Sąd blond

Sprawa banalna.
On – odrzucony kochanek, groźny i namolny.
Ona – zastraszona, zlękniona, walcząca o prawo do własnego życia bez niego.

13 września 2002 r. on, czyli Piotr W., włamuje się do jej mieszkania w Pruszkowie. Chwyta ją za gardło, po czym po schodach wlecze na piętro. Rzuca na łóżko, obnaża ją i siebie i próbuje gwałcić. Przeszkadza mu dzwonek
do drzwi. Ona, Beata K., idzie otworzyć, po czym znika na pół godziny. W tym czasie Piotr W. grzebie w jej rzeczach, wyciąga z szafki bieliznę, chowa ją w swoje majtki, zabiera wspólne zdjęcia, które chowa pod koszulę. I czeka. Policjanci zastają go na miejscu. Skuwają kajdankami. Na wniosek prokuratury trafia do aresztu tymczasowego, w którym przebywa 5 miesięcy. Po areszcie ląduje w szpitalu psychiatrycznym w Tworkach na sześciotygodniowej obserwacji. W pierwszej instancji zostaje skazany na 2 lata pozbawienia wolności w zawieszeniu na 5 lat.

Gwałt
Na rzekomy gwałt nie ma żadnych dowodów. Nie ma poszarpanej odzieży, sińców czy uszkodzeń naskórka, nie ma śladów w pochwie, wydzieliny, nie ma nawet w mieszkaniu bałaganu świadczącego o tym, że ofiara się broniła. Jest ekskluzywna bielizna, którą Piotr W. wydał z własnej woli policjantom. Wziął ją – powiada – jako dowód romansu Beaty K. z proboszczem z pewnej łódzkiej parafii. Ten romans był jednym z powodów ich kłótni.
Beata K. składa zeznania, które są w wielu miejscach niespójne, sprzeczne, a nawet kłamliwe. Sąd tego nie dostrzega. Oddala wnioski dowodowe Piotra W., który chce dowieść swojej niewinności. Piotr W., absolwent Zarządzania UW i Inżynierii Środowiska SGGW, z otwartym przewodem doktorskim na UW, pracownik poważnych firm zagranicznych, członek kilku rad nadzorczych, działacz Partii Ludowo-Demokratycznej, za którego poręczenie składa przewodniczący PLD poseł Roman Jagieliński, zdaje się nie mieć prawa do obrony.

Obcy bliscy
Piotr W. uważa, że został wrobiony. Nie zgwałcił ani nie usiłował gwałcić. Przyjechał do przyjaciółki, bo ta umówiła się z nim poprzedniego dnia i nie przyszła. Martwił się o jej zdrowie, bo miała depresję, brała psychotropy i nadużywała alkoholu. Nie wyważał żadnych drzwi, Beata go wpuściła. Znają się od 1993 r. Obydwoje po rozwodzie. Przez 9 lat stanowili parę. Związek ich był burzliwy i trudny. Rozstawali się i schodzili, kłócili i godzili.
Beata K. zeznała, że nie utrzymywała z domniemanym gwałcicielem kontaktów od 1999 r., kiedy to Piotr W. wyrzucił ją z domu. Piotr przyznaje, że tak się stało po tym, jak ubliżała i potłukła komputer jego synowi. Przestali się widywać na 3 miesiące. Lecz gdy syn Piotra wrócił do Niemiec, gdzie mieszka na stałe, ich znajomość odżyła. Jest to istotne z dwóch powodów. Dla sądu ma znaczenie, w jakich stosunkach byli Piotr i Beata w momencie domniemanego gwałtu. Powinno też mieć znaczenie to, czy Beata w zeznaniach mówi prawdę, czy kłamie.
Na dowód swoich racji Piotr W. chciał przedstawić billingi telefonów komórkowych, z których wynika niezbicie, że od października 2001 r. do lipca 2002 r. Beata K. dzwoniła do niego 505 razy, czas rozmów wynosił ponad 32 godziny, co daje średnio trzy rozmowy dziennie, każda po około 4 minuty. Dosyć dużo tych konwersacji jak na całkowicie zerwane kontakty. Sąd dowodu nie przyjął. Świadkowie, których chciał powołać Piotr W., jednoznacznie twierdzą, że Piotr i Beata byli parą, również po roku 1999. Wspólnie wyjeżdżali na wczasy, nocowali u siebie nawzajem, razem odwiedzali przyjaciół. Tego również sąd nie chciał wiedzieć.

Tytan nietknięty
Policjanci na miejscu nie stwierdzili żadnego uszkodzenia zamka ani śladów po wyłamaniu drzwi. Jeden z nich pamięta, iż poszkodowana mówiła, że sama otworzyła drzwi, a Piotr W. wepchnął się do środka.
Według Beaty K. jej były konkubent owego feralnego dnia wyłamał drzwi do mieszkania, które były zamknięte na zamek typu Gerda Tytan ZX. Udało mu się to, gdyż – jak twierdzi domniemana ofiara gwałtu – zamek był przekręcony tylko na raz. Tymczasem instrukcja obsługi tego zamka mówi wyraźnie, że od środka da się go zamknąć wyłącznie na raz. Na dwa razy można go zamknąć tylko z zewnątrz i wówczas niemożliwe jest jego otwarcie od środka. Ta sprzeczność jednak nie zastanawia sądu, który odrzuca dowód obrony w postaci opinii producenta zamków Gerda.

Rewizja na zamówienie
W dzień po aresztowaniu Piotra W. policja wnioskowała do prokuratury w Pruszkowie o wydanie nakazu przeszukania domu oskarżonego. W piśmie funkcjonariusze zarzucają Piotrowi W. nie gwałt, nie wtargnięcie do domu ukochanej, lecz… kradzież przewodów elektrycznych, a to w związku ze sprawą przeciwko obywatelowi Bułgarii Aynurowi Mustafie K. Prokuratura wniosek rozpatrzyła pozytywnie.
Do rewizji nie doszło. Ponoć dlatego, że policjanci z Tomaszowa Mazowieckiego, gdzie mieszka oskarżony, zażądali, by przeszukanie odbyło się w ich obecności.
Piotr W. żadnego Mustafy z Bułgarii nie zna, przewody widział na słupach przy drodze, a cała akcja okazała się zwykłą pomyłką komputerową. Tak przynajmniej tłumaczą się pruszkowscy funkcjonariusze policji i prokuratura. Nieoficjalnie gliniarze z Tomaszowa mówią, że to nie pomyłka, tylko celowe działanie, które mogło mieć dla Piotra W. bardzo groźne skutki, gdyby w trakcie szukania „znaleziono” jakąś giwerę lub prochy.

Psychotropy
Na wniosek sądu Piotra W. przebadał seksuolog. Nie byle kto – sam prof. Zbigniew Lew-Starowicz. Jako biegły sądowy stwierdził u badanego brak dewiacji seksualnych, poziom libido w granicach normy wiekowej, a nawet umiarkowane zaburzenia erekcji członka wynikające najprawdopodobniej z zażywania leków na nadciśnienie.
Niestwierdzenie przez seksuologa zaburzeń u Piotra W. nie wzruszyło sądu, który kazał podejrzanego o gwałt obserwować w szpitalu psychiatrycznym. Przymusowe wakacje trwały aż sześć tygodni. Już pierwszego dnia lekarz oświadczył Piotrowi W.:
– Ten, co pana tu skierował, sam powinien się leczyć. Opinia sądowo-psychiatryczna, którą wydali lekarze z Tworek, jest jednoznaczna: Stwierdzamy, że Piotr W. nie jest chory psychicznie ani upośledzony umysłowo. Nie znajdujemy również podstaw do rozpoznania u badanego strukturalnych zaburzeń osobowości.
– Nigdy nie brałam środków psychotropowych, nie leczyłam się neurologicznie – zeznała przed sądem Beata K. Tymczasem Piotr W. dotarł do dokumentacji medycznej świadczącej o tym, że prawda jest inna, a lekarstwa, które zażywała, w połączeniu z alkoholem mogą powodować daleko odbiegające od zwykłych zachowania.
Piotr W. twierdzi, że tego dnia, którego przyjaciółka oskarżyła go o gwałt, zachowywała się bardzo dziwnie, była rozdygotana, a z jej ust czuć było alkohol. Widział też opróżnioną butelkę po Johnniem Walkerze leżącą przy łóżku, której w trakcie oględzin jakoś nie zauważono. Piotra W. zbadano na alkomacie – wynik 0,00 promila. Badań Beaty – z tego, co wiemy – nie przeprowadzono.

Podwójna demolka
Po pięciu miesiącach Piotr W. wyszedł z aresztu. 25 sierpnia 2003 r. z gronem przyjaciół jadł obiad w knajpie Pod Żubrem w Spale. Usiedli pod parasolem na zewnątrz lokalu. Tuż za ogrodzeniem stał samochód Opel Omega należący do Piotra W. W pewnym momencie przed lokal podjechali rodzice Beaty K. Obrzucili Piotra W. stekiem wyzwisk, zagrozili mu, że się z nim policzą, a następnie – zirytowani brakiem reakcji – zdemolowali jego auto. Kopali w karoserię, drapali lakier, obrywali zderzaki, tłukli światła. Łączne straty wyniosły prawie 4 tys. zł.
Widząc, co się dzieje, W. powiadomił policję i spokojnie czekał. Awanturze przyglądało się wielu świadków, którzy zostali przesłuchani i potwierdzili taki przebieg zdarzeń.
Mimo tak ewidentnej sprawy Prokuratura Rejonowa w Tomaszowie Mazowieckim umorzyła postępowanie przeciwko Henrykowi i Jadwidze K. `- rodzicom Beaty K. Uzasadnienie:
Niewątpliwym jest, iż Państwo K. popełnili czyny przestępcze jednak oceniając stopień społecznej szkodliwości przez pryzmat wydarzeń, które dotknęły ich rodzinę ze strony Piotra W. uznać należy znikomy stopień ich społecznej szkodliwości.
W październiku 2003 r. po jednej z rozpraw sądowych Beata K. wraz z matką Jadwigą K. zaatakowały Piotra W. i jego adwokata. Uderzały czymś twardym owiniętym w gazetę. Mecenas uchylił się i uciekł do sali sądowej. Piotr W. nie bronił się, bo bał się kolejnego oskarżenia. Na oczach świadków dostał kilka razy porządnie w łeb tak, że się przewrócił na ziemię. Leżał w szpitalu dwa dni. Specjalista neurolog – biegły sądowy – stwierdził subiektywne dolegliwości po wstrząśnieniu mózgu powodujące naruszenie czynności narządów na okres przekraczający 7 dni.
Wydawało się, że Piotr W. będzie mógł swoją byłą konkubinę i niedoszłą teściową oskarżyć przed sądem o napaść. Tymczasem na wniosek sądu wypowiedział się inny biegły lekarz, który na podstawie dokumentacji medycznej, bez oglądania pacjenta, uznał, że obrażenia spowodowały u Piotra W. rozstrój zdrowia poniżej 7 dni. Czyli sprawa z oskarżenia publicznego odpada.

Kobiecą rączką
W pierwszej instancji zapadł wyrok. Piotr W. został skazany za wtargnięcie do mieszkania Beaty K., groźby karalne i doprowadzenie do innej czynności seksualnej. To ostatnie zastąpiło gwałt, którego w żaden sposób udowodnić się nie dało. Inna czynność polegała, zdaniem sądu, na tym, że Piotr W. rozebrał się do slipek, a następnie położył dłoń Beaty K. na tych slipkach, w miejscu, gdzie pod spodem były genitalia.
Tego, jak i wtargnięcia oraz gróźb nikt poza Beatą K. nie widział, czyli sąd uwierzył jej, mając jego wyjaśnienia za nic. Wyrok jest nieprawomocny.

Próbowałem porozmawiać z Beatą i jej rodzicami, by poznać ich wersję wydarzeń. Nie chcieli rozmawiać.
Piotr W. mówi chętnie. Ma własną teorię, dlaczego spotkało go naraz tyle nieszczęść. Uważa, że ma do czynienia z czymś, co nazywa damską zmową. Faktycznie, w jego sprawie występuje zadziwiająco dużo kobiet:
Jolanta i Edyta – policjantki z Pruszkowa prowadzące dochodzenie,
Dorota – prokuratorka, która wnioskowała o tymczasowe aresztowanie i rewizję w domu Piotra W.,
Marta – asesor sądowy, wydała nakaz aresztowania na 3 miesiące,
Ewa – sędzia prowadząca sprawę,
Dorota 2 – prokuratorka oskarżająca w procesie,
Joanna – prokuratorka oskarżająca w procesie,
Katarzyna – prokuratorka oskarżająca w procesie,
Jolanta 2 – prokuratorka oskarżająca w procesie, która umorzyła dochodzenie o pobicie Piotra W.,
Edyta 2 – prokuratorka; sporządziła i podpisała akt oskarżenia,
Katarzyna 2 – prokuratorka z Tomaszowa Maz.,
Małgorzata – pełnomocnik oskarżycielki posiłkowej, była prokuratorka w Pruszkowie, obecnie adwokatka,
Beata – oskarżycielka, ofiara gwałtu, który stał się „innym czynem”, bliska znajoma swojej pełnomocniczki Małgorzaty K., która jest znajomą kilku wymienionych.
W wyniku działań tych wszystkich dam Piotr W. stracił pracę w niemieckiej firmie, nie zrobił też interesu życia, który właśnie kończył z włoskimi przedsiębiorcami, przesiedział ponad pięć miesięcy w pudle i sześć tygodni w zakładzie psychiatrycznym. Za to ostatnie badanie ma słono zapłacić. Źle wygląda jego kariera polityczna – wyrokowcy raczej nie są ozdobą list wyborczych.
Piotr W. nie może wnieść apelacji, gdyż od 17 tygodni czeka na uzasadnienie wyroku, które według prawa miało nadejść w ciągu 7 dni. Wierzy chłop, że jego sprawę w sądzie wyższej instancji rozpatrzy wreszcie sąd z jajami.

[2004] NIE.pl Nr 06/2004

Druga część artykułu – Ksiądz syn biskupa

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: