Spowiedź spowiednika

„NIE” rozmawia z PIOTREM WALEJEM, byłym księdzem.

– Dlaczego poszedł Pan do seminarium? – Miałem powołanie.
– Co to takiego?
– Definicja, no to wie pani, jaka jest. A tak naprawdę nie potrafię powiedzieć. W liceum zaprzyjaźniłem się z redemptorystami. Byłem ministrantem, jeździłem na oazy, rozmawialiśmy. Miałem poczucie bliskości. Więcej – to była fascynacja. Myślałem, że sutanna oznacza miłość, serdeczność, życzliwość. Że jako ksiądz mogę dużo dla ludzi zrobić. Proszę zrozumieć, w połowie lat 80. nie znano jeszcze ojca Rydzyka. No i rodzice byli dumni z mojej decyzji.
– Pierwsze wątpliwości.
– W seminarium. Wybrałem Warszawę, mieszkałem na Krakowskim Przedmieściu, potem dowożono nas z Wilanowa. Duża sprawa dla człowieka z końca Polski. Ale to, co słyszałem na wykładach, nie zawsze zgadzało się z Ewangelią. Choćby celibat, który jest wbrew naturze i został narzucony późno, żeby chronić kościelne majątki. Święty Paweł pisał do Koryntian, że biskup powinien być mężem jednej żony i dbać o dzieci. Na pytania odpowiadano: „Herezja”. Albo: „Z twoją wiarą jest coś nie tak”. Obserwowano nas, czy i jak długo modlimy się w kaplicy. Nazywało się to „oceną pobożności”. „Wszedłeś ostatni, wyszedłeś pierwszy”- strofowano. No i dochodziły do nas sygnały z parafii.
– Pierwsza parafia?
– W Błędowie koło Grójca. Miałem dar do pracy z młodzieżą, a tam średnia wieku 70 lat. „Krzyż ci Pan Bóg zsyła” – powiedziano, kiedy chciałem zmienić przydział. Zrozumiałem, że biskup nie jest przedstawicielem Pana Jezusa, skoro mogąc dzielić dobro, rozdaje zło. Błędowski proboszcz stał wysoko w hierarchii, miał godność prałata. To był człowiek, który zamiast służyć bliźnim – szukał sług. Na dzień dobry powiedział: „Torbę będziesz mi nosił, bo u mnie wszyscy noszą”. Na pierwszej mszy przedstawił parafianom: „To jest Piotr Walej, kolega Bronka z seminarium, co, jak pamiętacie, kochani, zrobił bliźniaczki naszej parafiance”. Wiedziałem o tym incydencie. Bronek postąpił najwspanialej, jak w tej sytuacji mógł. Wziął ślub cywilny. To szczęśliwe małżeństwo. Ale dla proboszcza i biskupa pozostał plamą na kościelnym honorze.
– Nie pogodziliście się z proboszczem przy wspólnym stole i misce zupy?
– Marzyłem o życzliwości i ojcowskim wsparciu. A on traktował mnie jak dzikie zwierzę. Tylko patrzył, żeby dokuczyć, ośmieszyć. Nie pasowałem mu. Po mszy pytał, ilu ludzi w kościele, czy Igrekowska przyszła, czy Iksinowska znów w mini, a organista, czy podczas zbierania datków nie zniknął za filarem, co może znaczyć, że wziął z tacy parę groszy. Szeroko otwierałem oczy, bo jak się modlę, to nie widzę, co wokół. Wytłumaczył mi, że dobry ksiądz widzi wszystko, a mszę odprawia w 12 minut, zamiast ślimaczyć się 30. Język by mi się połamał od takiego tempa. Pracowałem po 25 godzin na dobę. Oprócz mszy lekcje religii, za które wtedy katecheci nie brali pieniędzy, wizyty u chorych.
– Pewnie lubiły Pana parafianki? – Nie. Podczas spowiedzi słyszałem, że jedynym grzechem tych starych kobiet jest odrobina mięsa, które zjadły w piątek trzy tygodnie temu. Tłumaczyłem, że problemem jest brak miłości do ludzi. „Metal w protezie zgrzyta od tej nienawiści do córki, wnuka, sąsiadów, którą pani w sobie pielęgnuje. Nie słyszy pani?” – pytałem. Nie słyszały. Wtedy ja swoje, że najświętszy sakrament to łaska, która może pomagać. Że powinny odszukać, kogo skrzywdziły, i uśmiechnąć się do niego. Tylko tyle, bo od czegoś trzeba zacząć. One pytały, ile różańców zmówić, żeby odpokutować mięso. „Panie Jezu, to dla Ciebie znoszę” – powtarzałem nocami. Myślałem o Bronku i łapałem się na tym, że zrobiłbym wszystko, żeby ktoś do mnie po ludzku zagadał. Powinienem był odejść po kilku miesiącach. Jak mogłem nauczać miłości, skoro sam nie mogłem patrzeć na proboszcza?
– Nie szukał Pan pociechy w niczyich ramionach?
– Przez 12 lat, kiedy nosiłem sutannę, nie. Choć dużo mnie to kosztowało. – Dlaczego ją Pan zdjął?
– Odprawiałem mszę, zacząłem dygotać przy ołtarzu. Zabrała mnie erka. To było załamanie nerwowe.
– Trzeba było poskarżyć się biskupowi. – Próbowałem, ale tam obowiązuje system wczesnego ostrzegania. „Uważaj, on się buntuje” – melduje biskup, zanim wrócisz na plebanię. Przepraszam, oni używają innych słów. Mówią, że z twoją pobożnością źle. W końcu przenieśli mnie do parafii z drugiej strony Warszawy. Wikary, który już tam był, uprzedził, żeby przy obiedzie zachować kamienną twarz. Nie wytrzymałem. Parsknąłem śmiechem, kiedy zobaczyłem „kuzyna” proboszcza. Żywa, śliczna kopia tatusia. Choć w gruncie rzeczy mam szacunek do tych księży, którzy uznają swoje dzieci. Kościół katolicki do tego nie zachęca. Wręcz odwrotnie – jak są kłopoty, przenosi delikwenta na parafię w drugim końcu Polski, chowa do klasztoru albo wysyła na misję. Jeśli dziewczyna jest rozsądna, nie walczy. Bo jedyne, co może wywalczyć, to opinia kurwy, która wlazła księdzu do łóżka.
– Może złożyć do sądu wniosek o alimenty.
– I tyle jej. Widziała pani sąd, który uznałby ojcostwo księdza? Musiałby zmusić go do badań kodu genetycznego. Słyszy pani ten wrzask, że sąd walczy z Panem Bogiem?! A przecież to nie byłaby walka z Panem Bogiem, tylko ze szmatami w kościele.
– Pluje Pan na swoich, bo pewnie proboszczowie nie dzielili się z Panem pieniędzmi.
– Dzielili się. I to są duże pieniądze. Wikary dostaje za msze, które odprawia. To jakieś 1500 zł miesięcznie. Do tego połowa tzw. intencji mszalnych, czyli kolejne 800 zł. Plus jedna czwarta wpływów za chrzty, śluby, pogrzeby, święcenie pokarmów w Wielką Sobotę, wypominki na Wszystkich Świętych, kolędę. Jak chodziłem po kolędzie, myślałem o sobie inkasent. Trzeba było obejść 48 domków w siedem godzin, od 15.00 do 22.00. Teraz koledzy mają jeszcze lepiej, bo dodatkowo etat katechety albo kapelana. Ale ja nie poszedłem na księdza, żeby się ustawić. Niepokoiło mnie, że ludzie pobierają się, gdy dziecko w drodze. Prowadziłem statystykę. Połowa małżeństw jest zawierana z powodu ciąży. W większości wypadków wystarcza palców jednej ręki, żeby policzyć miesiące od stuły do rozwiązania. Tymczasem sakrament zawarty pod przymusem jest nieważny. Ci wszyscy ludzie mogą się skutecznie ubiegać o uznanie swoich małżeństw za niebyłe! Albo chrzest… Po pierwsze, za wcześnie, bo chrzczony nie ma wyboru. Po drugie, jaką opiekę duchową może zapewnić chrześniakowi z Przemyśla matka chrzestna ze Szczecina? „Herezje głosisz” – zbywali mnie przełożeni. Mówią, że Kościołowi zaszkodził komunizm, materializm czy co tam jeszcze. Bzdura. Kościół katolicki nie ma podstaw. Pycha go poniosła, poszedł na ilość, na pozór. Gdyby wierni zrozumieli, w co wierzą, nie odchodziliby z każdym podmuchem wiatru.
– Pycha jest największym grzechem Kościoła katolickiego?
– I brak autorytetów. Tam można osiągnąć sukces, jeśli zaakceptujesz siebie jako trybik w maszynie. Biskup to nie jest ktoś, kto bardziej kocha czy szerzej myśli. On tylko więcej zarabia.
– Rówieśnicy w sutannach. Czy mieli podobne problemy?
– Przystosowali się. Było jeszcze w Warszawie kino Moskwa, kiedy poszedłem z kolegą na „Seksmisję”. Umówiliśmy się, że ubierzemy się po cywilnemu. Grześ pojawił się w ostatniej chwili, w czerni. Żeby zająć swoje miejsca, musieliśmy przejść pod ekranem, bo inaczej trzeba byłoby deptać siedzącym po nogach. Proszę sobie wyobrazić, że on przy tym ekranie przyklęknął. Machinalnie, jak przed ołtarzem. Sala gruchnęła śmiechem i mieliśmy po filmie. To jest ilustracja tezy, że polski ksiądz to wytresowane zwierzę. Wystarczy zresztą przyjrzeć się księżom w świątyniach. Zawsze klękają pod głównym ołtarzem, chociaż Najświętszy Sakrament często jest trzymany w nawie bocznej.
– Ma Pan kontakty z kolegami po fachu?
– Z Pawłem od świętej Anny w Warszawie. I z Radkiem, ale on zamierza odejść z zawodu. Ustawił się i chce normalnie żyć. Odrzuciło mnie 90 procent rodziny. Nie poznają, jak spotykają na ulicy albo ograniczają się do stwierdzenia, że pogoda ładna. A ja czuję, że jestem bliżej Boga niż kiedykolwiek przedtem.

[2005] NIE.pl Nr 51/2005

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: