej: rany za uchem, na karku i ramionach, każde długości ok. 20 cm.
Sprawą zajmuje się obecnie II Wydział Karny Sądu Rejonowego w Garwolinie.
Komunia, w której miała brać udział Patrycja, odbyła się 1 maja. Rodzice przystępujących do niej dzieci kupili księdzu 60 róż – w ramach przeprosin za zachowanie pani Wioletty.

PS Zdołałem uzyskać krótki komentarz ks. Sulicha. Stwierdził, że nigdy nie podniósł na nikogo ręki, a o matce Patrycji wypowiadano się w szkole w nie najlepszy sposób. Z katechetką, dyrektorką szkoły i panią burmistrz nie udało mi się skontaktować.

[2011] NIE.pl Nr 20/2011

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: