A to byli przebierańcy

– Z tym fałszywym rozmawiało mi się lepiej niż z prawdziwymi. Człowiek się nie krępował. Ja to bym nawet chciała, żeby ten przebieraniec u nas został – deklaruje mieszkanka Mogielnicy. W jej parafii przez prawie miesiąc posługę duszpasterską pełniło dwóch nie do końca prawdziwych księży

Od dwóch tygodni Mogielnica, 2,5-tysięczne miasteczko niecałe 70 kilometrów na południe od Warszawy, żyje księżmi przebierańcami. Bo tak mieszkańcy określają dwóch mężczyzn, którzy przez prawie miesiąc, podając się za duchownych z Doniecka, służyli w tutejszej parafii pw. św. Floriana.

18 grudnia do Mogielnicy przyjechał pierwszy z nich – 40-letni Jacek K. Przedstawił się, że należy do Bractwa Kapłańskiego św. Klemensa Rzymskiego. Proboszcz ks. prałat Henryk Trzaskowski serdecznie przyjął gościa, bo wcześniej odebrał telefon od kogoś, kto podawał się za przedstawiciela warszawskiej kurii metropolitalnej. Prosił, by zaopiekować się duchownym z Ukrainy, bo ten zbiera datki na budowę Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej w Doniecku. Proboszcz, który – jak mówią mieszkańcy – ma serce do Wschodu i nieraz już gościł duchownych stamtąd, pomocy nie odmówił. Kilka dni później do Jacka K. dołączył 65-letni Jan K.

Obaj zadomowili się w parafii na dobre. Mieszkali na plebanii, odprawiali msze (w tym jedną pogrzebową), spowiadali, a Jacek K. obszedł nawet mieszkańców Mogielnicy i okolicznych wiosek z wizytą duszpasterską. 15 stycznia, po wieczornej koncelebrowanej przez nich mszy, obydwu zatrzymała policja.

Kamil, który księdza udawał. Reportaż o 22-latku, który „najpiękniej opowiadał o śmierci, pogodzeniu się i miłosierdziu”.

Sprawa rozdmuchana

Kościół św. Floriana to XIX-wieczna piękna neogotycka, ceglana świątynia. Tuż obok plebania, prosty klocek. To tu wikt i opierunek znaleźli Jacek K. i Jan K.

– Czy ksiądz mógłby opowiedzieć, jak to było z tymi przebierańcami? – pytam w drzwiach proboszcza Henryka Trzaskowskiego.

– Wszystko już zostało powiedziane w prokuraturze. Nic nie mam do dodania – ucina proboszcz i zamyka ledwo uchylone drzwi.

Kilkaset metrów dalej w klasycystycznym niewielkim ratuszu urzęduje władza świecka. O sytuację w gminie pytam burmistrza Stanisława Chmielewskiego, który zna tu wszystkich, bo urząd sprawuje od 1998 roku. Co sądzi o przebierańcach? Jak zareagowali mieszkańcy? Pytań jest wiele, ale burmistrz nabiera wody w usta. – U mnie jest rozdział państwa od Kościoła – oznajmia. A na dowód tego rozdziału wskazuje jedną ręką godło, a drugą wiszący na przeciwnej ścianie krzyż.

Żali się, że sprawa z przebierańcami rozdmuchana, że jedna telewizja już była i przeinaczyła obraz Mogielnicy, bo same rozpadające się rudery w telewizorze pokazali. – A Mogielnica się zmienia – podkreśla burmistrz. O, choćby nowy kompleks sportowy im. Jana Pawła II. Basen, kort tenisowy, bieżnie, dwa boiska, plac zabaw. Gospodarz na pożegnanie wręcza kolorową broszurkę o tej dumie gminy, żeby dziennikarz poczytał. I tyle.

Inaczej niż burmistrz i proboszcz zachowują się mieszkańcy. Kiedy zagaduję o ostatnie wydarzenia, chętnie opowiadają i komentują. Ale zastrzegają: anonimowo. Żeby później ksiądz proboszcz z ambony nie potępił.

Pierwszy raz ksiądz koperty nie bierze

Księży przebierańców było dwóch, ale parafianie zapamiętali zwłaszcza młodszego – Jacka K. Wspominają: taki ogóreczek, kluseczka. Niewysoki. Gaduła. Ciekawe kazania głosił. Wzruszające, o biedzie na Ukrainie, że niektórzy to aż płakali. I z tego współczucia – bo wiara w Mogielnicy współczująca – grubsze banknoty na tacę leciały. Mówił prosto, jak do swojego, tak że wszyscy rozumieli. To on chodził po kolędzie. Między innymi przy Wolskiej. Domy po jednej stronie ulicy odwiedzał ks. Marek, wikariusz ze św. Floriana, a po drugiej stronie – Jacek K.

Chodzę na Wolskiej od domu do domu.

– Taki dziwny był. Prosty, ale i uduchowiony. Umiał rozmawiać z ludźmi. Nie to co nasz proboszcz. Ja to się czułam tak, jakbym go od lat znała – opowiada młoda dziewczyna.

– Wyglądał, jak Bóg przykazał. Wszystkie kościelne emblematy miał. Nikt nie pomyślał, że przebieraniec – dopowiada jej matka.

Córka wybucha śmiechem: – To tak jakbym ja habit zakonnicy włożyła. Kto pozna, że fałszywa? I wspomina: – Wszedł, modlitwę zmówił, psa pogłaskał. Zapytał, jak sobie radzimy.

Matka: – To mu opowiadam: że ciężko, mąż choruje. Aż łezka mu się w oku zakręciła. Naprawdę, mówię, jak było. Ksiądz, znaczy ten przebieraniec, posiedział z pół godziny. Ludzie z wcześniejszych domów to już go gonili, późno było. Nasz wikariusz dawno kolędę skończył, a on dopiero w połowie. Bo wszędzie usiądzie, porozmawia. A nie: raz-dwa, kopertę weźmie i Bóg zapłać.

Do rozmowy dołącza ojciec. – Wie pan, ja czegoś zrozumieć nie mogę. Niby złodziej, tak? A patrz pan, od nas koperty nie wziął. Czyli uczciwy też musi być trochę. Powiedział tak: „Widzę, że bieda u was, ludzie. Pieniądze wam się przydadzą. A ja sobie jakoś poradzę”.

Matka kręci głową z niedowierzaniem: – Pierwszy raz się zdarzyło, żeby ksiądz koperty nie wziął.

Fragment tekstu z magazynu „Piątek Ekstra”. Przejdź do pełnej wersji artykułu.

[2014.01.30] Gazeta.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: