FiM – Krwawa pani od religii

W warszawskich szkołach uczy religii kobieta skazana przed laty za zakatowanie na śmierć dziecka. Odbyła już karę, wyrok zatarto zgodnie z prawem, ale czy jej praca akurat w oświacie jest dobrym wyjściem?

Na Żoliborzu mieszkał onegdaj pewien inżynier, któremu sąd przyznał po rozwodzie opiekę nad synkiem Danielem. Inżynier związał się z kobietą, też inżynierem i nauczycielką warszawskich szkół. Siłą rzeczy stała się dla przedszkolaka kimś w rodzaju macochy… wyjątkowo okrutnej i bezwzględnej. Wynaturzona sadystka. Gorliwa katoliczka. Mgr inż. Renata K.

17 lutego 1981 r. Daniel zgubił w przedszkolu sznurowadło. „A może zerwało się. Dość, że go nie było”*. Nazajutrz za karę nie poszedł do przedszkola, bo nie kupił nowych sznurówek. Kara wymierzona przez panią magister okazała się według niej najwyraźniej zbyt łagodna (?), bo po powrocie ze szkoły nauczycielka zapytała sześciolatka, co powinien zrobić, by założyć nowe sznurowadła. Ponieważ nie wiedział, zaczęła go okładać pasem. Po godzinie powrócił jego ojciec. Ponieważ Danielek wyciągnął do niego rączki, dostał od macochy kolejne lanie. Potem pani K. znowu go egzaminowała, bijąc wojskowym pasem ze sprzączką. Jeszcze był w stanie wymamrotać, że na sznurówki weźmie pieniążki ze swojej skarbonki, składane na zakup papużki. Ponieważ czuł się coraz gorzej, wybłagał odłożenie zakupu do jutra. Wkrótce położył się, ale przechodząc do łazienki, pogłaskał psa i za to dostał od K. w twarz. W łazience wymiotował. W nocy koszmar trwał nadal: chłopiec jęczał z bólu, prosił o picie, a zaniepokojony ojciec stwierdził, że serce malca bije wolniej, że słabo oddycha, że jest wręcz zimny. Inżynier zadzwonił wreszcie na pogotowie. Doktor Szymański, który usiłował ratować zakatowane dziecko, powiedział przed sądem, że nigdy dotąd nie spotkał się „z tak masywnymi obrażeniami”. Doktor Radecka, podpisana pod protokołem sekcji zwłok, wyznała w odpowiedzi na pytania sędziego, „że to jest tak drastyczny przypadek, z jakim ona się jeszcze u dziecka nie zetknęła, mimo iż od wielu lat robi sekcje zwłok”.

Śmierć zamordowanego bestialsko przedszkolaka nie była niespodziewanym incydentem, przypadkiem, nagłym wybrykiem nieodpowiedzialnej macochy. Sama od dziecka była „surowo wychowaną katoliczką”. W imię katolickiego Boga również Daniel był tresowany, katowany i głodzony za karę przez 2 lata i 5 miesięcy, a eskalacja brutalności i przemocy doprowadziła do jego tragicznej śmierci. Specjalnie dla niego stworzono i wywieszono obok tapczanu regulamin dyscyplinarny. Kierując się jego „przepisami”, wyszczególniającymi, ile batów otrzyma za jakieś przewinienie, pani K. wymierzała chłopczykowi kary cielesne, każąc mu liczyć kolejne razy, a gdy się pomylił, kara i wyliczanka zaczynały się od nowa. Był bity tak często i tak mocno, że na widok skrzepów i siniaków dyrektor pierwszego przedszkola, do którego uczęszczał, zadzwoniła przerażona na milicję, a lekarz wykonał obdukcję. Dyrektorka wspominała, że Daniel „miał taki obronny gest, gdy ktoś zbliżał się do niego, gwałtownie podnosił rączki do góry, jakby się zasłaniał”.Woź-na dodała, że kiedyś, gdy tylko usłyszał głos macochy, „schował się za fotel i nie chciał wyjść”,bo „bał się nawet jej głosu”.Raz już nocował u woźnej Tereski i bardzo ją prosił o to tylko, by mógł noce spędzać poza okrutnym i na wskroś religijnym domem: „Ciociu, weź mnie do siebie, ja nie będę cię nic kosztował, zjem dużo na podwieczorek i nie będziesz mi musiała dawać kolacji. Za to zrobię ci w domu, co będziesz chciała”…

###

Nauczyciele szkoły średniej, w której pani magister wówczas uczyła, byli zszokowani wiadomością o jej aresztowaniu i procesie. Przypominali sobie jednak specyficzne, wynaturzone przez religię cechy jej charakteru.

„Ale po co nosiła tak duży, chyba za duży emblemat z Matką Boską na jesionce? Może demonstrowała swoje uczucia religijne? Tak, ona chyba nie tylko w ten sposób demonstrowała religijne uczucia”– domniemywał jeden z pedagogów.

„Była pryncypialna. Gdy naszych dwóch uczniów pobiło człowieka przed szkołą, domagała się na posiedzeniu rady pedagogicznej, by ich wyrzucić ze szkoły” – znów słowa nauczyciela.

„Była skrajna. Potrafiła dać pięć niedostatecznych ocen na jednej lekcji”– zauważył nauczyciel.

###

Sąd skazał panią K. na karę 15 lat pozbawienia wolności. Ojca Daniela – na trzy razy mniej. I na tym można by zakończyć tę smutną historię, gdyby nie szokująca konstatacja, że nauczycielka po odbyciu regulaminowej części kary bardzo szybko powróciła do dydaktyki, do kontaktu z dziećmi i młodzieżą, czyli do tego, przed czym bezwzględnie powinno się te dzieci i tę młodzież uchronić. Nie tylko zyskała rangę nauczyciela dyplomowanego, ale zrobiła błyskotliwą karierę – karierę katechetki.

Cztery lata temu, ucząc w jednej ze szkół, gdzie pracuje do dzisiaj, udzieliła – jako „gwiazda numeru”! – kuriozalnego wywiadu uczniom prowadzącym gazetkę. Można się zeń dowiedzieć, że czę-sto chodzi do kościoła i stara się być tam codziennie; że myślała onegdaj
o wstąpieniu do zakonu; że nie paliła aż do 18 urodzin, kiedy to zakurzyła po raz pierwszy; że nie ma „oporów w wypisywaniu upomnień i jedynek” oraz że jej kariera zawodowa trwa 30 lat (?!), a nauczycielem jest od lat…15 (?!).

Na liście ekspertów ustalonej przez Ministra Edukacji Narodowej w części obejmującej województwo mazowieckie znajduje się właśnie pani K., mgr inż. mechanik z przygotowaniem pedagogicznym, mgr teologii, absolwentka kursu kwalifikacyjnego pedagogiczno-metodycznego języka francuskiego, dziwnym trafem podająca ten sam żoliborski adres, pod którym zginął Daniel… Mgr inż. wchodzi przeto w skład komisji egzaminacyjnych i kwalifikacyjnych dla nauczycieli aplikujących o zawodowy awans, a jej nazwisko znaleźć można bez trudu w ustanawiających takowe gremia aktach prawnych, w tym uchwałach Zarządu Powiatu w Otwocku w sprawie powołania komisji egzaminacyjnej dla nauczycieli ubiegających się o awans na stopień nauczyciela mianowanego i zarządzeniach Prezydenta Miasta Otwocka. Skąd aż taki sentyment otwockich władz do katechetki z tak bogatym życiorysem?

Powierzanie nauczania młodzie-ży i egzaminowania innych pedagogów osobie, która zakatowała na śmierć dziecko, jest przerażające. Zauważone przez jednego z pedagogów przed ponad 30 laty zamiłowanie K. do surowości i pryncypialności, a także jej przechwalanie się we wspomnianym wywiadzie z częstego wpisywania jedynek i upomnień wiążą się z wynaturzonym katolickim postrzeganiem wychowywania i nauczania dzieci w formie tresury. Pytana przez sąd o stosowane wobec Daniela metody wychowawcze, K. odpowiadała: „Tylko lanie pomagało. Najpierw mu tłumaczyłam, ale bez skutku. Więc bra-łam pas i dostawał lanie. Jak jeszcze nie zrobił tego, co trzeba było – dostawał porządne lanie”.Tyleż bezczelnie, co cynicznie dodała, że był bity „do skutku”, i to rozmaicie, bo wpadały jej w ręce „różne pasy”; że zdarzyło jej się skopać go, cią-gnąć za uszy i rozbić malcowi talerz na głowie, „bo źle go umył”. Raz, gdy Daniel miał 5 lat, bili go oboje – K. z partnerem Janem L. – od godz. 19 do świtu (!), „na przemian przez całą noc”, ponieważ nie umiał powlec kocyka.

Taka właśnie rodzina, w ciasnej katolickiej interpretacji, nie jest niczym innym, tylko archaiczną i patologiczną strukturą skutkującą ogromem psychicznych i fizycznych cierpień tych najbardziej bezbronnych – dzieci. Daniel nie był ani pierwszą, ani ostatnią ofiarą okrucieństwa zadawanego najmłodszym przez rodziców i opiekunów. W klerykalnym państwie nakazuje się bowiem uznawać rodzinę nieomal za sacrum, przyzwalając dorosłym na leczenie własnych niepowodzeń i kompleksów kosztem dzieci. Najwięcej okrucieństwa spotyka najmłodszych nie w szkole, nie na podwórku, nie ze strony rówieśników czy nauczycieli, lecz z rąk członków czy to biologicznej, czy przybranej rodziny, a im więcej w domu krzyży, świątków i modlitw, tym więcej cierpienia. To nie mit, to fakt.

Jeśli którykolwiek z Czytelników zada sobie pytanie, czy K. ma sumienie, odpowiem jako prawnik, że nie, bo przecież wedle preambuły do Konstytucji RP ludzie wierzący takowego nie posiadają. Inne pytanie: jakiż to, odziany zapewne w czernie, fiolety i czapeczkę z antenką, najpewniej spasiony, a bez wątpienia zadowolony z siebie, funkcjonariusz Kościoła katolickiego wspiera tę osobę i decyduje o nauczaniu przez nią religii.

Na makabrycznych zdjęciach wykonanych przez ekipę MO w mieszkaniu, w którym dokonano zabójstwa, zwłoki skatowanego chłopca spoczywają obok dużego misia, przy którym zasypiał. Świadka zbrodni. Jego jedynego przyjaciela.

Dziś Daniel miałby 37 lat…

*Fragmenty tekstu zaznaczone kursywą pochodzą z reportażu Barbary Seidler „Pani od maszynoznawstwa”, zamieszczonego w jej zbiorze „Mrok” (reportaże sądowe), Kraków-Wrocław 1983.

[2012] FaktyiMity.pl Nr 28(692)/2012

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: