FiM – Ksiądz pod krzyżem

Są takie miejsca w naszym kraju, gdzie nawet przy paskudnej pogodzie można się poczuć jak na słonecznej Sycylii…

Kleszczów (woj. łódzkie) słynie w Polsce jako najbogatsza gmina pod względem dochodów na głowę mieszkańca. Zawdzięcza swą pozycję podatkom inkasowanym od zlokalizowanych na jej terytorium kopalni węgla brunatnego i Elektrowni Bełchatów. Do wielkich pieniędzy kleją się różne grupy interesów, dla których lipcowe przedterminowe wybory nowego wójta (w miejsce pozbawionej mandatu oraz dobrego imienia Kazimiery T.) przesądzą o utrzymaniu się na powierzchni, zaś w niektórych przypadkach – na wolności…

Od kilku lat „grupą trzymającą władzę” i kasę jest Stowarzyszenie na rzecz Rozwoju Gminy Kleszczów (zwane przez miejscowych „Rozwojem”) z prezesem Andrzejem Szczepockim. Ten były wojewoda piotrkowski o niezbyt chlubnej przeszłości, której przypominać nie będziemy (skazanie uległo zatarciu) dowodzi też Fundacją Rozwoju Gminy Kleszczów powołaną przez samorząd do rozporządzania ogromnym majątkiem publicznym, załatwiania inwestycji oraz finansowania najróżniejszych przedsięwzięć prywatnych i społecznych. Dodajmy, że w wąskim kierownictwie „Rozwoju” i Fundacji znajdują się – obok prezesa – dokładnie ci sami ludzie, co wydaje się układem wyjątkowo niezdrowym, a przez wielu obywateli porównywanym nawet do mafijnego. – Jeśli ujawnicie moją tożsamość, będę musiała karmić się odpadkami z koszy na śmieci – zastrzegła pewna urzędniczka, zanim zilustrowała nam klimaty zgoła sycylijskie. Oto przykład najświeższy…

W piątek 24 maja o godz. 18 w leśnej altanie rekreacyjnej „Grzybek” nieopodal Kleszczowa rozpoczęło się spotkanie członków i sympatyków „Rozwoju”, zwołane w celu formalnego namaszczenia kandydata wytypowanego przez kierownictwo na posadę wójta. Przybyło kilkadziesiąt osób, a wśród nich ks. Andrzej Pękalski, proboszcz parafii NMP Anielskiej (na zdjęciu z lewej, obok prezesa). Po jednogłośnym przyklepaniu nominacji wójt in spe Renaty Skalskiej (aktualnie radna powiatowa Bełchatowa i żona Romana, wiceprezesa Fundacji) przystąpiono do konsumpcji potraw z grilla. Było dosyć chłodno, więc część uczestników rozgrzewała się alkoholem. Nie wiemy dokładnie, czym raczył się duchowny, w każdym razie odtransportowano go w połowie imprezy, choć nie miał już tego dnia żadnych obowiązków duszpasterskich.

Około godz. 22 ks. Andrzej postanowił wrócić pod „Grzybek”. Na upartego mógłby pójść tam na piechotę (od plebanii zaledwie 3,5 km), ale zdecydował się wsiąść do auta. Tuż przed metą rajdu zły los postawił mu na drodze cokół z metalowym krzyżem, usytuowany na chodniku za rozwidleniem wiejskiej arterii wiodącej z Łuszczanowic do Chorzenic. Zamiast skręcić w lewo, kapłan pojechał prosto i precyzyjnie trafił w ów obiekt, przewracając ozdobny głaz oraz urywając krzyż, skutkiem czego zawieszony na nim Jezus Chrystus stracił prawą rękę.

Przypadkowy świadek incydentu chciał wezwać pogotowie oraz policję, ale proboszcz oświadczył, żeby tego pod żadnym pozorem nie czynić i tylko (cyt.) „zawiadomić prezesa, który wszystko załatwi”. Wyrażał się z pewnym trudem, ale – przyznajmy – w szoku powypadkowym nawet abstynenta może dopaść podobny kłopot, więc z bełkotliwej mowy kapłana nie wyciągamy pochopnych wniosków. Jakiś tajemniczy ośrodek decyzyjny sprawił, że nazajutrz od bladego świtu przy cokole uwijała się (mimo soboty) ekipa remontowa znanego „FiM” przedsiębiorcy. Koparka przeniosła wyrwany z ziemi głaz, sprzątnięto rozbite szkło, poprawiono zrujnowane kwiatki, zabetonowano fundament i przygotowano podłoże do ułożenia kostki brukowej. W poniedziałek zatarto ostatnie ślady po kolizji, ale… my byliśmy tam w niedzielę. Gdy zapytaliśmy później proboszcza, czy aby nic mu się nie stało oraz czy zawiadomił policję, a jeśli nie, to dlaczego „wszystko załatwiono” tak szybko i dyskretnie, rozmowa przypominała pertraktacje głuchego z niewidomym. Oszołomiony przeciekiem duchowny przez kilka minut kluczył i kombinował, żeby ewidentnie nie skłamać (chapeau bas!), a na każde trudne pytanie odpowiadał, że nie rozumie, o co chodzi.
– Przecież kapliczka nie ma żadnych zniszczeń – zatriumfował ks. Andrzej, gdy wreszcie pozbierał myśli.
– Mamy zdjęcia sprzed zatarcia śladów – ostudził go nasz dziennikarz.
– Z całym szacunkiem, ale ja nie jestem rzecznikiem w tej sprawie i nie rozumiem, po co pan mnie pyta, skoro ma wiadomości spod „Grzybka”. Nie wiem, czy to był akurat wypadek, nie rozumiem, o czym pan mówi – wrócił do wcześniejszej konwencji proboszcz.

Prezes nie odpowiedział na pytania „FiM” o koszt bankietu pod „Grzybkiem” i osobiste zaangażowanie w akcję ratowania świątobliwego tyłka.

PS Do kleszczowskich klimatów jeszcze wrócimy, bo warto im poświęcić odrębny artykuł.

[2013] FaktyiMity.pl Nr 23(692)/2013

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: