Współżycie księdza z owcami

Chodzi wielebny po kolędzie – trzeba dzieci umyć będzie.

W styczniu tematem nr 1 jest w Polsce kolęda. Rodziny, które nie chodzą do kościoła, również przyjmują księdza. Np. w Warszawie na mszach stawia się ok. jednej trzeciej populacji, ale drzwi przed Panem Bogiem otwiera aż 50 proc. obywateli. W Bydgoszczy – 85 proc. Na prowincji – blisko 100 proc.
Dla większości Polaków czas między Bożym Narodzeniem i ostatnim dniem stycznia to horror. Nie wiadomo, kiedy klecha przyjdzie, czy przyjdzie, ile sobie zażyczy i do czego się przypieprzy.
O horrorze mówią też księża. Wikariusz z Limanowej trzy lata służył Bogu w Niemczech. Tęsknił za wszystkim, co polskie, z wyjątkiem kolędy.
„Tarnowski Gość Niedzielny” wyjawia przyczyny. Kolędowanie to dla czarnych okres nie ścielonego łóżka. Po odwiedzeniu 30 – 50 domów padają na pysk. Nie chodzi o ból nóg, ale utrudzenie psychiczne. Nie jest łatwo wiele razy dziennie być niechcianym gościem.

Gołąbki i bigosik

Wszędzie powinno być tak, jak w Pogwizdowie koło Bochni. Tam wizyta proboszcza jest nagrodą dla gospodarzy za całoroczne starania. Zrobią panu Bogu wbrew – klecha ominie ich dom. Wystarczy byle zaniedbanie. Zwyczaj tu taki, że przez cały rok sukienkowy co tydzień wyznacza kolejne rodziny do opiekowania się świątynią. W ostatnim roku trzy nie wypełniły obowiązku. Na ławkach osiadł kurz i róże zgniły w wazonie. Była wina, musi być kara. Proboszcz, kolędując po wsi, manifestacyjnie ominął obiboków. A bez duszpasterskiej wizyty ciężko. Na przykład choinkę można w tych stronach rozebrać dopiero po pokropku.
W takich Pogwizdowach ksiądz nie musi wyciągać notesu i pytać gospodarzy, kiedy ostatni raz byli na mszy i czy nie uprawiają pozamałżeńskiego seksu. On to wszystko wie. Skoro przekroczył ich próg, są cool.
– Witamy Chrystusa – mówią na dzień dobry.
Na stół trafiają domowe gołąbki i bigos. Albo ryby, jeśli namiestnik powitanego lubi lżejszą kuchnię. Do tego pięćdziesiąteczka koniaku. Oprócz koperty klecha zabiera na plebanię szynkę z domowej wędzarni

Co łaska to za mało

W pozostałej Polsce wizyta duszpasterska trwa ok. 5 minut. Zdobycie rekwizytów (biały obrus, kropidło, woda – powinna być święcona, przyniesiona z kościoła, zwykle stosuje się kranówę) – godzinę. Czekanie – kilka godzin.
Mieszkam w bloku – 24 mieszkania na klatce. Ksiądz chodził od dołu – my mieszkamy pod 14, już był pod 13, kiedy nagle wziął się zabrał, polazł mszę odprawić i teraz reszta mieszkańców musi czekać, aż on łaskawie wróci – skarży się w necie mieszkanka Wrocławia.
W zeszłym roku jak ksiądz się spóźnił, obcięłam mu datek z koperty o 50 proc. i mi ulżyło – radzi jej dziewczyna z drugiego końca Polski.
Inna martwi się, że klecha nie zapukał do jej drzwi, co znaczy, że uznał jej dom za nieobyczajny i siejący zgorszenie. Co powiedzą sąsiedzi?
Na dzień dobry klecha modli się, kropi, daje obrazek i cukierek, jeśli w domu są dzieci.
Na dzieci trzeba uważać. Lepiej, jak synek po wzięciu obrazka świętego Józefa nie zapyta: – A z dinozaurami masz?
Większość sukienkowych nosi ze sobą zeszyty poświęcone odwiedzanym. Każda rodzina ma własne strony, na których gość notuje, czy tatuś modli się wystarczająco często i czy zawsze z dziećmi oraz czy mamusia nie narusza szóstego przykazania.
Ta praktyka kojarzy się Polakom jednoznacznie.
– Rodem z KGB – porównują.
Przyznają jednak, że zeszyt działa dyscyplinująco.
– Byśmy w ogóle nie przyjęli, ale potem świnie ślubu nie dadzą, bo oni wszystko w tych posranych notesikach zapisują… – tłumaczą.
Na koniec koperta. Lepiej dwie – jedna dla księdza, druga na potrzeby Kościoła kat.
Przeciętna zawartość 50 – 300 zł. Coraz częściej zdarzają się puste. Nawet w słynących z pobożności Gorlicach parafianin obdarował Boga kopertą z równo przyciętą gazetą. Wobec tego klechy na miejscu sprawdzają zawartość.
– Co łaska to za mało. Musi wystarczyć dla mnie, dla parafii i biskupa – pouczają. Podsumowanie kolędy zawsze odbywa się podczas mszy. W chełmskiej parafii klecha czyta z ambony, ile kto dał.

Błogosławieństwo z roczną gwarancją

– Narasta frustracja, bo poziom wizyt jest żenujący – ocenia Aleksander Radecki z Metropolitalnego Seminarium Duchownego we Wrocławiu.
Łatwo dojść do tego wniosku. Pierwsze z brzegu przykłady. Ksiądz z Bydgoszczy skarży się w lokalnej gazecie, że w jednym z mieszkań przyjął go siedmiolatek.
– Rodzice wyjechali – oznajmił.
– A kiedy wróci tatuś? – zagaił rozmowę czarny.
Malec pobiegł do kuchni.
– Tatusiu, proboszcz pyta, kiedy wrócisz?
W Krakowie odwrotnie, na księdza skarżą się gospodarze. – Trzy miesiące wcześniej pochował głowę domu, a podczas kolędy grzecznie stwierdził: Pan Piotr pewnie w delegacji.
Pod Gołdapią pijany ksiądz wypadł z sań, którymi podróżował i cała wieś pomagała mu wyciągać z zaspy wiktuały, którymi go wcześniej obdarowano.
Ks. Radecki proponuje, aby spotkania w domach wiernych odbywały się przez cały rok. Ksiądz ma pojawiać się bez ministrantów i spędzać na herbatce co najmniej pół godziny. Nie chodzi o machanie kropidłem, ale o dialog. Przecież wystarczy, że dom zostanie poświęcony raz, a nie co roku. Podczas wizyty nie wolno inkasować pieniędzy i może do niej dojść jedynie na wyraźne życzenie gospodarzy.
Reformy nie będzie, bo 20 proc. zawartości kolędowych kopert trafia do kurii.
– Pasterz, którego odrzucają owieczki, jest złym pasterzem – besztają biskupi.
– Ludzie łakną naszych wizyt, ale są zapracowani – tłumaczą się zainteresowani. Żeby poprawić statystykę, w większych miastach ksiądz przychodzi na telefon, jak luksusowa panienka, a mieszkanie może zostać poświęcone z pomocą sąsiadów, którym wystarczy zostawić klucz i kopertę.

[2009] NIE.pl Nr 03/2009

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: