FiM – W potrzasku

Dramat dzieci wykorzystywanych przez kler w Polsce trwa od dawna, a te „wyłącznie pojedyncze przypadki”, o których obecnie mówi hierarchia, to nic innego jak kościelna propaganda. Ofiar księży są tysiące.

Jan Ż. ma niewiele ponad 60 lat. Dzieciństwa nie wspomina jako sielanki. Matka zmarła. Z ojcem nie miał dobrych relacji. Tato uważał, że synowi nie jest potrzebna ani edukacja, ani praca. Ale Jan chciał się uczyć i to był od zawsze punkt zapalny w jego relacjach z rodzicielem. Ksiądz P. był wicedziekanem w diecezji, a w małej miejscowości (L., diec. zielonogórsko-gorzowska) Jana – proboszczem. Człowiekiem przez ludzi szanowanym, hołubionym. Pierwszym po Bogu. Kiedy chłopak znalazł się na życiowym zakręcie, naturalną koleją rzeczy postanowił pójść właśnie do kapłana. Prosić o pomoc, radę, no ale przede wszystkim – o wsparcie.

Przyjechał na plebanię. Proboszcz go przyjął, wysłuchał, obiecał, że pomoże dostać się na studia, ugościł, a w końcu, gdy zrobiło się późno, położył spać. Jan nie protestował. Nie miał ochoty wracać do domu. Tego, że ksiądz go w nocy odwiedzi, pod uwagę nie brał. A jednak obudziło go obmacywanie. Później kapłan posadził swego gościa na krześle i zaczął się onanizować. – Nie trwało to długo, w końcu mnie puścił. Fizycznej krzywdy mi nie zrobił. Psychicznie – latami nie mogłem się otrząsnąć – opowiada.

Wtedy jednak na plebanii został. – Byłem młody, naiwny. Zależało mi na jego pomocy. Wtedy nie miałem znikąd wsparcia – tłumaczy.

Ksiądz P. już nie żyje. Jan mieszka w małym miasteczku w woj. lubuskim. Nie założył rodziny. Długo się leczył. – Nie chciałbym, aby inni ludzie przez to przechodzili. To są rzeczy obrzydliwe. Nie ma komu o tym powiedzieć. Dla mnie długo stanowiło to problem psychologiczny. Starałem się mimo wszystko przeżyć i funkcjonować. Dopiero po latach wszystko się ustabilizowało. Zrozumiałem, że to było jego łajdactwo. Ja go poprosiłem o pomoc, a on mnie wykorzystał – mówi.

Gdy był dzieciakiem, wybrał milczenie. Jako dojrzały już mężczyzna zgłosił sprawę o odszkodowanie. Za późno. Przedawnienie. – Oni uważają, że było, minęło. A że jakiś człowiek ma złamane życie, to nikogo nie interesuje – mówi rozgoryczony mężczyzna. Kilka razy pisał do kurii. Chciał jakiegoś wytłumaczenia, może nawet przeprosin od Kościoła. Odpowiedzi nie dostał.

###

– Wykorzystywanie seksualne, bicie, straszenie, szantażowanie, zmuszanie do milczenia to odwieczne metody kościelnych przestępców – uważa Robert G. Obecnie mieszka w Lublinie. Tam właśnie w latach 60. jako 14-letni wówczas ministrant był gwałcony przez księdza proboszcza. – Jak tylko miał sposobność, brał mnie na kolana i bawił się moimi genitaliami. Jako dziecko nie rozumiałem tego, co ze mną robił. Mimo wszystko ten ksiądz był dla mnie wzorem. Szantażem zmuszał mnie do milczenia o tym, co ze mną wyprawia. Mówił, że jeśli komuś zdradzę, ujawnię, to on mnie zniszczy, oskarży o kradzież pieniędzy i innych rzeczy kościelnych. Straszył mnie milicją, sądem, zakładem poprawczym, wykluczeniem ze szkoły i społeczeństwa – opowiada pan Robert.

Żeby podnieść rangę swoich słów, ksiądz proboszcz co jakiś czas podsuwał chłopakowi krzyż i kazał przysięgać na rany Chrystusa, że nikomu nic nie powie.
– Jako dziecko nieśmiałe i z biednej, wielodzietnej rodziny byłem osaczony, zaszczuty, żyłem w ciągłym strachu. A ksiądz mówił, że wszyscy tak robią, że tak jest dobrze – mówi Robert. W końcu opuścił się w nauce, a ze stresu on, nastolatek, zaczął się moczyć w nocy.

Znosił tę sytuację niemal przez rok, wyzwoleniem okazał się koniec podstawówki oraz fakt, że wyjechał do szkoły średniej do innej miejscowości.

###

Jerzy W. dziś dobiega siedemdziesiątki. Z „tamtych” dni pamięta wszystko tak, jakby działo się wczoraj. I nie potrafi o tym mówić spokojnie. Mieszkał wtedy w niewielkiej wsi w Wielkopolsce. Ksiądz proboszcz wyróżniał go spośród innych ministrantów i nie krył swej sympatii przed rodzicami chłopca. Mama małego Jerzyka była zachwycona i pod różnymi pretekstami wysyłała syna na plebanię, byle tylko ksiądz proboszcz o chłopcu nie zapomniał.

Mamie się Jerzy nie dziwi. Dla niej to była nobilitacja, że ksiądz proboszcz spojrzał łaskawym okiem właśnie na jej jedynego syna. Nie miała nawet nic przeciwko temu, aby chłopiec nocował na plebanii, kiedy ksiądz o to poprosił. Miał mały Jerzy posługiwać przy masowaniu schorowanych jakoby proboszczowskich pleców. Tylko że pleców chłopak nie masował. Dostał do masowania księże prącie. Rano posługiwał do mszy. Taki scenariusz powtórzył się jeszcze wiele razy. Mama pakowała swojemu synowi piżamę i odprawiała go na plebanię. Była w takiej euforii, że nie zauważyła przerażenia i apatii u swojego dziecka. On milczał. Bał się, bo ksiądz straszył piekłem, zapowiadał, że nikt mu nie uwierzy. Jerzy do dziś widzi tę spakowaną torbę ustawianą wieczorami przez matkę przy drzwiach rodzinnego domu. Pamięta całus w czoło na pożegnanie. I pamięta, jak modlił się o to, aby jego życie zakończyło się, zanim dojdzie na plebanię.
– W tym przypadku czas nie goi ran. Oni mówią o grzechu i nawołują do przestrzegania przykazań. A ja nie mogę tego słuchać, bo od dziecka napatrzyłem się na ich obłudę. On mnie wykorzystywał, oni głoszą ewangelię i mają czelność ludzi nawracać – mówi dziś z goryczą.

[2013] FaktyiMity.pl Nr 23(692)/2013

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: