Poród na plebanii: Dziecko księdza nie było człowiekiem?

Poznańska prokuratura ponownie umorzyła sprawę porodu na plebanii, na której urodził się syn księdza Mariusza G. Wikariusz wezwał karetkę dopiero wtedy, gdy stwierdził, że jego partnerka urodziła martwe dziecko. Prokuratura oceniła, że zachowanie księdza było lekkomyślne, ale nie było przestępstwem. Bo ksiądz nie zdawał sobie sprawy z zagrożeń związanych z porodem.

Decyzja o umorzeniu zapadła przed tygodniem. Wynika z niej m.in., że prokuratura prowadziła dochodzenie z artykułu 160 paragraf 2 kodeksu karnego. Mówi on o narażaniu człowieka na niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.

Dziecko księdza urodziło się martwe. Prowadząca sprawę prokurator Natasza Wojtczak chciała ustalić czy zmarło w łonie matki jeszcze przed porodem, czy w jego trakcie. Rozważała też, czy w chwili porodu dziecko księdza, w sensie prawnym, było człowiekiem.

Zasadnicze pytanie stawiane przez panią prokurator brzmiało: kiedy płód staje się człowiekiem? Natasza Wojtczak w uzasadnieniu umorzenia sprawy napisała, że prawo karne nie zawiera definicji pojęcia „człowiek”. Odwołała się do dwóch orzeczeń Sądu Najwyższego, w których stwierdzono, że ochronie z art. 160 kk podlega życie człowieka od chwili rozpoczęcia porodu.

Tymczasem w tej sprawie biegli nie potrafili wykazać, w którym momencie nastąpił zgon dziecka: jeszcze przed porodem czy w jego trakcie.

Wnioski prokuratury: nie wiadomo, czy dziecko księdza w sensie prawnym można uznać za człowieka. Nie wiadomo czy podlegało ochronie przewidzianej w art. 160 kodeksu karnego. Efekt: prokurator umorzyła sprawę wobec braku danych dostatecznie uzasadniających popełnienie przestępstwa.

W uzasadnieniu pani prokurator wskazała, że nawet gdyby przyjąć, że dziecko żyło w momencie rozpoczęcia porodu, to i tak nie można by mówić o przestępstwie. Odwołując się do opinii biegłych, argumentowała, że decyzja księdza o niewezwaniu karetki do porodu na plebanii nie naraziła noworodka na realne niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku.

Dziecko poczęte

W polskim kodeksie karnym istnieje także artykuł 157a. On z kolei mówi o zagrożeniu zdrowia i życia dziecka poczętego. Tu nie było wątpliwości prawnych – dziecko księdza Mariusza było poczęte.

Co na to prokuratura?

Uznała, że co prawda decyzje pary o niechodzeniu do lekarza w trakcie ciąży, o nierodzeniu w szpitalu oraz o niewzywaniu karetki do porodu były świadome, to jednak nie były umyślnym działaniem na szkodę dziecka poczętego.

Prokurator oceniła, że to były działania nieumyślne: bo rodzicom dziecka nie zależało na zgonie dziecka, bo ciąża przebiegała prawidłowo, a oni nie wiedzieli o komplikacjach w końcowej jej fazie. Niewzywanie pomocy medycznej zdaniem śledczej wynikało z nieświadomości zagrożeń związanych z porodem oraz braku odpowiedzialności. Ale lekkomyślność, jak argumentuje prokurator Wojtczak, nie jest przestępstwem.

Węzeł pępowiny

W trakcie dochodzenia powołano kilku biegłych. Najpierw dr Krzysztof Kordel z Poznania stwierdził, że niewezwanie karetki pogotowia do rodzącej kobiety stanowiło bezpośrednie zagrożenie życia. Ale na ponownym przesłuchaniu dr Kordel stwierdził, że mając na uwadze całość materiału dowodowego szanse dziecka na przeżycie byłyby małe. Stwierdził, że miało ono węzeł pępowiny.

M.in. na tej podstawie prokuratura w 2011 roku umorzyła dochodzenie. Poza wąskim gronem osób związanych z organami ścigania i Kościołem, o sprawie długo nikt nie wiedział.

Jej kulisy ujawnił w lipcu 2012 roku „Głos Wielkopolski”. Po naszych tekstach prokuraturze, która umorzyła dochodzenie, nakazano jej wznowienie. Nakazano też powołanie na biegłego specjalistę od ginekologii. Tym ekspertem został prof. Tomasz Opala z Poznania. Wskazał, że monitorowanie ciąży mogło wykazać węzeł pępowiny. Ale jednocześnie stwierdził, że wykrywalność węzła jest słaba – na poziomie 27 procent. Wskazał też, że śmiertelność w takich przypadkach wynosi wynosi od 1,4 do 14 procent. Uznał więc, że nie wiadomo czy dziecko zostałoby uratowane w szpitalu.

Potem prokuraturze nakazano jeszcze powołanie biegłych spoza Poznania.

Powołano ekspertów z Łodzi, a oni stwierdzili, że nie można przyjąć, że do zgonu przyczynił się poród poza szpitalem. Rodzice nie mieli świadomości o zagrożeniach. A kiedy ich dziecko nie dawało oznak życia, jak napisali biegli, ksiądz wezwał karetkę.

Z kolei ginekolodzy, z którymi rozmawiał „Głos Wielkopolski”, wskazali, że węzeł pępowiny nie jest wyrokiem śmierci. Jak mówili, wiele dzieci owiniętych pępowiną udało się uratować, jeśli poród nie odbywał się w ukryciu i zapewniono fachową pomoc medyczną.

„Spójne zeznania”

Ksiądz i jego partnerka w trakcie dochodzenia składali różne zeznania, ale prokurator uznała je za wiarygodne.

Do porodu doszło 24 lutego 2011 r. Przybyłym na plebanię policjantom ksiądz mówił, że udzielał Agnieszce schronienia, jak wielu innym osobom, które uciekły z domu. Nie przyznał się do ojcostwa (wcześniej księdzu proboszczowi swoją partnerkę przedstawiał jako „siostrę ze zgromadzenia”). W rozmowie z policjantami przed przesłuchaniem twierdził też, że kiedy kobieta rodziła, on do godz. 4 w nocy modlił się w kościele.

Tego samego dnia Agnieszkę i księdza przesłuchano „na protokół” . Ona zeznała, że ojcem dziecka jest ksiądz, że wspólnie podjęli decyzję o porodzie na plebanii. On zeznał, że nie chciał dziecka, żył jakby go nie było. A kiedy Agnieszka mówiła o wezwaniu karetki, to nie zareagował.

W lipcu 2012 r. ujawniliśmy sprawę. Dochodzenie wznowiono. W sierpniu 2012 r. ponownie przesłuchano parę. Agnieszka zapewniała wtedy, że oboje chcieli dziecka. Dlaczego więc nie zrobiła wyprawki? Tłumaczyła, że nie wiedziała, gdzie będzie mieszkać z dzieckiem. Dlaczego nie przygotowała się do porodu domowego? Twierdziła, że całą ciążę zakładała, że będzie rodziła w szpitalu. Dlaczego więc rodziła na plebanii? Stwierdziła, że w dniu porodu zmieniła zdanie. Ale gdyby wiedziała o zagrożeniu dziecka, zadzwoniłaby po karetkę.

Z kolei ksiądz zeznał, że zaakceptował ciążę. Akceptacja miała polegać na zobowiązaniu się do zapewnienia dziecka bytu finansowego.

Z kapłaństwa, jak mówił, nie zamierzał rezygnować. Twierdził, że to dziewczyna nie chciała wzywać karetki.

Prokurator Wojtczak uznała zeznania księdza i Agnieszki za wiarygodne. Uznała ich wypowiedzi za spójne, konsekwentne, wzajemnie się uzupełniające. Prokurator dostrzegła „pewne rozbieżności” pomiędzy ich zeznaniami. Ale jak stwierdziła, zeznając tuż po porodzie byli wstrząśnięci, więc ich relacje nie mogły być precyzyjne. Poza tym zdaniem śledczej różnice w relacjach dotyczyły bardziej sfery ocen niż faktów.

Ocena dowodów

Prokurator Wojtczak w uzasadnieniu umorzenia napisała również, że organa procesowe nie mogą zastępować oceny prawnokarnej oceną moralną. Stwierdziła także, że nie mogą kierować się oczekiwaniami opinii publicznej. To nawiązanie do licznych publikacji prasowych na temat porodu i krytycznych głosów na temat wcześniejszego umorzenia.

Chcieliśmy porozmawiać z prokurator Wojtczak. Odmówiła. Stwierdziła, że nie jest upoważniona i odesłała nas do rzecznika prokuratury.

– Decyzję o umorzeniu podjęła prokurator prowadząca. Dokonała oceny dowodów i jest niezależna w swoich decyzjach – mówi nam Magdalena Mazur-Prus, rzecznik poznańskiej Prokuratury Okręgowej.

[2013.12.20] GlosWielkopolski.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: