Krwawe „love story”. Co łączy wszystkie ofiary?

Co łączy warszawskiego przedsiębiorcę, Zbigniewa D., licealistkę Olę, lubiącego taniec Henryka S. i księdza Piotra Sz.? Wszyscy na swojej drodze spotkali Mariusza B. I wszyscy dziś nie żyją.

„Takiej sprawy jeszcze nie było” – przyznaje zgodnie każdy, kto zna szczegóły toczącego się przed warszawskim sądem okręgowym procesu o poczwórne zabójstwo. Oskarżonych jest dwóch: 34-letni Mariusz B. i jego kuzyn, 29-letni Krzysztof Rz. Zdaniem prokuratury, mimo młodego wieku, są zepsuci do szpiku kości i pozbawieni ludzkich uczuć. Z zimną krwią udusili swoje ofiary, patrząc im prosto w oczy. O tym, że doszło do tragicznych zbrodni jest przekonana policja, prokuratura oraz rodziny ofiar. Asa w rękawie ma jednak również obrona, gdyż mimo upływu czasu, zwłok do dziś nie udało się odnaleźć.

Diabeł wcielony

34-letni Mariusz B. to niepozornie wyglądający blondyn w okularach, o biseksualnej orientacji. Wychował się na warszawskiej Woli, gdzie służył jako ministrant, śpiewał w chórze i chodził na pielgrzymki. Studiował zaocznie psychologię kliniczną, pracował dorywczo w punkcie obsługi drukarek, nigdzie nie zagrzał dłużej miejsca. Niektórzy świadkowie przedstawiają go jako drobnego przestępcę, skłonnego do wyłudzeń czy finansowych przekrętów. Nikt nie ma wątpliwości, że jest ponadprzeciętnie inteligentny, ale też wyprany z emocji. Jego domowa biblioteczka to tytuły pokroju „Manipulowanie ludźmi” czy „Jak wywierać wpływ na innych”. Badający go biegli z krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych nie mieli wątpliwości – „to psychopatyczna osobowość” – napisali w opinii.

29-letni Krzysztof Rz. to kuzyn B. z Pułtuska. Według psychologów, pozostaje pod silnym wpływem Mariusza. Na rozprawę obaj są eskortowani przez policję i wprowadzani w kajdankach. Nie rzucają się w oczy, sprawiające wrażenie, jakby znaleźli się tu przez przypadek. Niektórzy świadkowie nieoficjalnie mówią, że mężczyźni mają więcej na sumieniu, niż wynika to z aktu oskarżenia. To dlatego konsekwentnie milczą, nie obciążają się wzajemnie i zasłaniają niepamięcią. Na sali nie okazują żadnych uczuć – czasem się uśmiechają, szepną słowo do obrońcy, nigdy nie patrzą na zgromadzoną publiczność.

Chrześcijańskie korzenie

Żeby zrozumieć, jak zawiłe relacje łączyły wszystkich bohaterów tej historii, trzeba się cofnąć do połowy lat 90. Wtedy losy ministranta Mariusza B., rodziny D. i wikarego Piotra splotły się w parafii św. Wojciecha na ul. Wolskiej w Warszawie. Ksiądz był duchowym mentorem dla 17-letniego wówczas Mariusza. Łączyła ich przyjaźń, ale podobno dwukrotnie ich relacja z duchowej, przekształciła się w fizyczną.

Przykładni parafianie – Zbigniew, Małgorzata i ich córka Aleksandra – uczęszczali na msze, które prowadził ksiądz Piotr. Zaprzyjaźnili się z nim, podobnie jak ze śpiewającym w chórze Mariuszem. Ministrant zaczął odwiedzać w domu państwo D., zdobywając ich sympatię do tego stopnia, że Zbigniew zaczął wspierać go finansowo – kupował artykuły pierwszej potrzeby, zatrudniał go w swoich sklepach, a w końcu dał dach nad głową.

Czas rozpusty

Z pozoru wyglądało to jak przejaw chrześcijańskiej dobroci, jednak prawda była zgoła inna. Mariusz odwdzięczał się bowiem małżeństwu… usługami seksualnymi. Podobno uprawiał seks z Małgorzatą, z jej mężem, jak i z nimi razem. Dowodem tej relacji jest druga córka kobiety, której biologicznym ojcem ma być właśnie Mariusz B. Erotyczna fascynacja po czasie zamieniła się w związek i para w 2001 roku zamieszkała razem. Formalnie małżeństwo D. nie rozwiodło się, a Zbigniew korzystał z uroków wolności – przestał ukrywać swoje homoseksualne skłonności i oddawał się zabawom w znanym gejowskim klubie. Według plotek, utrzymywał stosunki seksualne m.in. z księdzem Piotrem. W tej skomplikowanej konfiguracji osobowej miała się wywiązać jeszcze jedna relacja towarzyska. Aleksandra, córka małżeństwa D., także miała ulec urokowi Mariusza i zacząć z nim sypiać. W tym czasie mężczyzna był już kochankiem jej matki.

Wyrok śmierci

Jak widać, Mariuszowi nie brakowało wrażeń, cierpiał za to na brak gotówki. Ustalono, że wyciągał pieniądze od Zbigniewa, groził mu, że za brak subordynacji zrobi krzywdę Oli. Ale kwoty rzędu kilku tysięcy złotych przestały wystarczać. Tu po raz pierwszy do gry wkracza Krzysztof Rz., kuzyn Mariusza. Oskarżeni – będąc sam na sam ze Zbigniewem – związali go taśmą klejącą, krzyczeli i grozili mu, żądając pieniędzy. Na przemian przykładali ostrze noża do brzucha i wkładali pistolet do ust. Mariusz chciał, żeby mężczyzna w końcu rozwiódł się z jego partnerką, zrzekł się ojcostwa młodszej córki i sprzedał mieszkanie, przekazując połowę pieniędzy żonie. Pojawiła się też kwestia założenia polisy ubezpieczeniowej na jego życie w wysokości dwóch milionów złotych, a jako osobę uposażoną wskazania Małgorzaty. Zastraszony Zbigniew faktycznie w ciągu kilku podpisał taką umowę. Wtedy jeszcze nie wiedział, że właśnie wydał na siebie wyrok śmierci.

Ostatnie udokumentowane chwile z życia Zbigniewa i Oli to ich wizyta 9 kwietnia 2006 roku w domku letniskowym pod Pułtuskiem, gdzie zaprosili ich Małgorzata i Mariusz. To miała być rodzinna kolacja, kończąca waśnie i kłótnie. Co dokładnie się wydarzyło – nie wiadomo. Zdaniem oskarżonych, chcieli tylko nastraszyć Zbigniewa. Odwieźli nawet na noc Olę do jej chłopaka w Warszawie, ale wrócili po nią następnego dnia. Zeznający w sprawie chłopak powiedział, że Aleksandra trzęsła się i była przerażona, ale nie chciała powiedzieć co się stało. Ani ona, ani jej ojciec, nigdy więcej nie dali znaku życia. Zdaniem prokuratury, pierwszy zginął Zbigniew. Mariusz przyznał się, że uderzył go ciężkim przedmiotem, później zmienił wersję na uduszenie, a na koniec odwołał swoje wyjaśnienia. Nastolatka miała zginąć jako świadek zdarzenia. Nadzieja na majątek z polisy okazała się przedwczesna, okazało się ona nieważna z powodu braku badań lekarskich.

Zaginięcie zostało zgłoszone kilka dni później, gdy nie było kontaktu ani ze Zbigniewem, ani z jego córką. Policjanci prześwietlili ich środowisko i wytypowali jako podejrzanych Mariusza B. i Krzysztofa Rz. Ale nie mieli przeciwko nim twardych dowodów i wypuścili ich po przesłuchaniu.

Tancerz musi zginąć

Minął niecały rok. Wieczorem 7 marca 2007 roku 56-letni Henryk S. skończył zajęcia taneczne. Był biznesmenem i lubił obnosić się z pieniędzmi. Blisko rok tańczył w parze z Małgorzatą D. Nie było między nimi niczego więcej, jak sympatii, chociaż kobiet a na pewno robiła na nim wrażenie i lubił z nią spędzać czas. To wystarczyło, by naraził się Mariuszowi. Po tym jak pożegnał się z D., wsiadł do samochodu i około godz. 23 zaparkował w garażu podziemnym pod swoim blokiem na Żoliborzu. Przepadł między klatką schodową a mieszkaniem i nigdy więcej go nie widziano. Za to już godzinę później z konta mężczyzny zostały wypłacone pieniądze – w sumie przez noc było to 7 tys. złotych. Kamera monitoringu nagrała Krzysztofa Rz. Zapewne przed śmiercią Henryk S. łudził się, że jeśli zdradzi numer PIN do karty, to ocali swoje życie.

Dwa dni później na telefon komórkowy, który zostawił w domu, przyszła wiadomość o treści: „Ze mną wszystko dobrze. Muszę załatwić pewne sprawy i nie będzie mnie przez ok. 2 tygodnie. Nie martwcie się i nie gniewajcie, że odzywam się dopiero teraz. Całuję tata”. Kolejny sms dotyczył już konieczności przekazania pieniędzy – kwoty 50 tys. złotych. Żona Henryka i jego córka powiadomiły policję, a ta poleciła im zadawać pytania, na które odpowiedział znał tylko zaginiony, by sprawdzić, czy to faktycznie on jest nadawcą. Na żadne nie dostały odpowiedzi, a wiadomości przestały przychodzić po 14 marca. Funkcjonariusze namierzyli numer, z którego były wysyłane sms-y. Był prepaidowy, ale po numerze IMEI ustalono, z jakiego telefonu korzystano. Był to model kupiony w pułtuskim komisie przez Krzysztofa Rz. Kilka dni później spłonął należący do niego domek letniskowy pod Pułtuskiem. Ktoś podpalił go od środka, a sprawcy nie wykryto. Według policji to tam przetrzymywane były przed śmiercią ofiary, a zgliszcza starannie ukryły wszelkie ślady.

Zemsta po latach

Ostatnie zdarzenie miało miejsce 6 grudnia 2008 roku. Ksiądz Piotr Sz. wsiadł wieczorem do swojej hondy i pojechał w nieznanym kierunku. Nie zabrał ze sobą telefonu komórkowego – widać komuś na tym zależało. Ostatni raz widziany był w towarzystwie kobiety i mężczyzny. Gdy nie wrócił na noc, proboszcz zgłosił jego zaginięcie. Po kilku dniach policjanci namierzyli porzucony samochód, ale nie było śladów mężczyzny. Zdaniem prokuratora, była to zemsta po latach za molestowanie seksualne. W akcie oskarżenia napisał: „dla kształtowania osobowości niezwykle destrukcyjne jest pomieszanie uczuć i potrzeb religijnych z potrzebą zaspokojenia seksualnego”.

Nie znaleziono ciał żadnej z czterech osób. Mariusz B. kilkukrotnie deklarował chęć pokazania miejsc ukrycia zwłok, ale mimo poszukiwań, w żadnym z nich nie natrafiono na ludzkie szczątki. Mogła to być jedynie gra psychologiczna z jego strony i chęć kierowania śledztwem, albo po prostu chwila oddechu podczas przeciągających się godzinami przesłuchań. W związku z tym nie przeprowadzono oględzin miejsc zdarzenia, nie zabezpieczono śladów, nie przeprowadzono badań w laboratorium, nie przeprowadzono sekcji zwłok. Dla prokuratury to było ogromne wyzwanie, by tak przedstawić posiadane dowody, aby ułożyły się w logiczną całość, tworząc tzw. proces poszlakowy. Oskarżonych widać na zabezpieczonych nagraniach monitoringu, dokonano obciążającej ich analizy połączeń telefonicznych i miejsc logowań telefonów komórkowych. Nie bez znaczenia są wyniki badań przeprowadzonych przez biegłych psychiatrów oraz test na tzw. wykrywaczu kłamstw. Wykonano też ekspertyzę osmologiczną (zabezpieczono ślad zapachowy Mariusza B. w samochodzie księdza). Nie można także zapominać o wyjaśnieniach samych oskarżonych, które co prawda zostały odwołane, ale wcześniej mężczyźni częściowo się przyznali do zarzucanych czynów. Przeciwko ich aktualnej wersji wydarzeń świadczą też zeznania świadków.

Królowa zbrodni?

W październiku 2011 roku zapadł pierwszy rok w tej sprawie. Za uprowadzenie i pozbawienie wolności Zbigniewa D. i Aleksandry D. Mariusz B. usłyszał wyrok pięciu lat więzienia, a Krzysztof Rz. czterech. Gdy tylko opuścili sale sądową, zostali po raz kolejny zatrzymali. Do prokuratury trafiła właśnie opinia biegłego sugerująca, że mężczyźni mogli zabić całą czwórkę. Mariusz B. usłyszał zarzut poczwórnego zabójstwa, a jego kuzyn uprowadzenia, zacierania śladów na miejscu zbrodni oraz kradzieży pieniędzy Henryka S. Do dziś nie przyznali się do winy.

Na wiele pytań nie znaleziono odpowiedzi, prawdziwy przebieg wydarzeń zapewne nigdy nie ujrzy światła dziennego. Jedno z ważniejszych dotyczy roli Małgorzaty D. Czy kobieta nie wiedziała o planach kochanka? A może wręcz przeciwnie, sama podsunęła mu to jako doskonały pomysł na zakończenie ich problemów finansowych? Prokuratura nie postawiła jej zarzutów, z braku jakichkolwiek dowodów. Być może nowe okoliczności wyjdą na jaw podczas przesłuchania na marcowej rozprawie. Sąd planuje wydać wyrok w kwietniu, równo osiem lat po pierwszej zbrodni.

[2014.02.04] NaSygnale.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: