Ksiądz opowiedział o tych, którzy porzucili sutanny. Oskarżono go o alkoholizm, przeprowadzano egzorcyzm

Rozmowa księdzem Piotrem Dzedzejem, który w książce „Porzucone Sutanny” opublikował wywiady z 20 byłymi księżmi. Hierarchowie próbowali zablokować ukazanie się publikacji. Autora posądzano nawet o alkoholizm.

– Co skłoniło księdza do napisania takiej książki?
– Bezpośrednią przyczyną było odejście z kapłaństwa kolegi z rocznika. Zastanawiałem się, dlaczego? Zacząłem analizować jego historię powołania, pobytu w seminarium, lata kapłaństwa, czas jako „byłego”. Pojawił się w związku z tym artykuł w Tygodniku Powszechnym. Po tym otrzymałem propozycję napisania książki na ten temat.

Zbierając materiały odkrywałem ciekawe, a zarazem sensacyjne kulisy historii odejść. Uznałem jednak, że to pomoże zrozumieć troszkę tych, którzy porzucili sutanny i ku przestrodze, aby inni nie rezygnowali z drogi powołania.

Za patrona publikacji obrałem sobie Jana Pawła II, który poruszył temat byłych księży w książce: „Wstańcie, chodźmy”. Pisał o nich w tonie pełnym troski i miłosierdzia: „Nie sposób nie wspomnieć o tych, którzy porzucili kapłaństwo. Również o nich biskup nie może zapomnieć – również oni mają prawo do miejsca w sercu biskupa. Ich dramaty czasami wskazują na zaniedbania formacji kapłańskiej”. Niech będą nam bliskie słowa naszego papieża: nie potępiajmy tych, którzy porzucili kapłaństwo, ale próbujmy zatroszczyć się o nich i ich przygarnąć. Znamienne jest też, że Jan Paweł II nie obwinia „byłych”. Wskazuje, że często winni są nie oni, ale ci, którzy odpowiadają za formację kapłańską. To powinno nam również uświadomić i przypomnieć, jak wielka jest to odpowiedzialność. Chciałbym, aby ta książka pomogła wypełnić „papieskie zalecenie”.

– W jaki sposób udało się dotrzeć do tych wszystkich ludzi, z którymi przeprowadzone zostały wywiady?
– Był to nie lada wyczyn. Są oni bardzo zamknięci, anonimowi po przeprowadzce w inne środowiska. Najpierw poprzez różnych informatorów ustalałem miejsce pobytu, dzwoniłem, próbowałem się umawiać. Wielu z trzaskiem rzucało słuchawką. Inni godzili się na rozmowę, ale później odmawiali. Niektórych odwiedzałem bez uprzedzenia. To lepiej skutkowało. Dużym atutem ich otwarcia się był fakt, że ktoś ze stanu duchownego chce z nimi rozmawiać. Byli też tacy, którzy cieszyli się, że mogą opowiedzieć swoją historię, bez zobowiązań. Nie jak na zeznaniu, po którym będzie kara. Przy wielu rozmowach obecne były żony, czasem dzieci. Inni prosili, aby ich najbliżsi nie dowiedzieli się o naszym spotkaniu.

– Czy były jakieś oddźwięki po publikacji?
– Były, ogólnie uważam, że bardzo pozytywne. Mam bardzo dużo zebranych materiałów wskazujących na cenną jej wartość. Można dowiedzieć się o tym z fachowych czasopism katolickich, jak: „W drodze” czy „Przegląd Powszechny”. Książka była czytana w wielu rozgłośniach radiowych. Pozytywne słowa o niej padły również w Radiu Maryja. Jej treść wykorzystują prowadzący rekolekcje dla kapłanów i seminarzystów. Media świeckie podeszły do niej bardzo poważnie wskazując na budującą celowość jej ukazania. Na jej podstawie powstało bardzo wiele dróg naprawczych opracowanych przez fachowców z dziedziny duchowości, psychologii, socjologii. Miałem liczne wywiady, spotkania na łamach środków masowego przekazu. Cieszy mnie również, że media nieprzychylne Kościołowi nie wykorzystywały książki do bezpardonowej krytyki hierarchii.

– Jak książka została odebrana w najbliższym księdzu środowisku?
– Zupełnie inaczej. Poczynając od śp. ks. abpa Zygmunta Kamińskiego, poprzez władze kurii do pojedynczych księży. Arcybiskup intensywnie przekonywał księży w diecezji, że książka jest bardzo uderzająca w „swoje gniazdo”. Czyżby miał wyrzuty sumienia, że za jego kadencji odeszło kilkunastu księży? Były próby interwencji w wydawnictwie o wstrzymanie druku. Byłem przedstawiany jako mało wiedzący, a wymądrzający się. Że się mszczę za usunięcie moich braci z seminarium. Sugerowano, że jako rzekomy alkoholik piszę bzdury. Jeden ksiądz opowiadał nawet, że przeprowadzał, wprawdzie na odległość, nade mną egzorcyzm w tej sprawie.

– Dlaczego ludzie opisani w książce zdecydowali się zrzucić sutannę?
– Według mnie o odejściach kapłanów decyduje cały splot czynników, które określiłbym brakiem realizacji powołania w powołaniu. Zewnętrzne trudności, często konflikt z przełożonymi sprawiają, że ksiądz przestaje czerpać radość z życia w koloratce, zaczyna się bunt, suche wykonywanie obowiązków i ucieczka w inne zajęcia i przyjemności, które do dobrego zaprowadzić nie mogą. Są tylko słabymi ludźmi. I niemal wszyscy, poza byłymi księżmi, którzy mieli nieważne święcenia, żałują chwili słabości. Wielu z nich mogłoby dziś wrócić do Kościoła. Chociaż tak naprawdę, żaden z nich nie uważa, by był teraz poza nim. Wszyscy, z którymi rozmawiałem mówią, że są wierzącymi ludźmi. Jest jeszcze jedna kwestia, chyba najważniejsza: O kapłaństwo trzeba walczyć! Bronić jak Westerplatte! Szkoda tylko, że w formacji seminaryjnej mało temu poświęca się uwagi.

– Z jakimi problemami najczęściej spotykali się ci ludzi po tym, jak rozpoczynali inne życie. Czy to prawda, że nie potrafią się przystosować do codziennego życia?
– Wyszedłeś od nas, nie jesteś z naszego stada. Jesteś nikim dla nas. O dziwo czarna owca w stadzie jest lepsza od tej, która unikając podwójnego życia, znalazła się poza! Byli księża zmagają się z odrzuceniem przez środowisko duchownych i świeckich, wiernych. Również niekiedy przez rodzinę. Walczą ze wstydem, naśmiewaniem się, zamykają się przed światem. Wielu nie może poradzić sobie z codzienną egzystencją. Nie mają pracy, bo co może robić były ksiądz? Chodzą do kościoła, ale boleją, że nie mogą prowadzić życia sakramentalnego. Żaden z nich nie chce, by ich usprawiedliwiać, ale zrozumieć. Nie chcą klepania po plecach.

– Jak po wszystkim byli traktowani przez środowisko kościelne?
– Różnie. Im wyżsi dostojnicy kościelni, tym bardziej unikają kontaktów z „byłymi”. Może boją się obciachu ze znajomością z nimi? Często byli wcześniej w bardzo bliskich relacjach przyjacielskich i koleżeńskich. Wielu także rozmawia, pomaga. Ostatnio zgłosił się do mnie i drugiego księdza w parafii – „były”, którego znaliśmy z seminarium. Żalił się na trudną sytuację życiową. Chciał pożyczyć pieniądze. Daliśmy mu bez oddawania parę groszy.

– Często taka decyzja kończy się dla nich tragedią.
– Byli księża radzą sobie kiepsko. Drastycznym przykładem jest Irek, który po wielu związkach z kobietami, żyjący w nałogu alkoholizmu, zmarł w kartonie pod Sanktuarium Maryjnym na osiedlu Słonecznym. Podobnie z Januszem, praktykującym homoseksualistą, zmarłym na AIDS. Są jednak i przypadki, w mniejszej ilości, że były ksiądz ma prosperującą firmę, zostaje wybrany na burmistrza, jest solidnym policjantem albo nauczycielem.

– A jak oceniłby ksiądz obecną sytuację w środowisku kościelnym?
– Kościół, jako instytucja jest raczej negatywnie postrzegana. Mówi się, że duchowieństwo trzyma z władzą i lgnie do bogatych zamiast zająć się biednymi. Rzeczywiście, na zewnątrz tak to wygląda. Jednakże w 99 procentach księża utrzymują przyjazne stosunki z powyższymi w celu pomocy potrzebującym. Pozyskują środki na dożywianie, zapłatę za energię dla wielu rodzin. Są podporą dla chorych. Odnawiają świątynie, gdzie następuje przemiana ludzkich serc, gdzie rodzą się chęci otwarcia pomocnej dłoni na drugiego człowieka.

[2010.10.04] GS24.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: