U nas nie ma księży, którzy się jąkają

Jeżeli ktoś wiele lat temu doznał krzywdy, ale żyje jak normalny człowiek, to po co do tego wracać? – mówi ksiądz, który wiedział o molestowaniu chłopców

Ofiary składnie opowiadają o dzieciństwie, o miasteczkach, w których wyrastały, o parafii, o ministranturze, o księżach, którzy cieszyli się autorytetem i których darzyli zaufaniem. Aż do momentu, gdy rozmowa zbliża się do szczegółów. Nagle słowa zahaczają o niewidzialny próg, jakby nie chciały opuszczać ciała, aby nie zdradzić tego, co to ciało przeżywało, gdy dotknął go ksiądz.

Darek jest wśród tych nielicznych, którzy nie drżą. To nie oznacza, że się nie denerwuje. Denerwuje się, i to coraz bardziej, odkąd podjął decyzję, aby ujawnić swoją historię.

– Kościół nie wyraża żadnej skruchy ani współczucia.

Skontaktował się z Fundacją „Nie lękajcie się”, która zajmuje się molestowaniem małoletnich w Kościele.

– Pisałem i dzwoniłem do biskupa, mówiąc mu o tym, co się stało. A z czym się spotykam? Po prostu z zupełnym lekceważeniem. Śmianiem się w twarz. Gdy słyszałem, jak to inni mówili, to nie do końca wierzyłem, ale teraz sam tego doświadczam.

Więc jeszcze bardziej się zdenerwował i postanowił pójść o krok dalej – do mediów.

– Jestem poza tą społecznością. Daleko. Moje imię i nazwisko może wystąpić w każdym artykule. Ja jestem zdecydowany.

Więc tydzień później zarówno ”Gazeta Świebodzińska”, jak i lokalna „Gazeta Tygodniowa” opisują historię Darka Krokoszyńskiego, byłego mieszkańca Świebodzina, dziś na stałe mieszkającego w Oksfordzie w Anglii, który oskarża nieżyjącego już dziś księdza Benedykta P. o to, że go molestował seksualnie.

Trudno mi przepraszać

Rozgłos robi swoje. Biskup diecezji zielonogórsko-gorzowskiej nie może dłużej ignorować sprawy. O zadośćuczynieniu nie ma mowy, bo inaczej niż w Europie Zachodniej polski Kościół całkowicie zrzuca odpowiedzialność na „sprawcę jako osobę fizyczną”.

„Trudno mi też oficjalnie przepraszać za domniemane czyny sprzed 30 lat, nie mając możliwości ich weryfikacji”, pisze biskup Stefan Regmunt. Na co Darek złości się jeszcze bardziej. Wypisał się z Kościoła i napisał list do samego papieża. Do dziś jeszcze bez odpowiedzi.

Molestowanie seksualne ma to do siebie, że odbywa się prawie zawsze bez świadków. Więc prawie zawsze można oskarżać oskarżyciela o pomówienie. Ale co, jeżeli jest więcej ofiar tego samego księdza? Co, jeżeli są osoby, które potwierdzają, że duchowny „lubił chłopców”? I co, jeżeli okazuje się, że on nie był jedynym takim księdzem w tym miasteczku? Że było ich może dwóch, trzech, czterech, pięciu

Na razie jednak biskup nie musi się martwić, bo dzieje się to, co było do przewidzenia. Jak tylko ukaże się pierwszy artykuł o drugim obliczu popularnego księdza, natychmiast powstaje komitet w jego obronie. Nie dość, że proboszcz Benedykt był lubianym duszpasterzem, to był też kapłanem „Solidarności”, człowiekiem pomnikiem.

Według biografii na stronie parafii, w której służył, „był prześladowany za głoszenie prawdy, uwrażliwianie sumień, wierność Ewangelii. ( ) Po wprowadzeniu 13.12.1981 roku stanu wojennego w Polsce Ksiądz proboszcz wspierał działalność >>świebodzińskiego podziemia<< i członków >>Solidarności<<„. W 2006 roku, dwa lata przed śmiercią, został honorowym obywatelem miasta.

Komitet obrony składa się z lokalnych polityków PiS-u. Apelują do burmistrza i rady miejskiej o obronę imienia byłego proboszcza, „który pozostawił po sobie wspaniałe karty w historii dziejów Świebodzina, a teraz, pozbawiony możliwości obrony, został publicznie zaatakowany i pomówiony”. Włodarze miasta jednak nie śpieszą się z potępieniem.

– Oni chcą, żeby było cicho. Nie ruszać tego. To śmierdziało – może zaschnie – mówi Darek. – Ale nie da rady tak, bo zawsze coś tam jeszcze wyjdzie.

No i wyszło. Kiedy Darek Krokoszyński rozmawia z dawnym kolegą szkolnym, okazuje się, że „tamten też”.

Kolega, który również ma na imię Darek, również mieszka za granicą, w Niemczech. Padł ofiarą innego księdza. Za to u księdza Benedykta całe dzieciństwo służył jako ministrant.

– Ksiądz Benedykt był cholerykiem. Był impulsywny, ale też był jak ojciec – mówi Dariusz w salonie swojego domu w Niemczech. – Jak się dowiedziałem o śmierci księdza Benedykta, to miałem bardzo głęboki smutek w sobie. Dalej uczęszczam do kościoła. Jestem nadal bardzo religijny.

Dlatego próbował odwieść przyjaciela z dawnych lat od nadania sprawie rozgłosu. – Mówiłem: „Darku, widzę, że ciebie to dalej boli i gnębi. Ale chcesz się zemścić na księdzu, który już nie żyje? Dlaczego ty to robisz?”.

Po rozmowie zastanowił się i doszedł do wniosku, że przyjaciel jednak ma rację. – Doszedłem do wniosku, że jeżeli jest jeszcze możliwość zrobienia czegoś, by coś takiego nie przytrafiało się innym dzieciom, żeby było to zaufanie, bo ksiądz jednak ma ten autorytet, to trzeba to jednak nagłośnić. Nie chodzi o zemstę. To, co się stało, to się nie odstanie. Jedyne, co można zdziałać, to to, żeby to się nie powtarzało.

Postanowił opowiadać innym swoją historię z drugim księdzem.

Zmrok wkrada się do salonu, gdzie żadna lampa jeszcze się nie pali. Z kuchni dobiegają głosy żony i dzieci. – Miałem 13 lat. To było w siódmej klasie szkoły podstawowej. Zimą to się stało. Tego nie potrafię wy-wy-wyrazić słowami, jak się człowiek czuje, bo to jest paskudne uczucie.

Zbiera się w sobie. Przestaje się jąkać. Obniża głos, gdy opowiada o „zdarzeniach” tuż po jasełkach 1981 roku. Jego głos jest ledwie słyszalny. Spotkał księdza Stanisława latem, nad jeziorem, gdzie przebywał z dwoma kolegami. Ksiądz Stanisław zaprosił chłopców do Paradyża, seminarium duchownego niedaleko Świebodzina.

Na plaży w Paradyżu

– To był 1980 rok. Chyba wtedy pierwszy raz byłem w Paradyżu – mówi dawny kolega Darka, który nadal mieszka w Świebodzinie. – Było nas trzech. Pojechaliśmy nad jezioro, potem do seminarium. Taka jednodniowa wycieczka.

– Jak ksiądz Stanisław zachowywał się w stosunku do was?

– Normalnie. Żadnych akcji dziwnych. Bo rozumiem, do czego zmierza pytanie. Żadnego sadzania na kolanach. Nic z tych rzeczy. Tam nie było żadnej sytuacji dwuznacznej. Nie słyszałem, żeby ks. Stanisław miał cokolwiek wspólnego z czymś takim.

Patrzy nieco podejrzliwie, ale mówi dalej.

– Bo jest teraz taka akcja, nagonka. A ja jestem osobą mocno związaną z Kościołem. No i wiem, że są tacy księża. Tutaj, na naszym terenie, wiem, kto.

Wymienia nazwisko proboszcza, który w latach 80. był wikarym w Świebodzinie. – Miał inklinacje do dzieci. Uczyliśmy się religii gdzieś w salkach przy kościele. On tam kogoś na kolana sadzał. A że myśmy go generalnie nie lubili, robiliśmy mu psikusy.

Potwierdza to trzeci kumpel, z którym Darek był nad jeziorem latem 1980 roku. – To był bydlaczek. Potrafił dobrze przyłożyć.

Trzeci kumpel też został w miasteczku. Mówi o sobie, że ma dobrą pamięć. – Szarpałem się z nim. Nie pozwoliłem siebie bić.

– Ten ksiądz tylko bił?

– Ja z nim miałem tylko tyle bezpośrednio do czynienia. Co tam robił dalej, nie wiem.

Księdza Stanisława również zna. Potwierdza, że byli we trzech nad jeziorem i że zwiedzali seminarium.

– W czwórkę byliśmy z księdzem. Normalna plaża. Ludzie byli.

O molestowaniu nie słyszał. – Ja wtedy nie myślałem, że coś takiego może być. Ale nie wiem, co tam kumple. Czy jeździli tam sami. A co? Ksiądz Stanisław coś nabroił?

Nic ci nie będzie

Darek był sam, kiedy wsiadł do autobusu, aby dojechać do Paradyża na jasełka. Zaprosił go ksiądz Stanisław. Bez kumpli z tamtego lata.

– Przyjechał i mnie zaprosił, bo musiał z moimi rodzicami porozmawiać, czy pozwolą nocować w Paradyżu. Przedstawienie było fajnie. Miałem swoje rzeczy ze sobą. Myślałem, że tam jakiś pokoik dostanę, przenocuję i pójdę dalej.

Stało się inaczej. Ksiądz Stanisław zabrał go do siebie. Darek opisuje szczegółowo mieszkanie księdza.

– Myśmy na początku tam trochę rozmawiali, później telewizor włączył, oglądaliśmy. Później zaproponował mi jakiś trunek. Było to alkoholowe. „Ach, nic ci nie będzie”, powiedział. A to mnie tak zmuliło, tak mi się kręciło w głowie. No i wtedy się zaczęło. Zaprowadził mnie do łazienki, rozebrał mnie, wykąpał. Ja się bałem, byłem w szoku, przerażony. Później zaprowadził mnie do łóżka. Sam chyba poszedł się wykąpać. Przyszedł do mnie i wtedy to się wszystko działo.

Rano dał Darkowi prezent bożonarodzeniowy.

– Jakby się nic nie stało, taki szalik. Siwy, w takie wzory, taki staroświecki. Nie w moim guście. Jak przyjechałem do domu, to tacie dałem. Tata nosił ten szalik. Niesmaczne to było, widzieć ten szalik, bo to mi ciągle przypominało, ale nawet bez tego szalika miałem to przed oczami. Cały czas wracało.

Wracało, gdy obejmował go inny ksiądz, który przyjeżdżał z seminarium, do pomocy, żeby tam kazanie wygłosić w kościele, w którym Darek służył jako ministrant. Nie pamięta nazwiska.

– Był starszy. Zawsze podchodził, strasznie się pocił – robi gest obrzydzenia. – Po mszy, jak zdejmowaliśmy te komże, te stroje, w zakrystii, zawsze podchodził do mnie, przytulał mnie, poklepywał po pośladkach. Zawsze go odpychałem i uciekałem.

Cały czas wracało. Wtedy, gdy ksiądz Stanisław pukał do drzwi i pytał rodziców, czy młody by nie pojechał z nim na wycieczkę. – Przyjeżdżał do mnie do domu. Nie wiem, ile razy, dwa, trzy, i próbował mnie jeszcze gdzieś tam zabierać. Pytał, czybym z nim nie pojechał na wycieczkę w góry. Wprawdzie nie powiedziałem mu w twarz, co o nim myślę, ale dałem mu do zrozumienia, że nie chcę. Może rodzice coś tam myśleli, choć wątpię. W każdym razie nigdy nie pytali. Nigdy nie wnikali.

Cały czas wracało. Wtedy, gdy słyszał od kolegi – to nie był Darek Krokoszyński, który teraz jest w Anglii, tylko inny kolega – że obmacywał go ksiądz Benedykt, czyli jego proboszcz.

Darek poszedł do księdza Benedykta, u którego służył do mszy. – Chciałem go ostrzec, żeby się do mnie nie dobierał. Bo mimo że wiedziałem, jaki on jest, naprawdę go szanowałem – jak ojca.

Opowiedział o swojej „sytuacji” z księdzem Stanisławem. – Powiedziałem, że jeżeli jeszcze raz coś takiego by mi się stało, tobym takiemu człowiekowi dał w mordę. Nie miałbym żadnych skrupułów. Czy to ksiądz, czy nawet papież. Od razu bym walił w mordę.

Ksiądz Benedykt nie okazał żadnych oznak zdziwienia. – Myśmy siedzieli naprzeciwko siebie, a jego wyraz twarzy był całkiem normalny, spokojny. Nie zaskoczyło go to. Przyjął to po prostu do wiadomości. Jak mu powiedziałem, że dałbym w mordę, to się trochę uśmiechnął. Mówił: „dobrze, dobrze”. Chyba wtedy zaczął mi tłumaczyć, że ludzie są słabi, że popełniają błędy i że nie należy tego jakoś w zło obracać.

Cały czas wracało. Wtedy, gdy wyjechał do dużego miasta, gdzie zaczął chodzić do szkoły średniej. – Nie trzymałem tego w sobie, wstydziłem się, ale musiałem to z siebie wyrzucić.

Szukał spowiednika. Znalazł. – Co miesiąc się spotykaliśmy. Ja się u niego spowiadałem.

– Czy opowiadałeś mu o tym podczas spowiedzi?

– Nie, nie uważałem tego za moją winę. Nie miałem się z czego spowiadać.

– Więc rozmawialiście o tym poza spowiedzią?

– Spowiadałem się, a później, po spowiedzi, rozmawialiśmy na różne tematy. I w trakcie jednej z takich rozmów powiedziałem mu o tym zdarzeniu z księdzem Stanisławem. Te rozmowy pomagały mi ten ból znieść i w ogóle zapomnieć o tym.

– Czy ostrzegł przełożonych?

– On nigdy mi nic nie mówił, czy coś w tym kierunku zrobił. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. On mnie nie pytał, czy chciałbym, żeby on coś robił w tym kierunku. A ja nie zastanawiałem się nad tym, czy ksiądz Stanisław dalej molestuje.

Tajemnica spowiedzi

Dawny spowiednik Darka dzisiaj jest proboszczem na przedmieściach. Kościół i plebania z tego samego okresu co wysokie bloki dookoła. W holu plebanii każdy dźwięk niesie się jak w kościele. Jak tylko usłyszy imię Darka, pamięć go ostentacyjnie opuszcza. – Nic nie pamiętam – powtarza jak mantrę. Wie jednak, że Darek mieszka w Niemczech, że ma dziecko. Co roku wysyłają sobie kartki świąteczne.

– On powiedział, że był molestowany przez pewnego księdza w Świebodzinie.

– Może, może. Ale czy do tego trzeba wracać? Czy trzeba do tego wracać? I co chce robić? Proces wytoczyć? Pieniądze zyskać?

– Podobno ksiądz mu bardzo pomógł

– Ja naprawdę, naprawdę nic nie mogę na ten temat powiedzieć. Nie trzeba tyle wracać do tego. Trzeba to w gestii Pana Boga zostawić. Jeżeli ktoś wiele lat temu doznał krzywdy, ale żyje jak normalny człowiek, to po co do tego wracać? Należy w sobie uciszyć sprawę. W sobie. Jeżeli jest zagrożenie, że on dalej szkodzi, to należy do jego biskupa donieść. Pójść, powiedzieć, że taka sytuacja była. Zgłaszam, nie mając, nie mając złości w sobie już.

– A czy ksiądz wtedy tę sprawę zgłosił?

– Ja? Nie. Ta sprawa była – jak by to powiedzieć – nie była wtedy modna. Oprócz tego to nie jest moja diecezja. A jeżeli coś wiedziałem, nie pamiętam. Jeżeli coś wiedziałem, to mogłem wiedzieć ze spowiedzi. A jeżeli coś wiem ze spowiedzi, to w żaden sposób donieść nie mogę.

– Ale to było poza spowiedzią. Przecież on się z tego nie spowiadał, bo był ofiarą.

– No tak, ale mógł jakieś swoje żale powiedzieć. I wtedy jest bardzo rzeczą trudną, nawet gdyby powiedział to poza spowiedzią, dalej to wynosić. Bo nie wiadomo, skąd ty to wiesz: stąd czy stąd? I wtedy ksiądz musi w sobie pewne rzeczy wymazać.

Pytam Darka, czy sam nigdy nie myślał o tym, by pojechać do księdza Stanisława. Darek: – Nie. Ja po prostu gardziłem tym człowiekiem. Z głębi serca. To po prostu dla mnie kawał gnoja. Potem doszedłem do tego, że chodzi przede wszystkim o mnie, nie o tego człowieka, który mi to zrobił. Żebym umiał z tym żyć, musiałbym wybaczyć.

– A teraz? Chciałbyś stanąć z nim twarzą w twarz?

– Wcale. Nie szukam zemsty. Bo nie o to chodzi. Nie chodzi o niego. Gdybym tylko wytykał kogoś palcami, byłoby to jak ta medycyna, która objawy leczy, a nie chorobę. Chodzi o chorobę, o źródło tego wszystkiego.

Nikogo nie zgwałciłem

Ksiądz Stanisław dzisiaj jest proboszczem. Jest sam w starej dużej plebanii, schowanej w ogrodzie ogrodzonym murkiem. Latem budynek pewnie tonie w zielonkawym cieniu. Otoczony jesienną szarością wygląda martwo. Drzwi są otwarte. Sień, przedpokój, poczekalnia. „Proszę wejść”. Ksiądz patrzy zza wielkiego biurka na oddaloną o dwa metry ławkę, rząd przymocowanych do siebie krzeseł. Ksiądz widzi petenta w całości. Petent widzi klatkę piersiową księdza i głowę ozdobioną ciężkimi, staromodnymi okularami.

Nikt przez ponad 30 lat nie zadał mu tego pytania: czy ksiądz molestował małoletniego? I nagle za biurkiem już nie siedzi autorytet. Przemiana jest natychmiastowa.

– Sz-sz-szanowny panie, proszę mi wierzyć. Jestem księdzem. Nigdy nie miałem skłonności pedofilskich. No może, wie pan. Sytuacja była taka, że czasami nigdy, ani na obozie nie. Wy-wy-wyjeżdżałem na obóz, wyjeżdżałem w góry, nigdy nikogo nie zgwałciłem.

– Czyli człowiek, który mi powiedział, że ksiądz go molestował, kłamie?

– Dzisiaj, pan przecież sam wie, że jest po prostu modne, że Kościół się oczyszcza. I po prostu ich wyszukuje. Ale ja naprawdę, szczerze mówię panu, pod przysięgą, nigdy nikogo nie dotykam. No może, wie pan, że żartowałem. Proszę mi wierzyć, człowiek nie pamięta. No przed 35 laty. Z młodzieżą jeziora wyjeżdżałem. Wie pan, ja już zapominam. Wie pan, kiedy się utrwala sytuacja? Kiedy człowiek ma skłonności pedofilskie i spotyka się, i często powtarza.

– Czyli ksiądz kategorycznie twierdzi, że on kłamie?

– Proszę pana, może na wycieczkach gdzieś, może tam gdzieś były, no wie pan, żarty. Proszę pana, jestem już tyle lat tu, na parafii, i chłopców uczyłem, i ministrantów miałem, i nigdy, żeby tam kogoś łapać.

– I nie zapraszał ksiądz dzieci do siebie?

– Nie zapraszałem nigdy. Byliśmy, leżeliśmy nad jeziorem, ale to kilka osób było zawsze.

– Więc na nocowanie nie zapraszał ksiądz?

– Proszę pana. Nigdy. Były różne imprezy. Przyjeżdżała młodzież ze Świebodzina na jasełka. Myśmy zapraszali. Ale nigdy nie nocowałem nikogo.

– Pamięta ksiądz trzech chłopców, którzy byli u księdza, by zwiedzać seminarium w 1980 roku?

– Z-z-z-zwiedzali? Absolutnie. Czy to nie jest związane z księdzem [tu nazwisko]? Ja nie miałem nic wspólnego z oprowadzaniem. On był z tego znany. Okropnie, z chłopcami Miał takie skłonności. A czy nie chodzi o księdza Benedykta? On słynął z tego, że brał chłopców. Wiedziałem, bo to głośno było, bo wtedy, za komuny, to nie było ścigane.

– Nie, na pewno chodzi o księdza.

– No, ale w jaki sposób miałbym go do-do- -dotykać? No Boże kochany. Nigdy żadnego chłopca. Boże święty. Absolutnie. Boże święty. Absolutnie. To to jest po-po-po-pr-prostu straszny paszkwil dla mnie. Ale kto to jest? Może by przyjechał. T-to, w-wie pan, mo-mo-możemy ro-ro-rozmawiać. Jak on to odczuł, jak on to interpretował. Bo naprawdę jestem czysty w sumieniu. Nigdy nie miałem złych intencji.

Na placu przed kościołem siedzi na ławce trójka młodych parafianek.

– Czy ksiądz proboszcz to ten, który się jąka?

– Nie, nasz proboszcz nie jąka się.

Kawałek dalej kobieta w średnim wieku wyciera na mokro schodki.

– Czy ksiądz proboszcz to ten, który się jąka?

W odpowiedzi mieszają się zdziwienie i oburzenie: – U nas nie ma księży, którzy się jąkają.

[2014.02.05] Wyborcza.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: