FiM – Zemsta Kościoła

Prawo kościelne nakazuje biskupom i przełożonym zakonnym pomagać tym, których wydalono ze stanu duchownego. Tymczasem w Polsce hierarchowie traktują ich jak zdrajców.

Kościelna hipokryzja sięga zenitu: lepszy jest ksiądz prowadzący podwójne życie – duchownego i zarazem jurnego kochanka, nawet pedofila – niż uczciwy eksksiądz czy zakonnica, którzy nie chcieli żyć w obłudzie, założyli rodziny i żyją, jak Pan Bóg przykazał.

W Polsce istnieje 40 diecezji i około 200 zakonów męskich i żeńskich. Każdego roku ktoś opuszcza ich mury. Według naszych szacunkowych obliczeń, w Katolandzie żyje około czterech tysięcy byłych księży, zakonników i zakonnic. Polscy biskupi i przełożeni zakonni ukrywają wszelkie informacje dotyczące osób, które opuściły szeregi duchownych. Nie ma żadnych oficjalnych statystyk ani jakiejkolwiek zaplanowanej formy pomocy ze strony purpuratów. Wręcz przeciwnie, Kościół mści się za wystąpienie z czarnego szeregu. Niejednokrotnie podsyca trzódkę rydzykomaniaków przeciwko występującym ze stanu duchownego. Tymczasem nawet prawokościelne poleca ordynariuszom, czyli biskupom i przełożonym zakonnym, udzielenia pomocy eksduchownym: „Wydalonemu zaś ze stanu duchownego, który z powodu kary znalazł się rzeczywiście w niedostatku, ordynariusz powinien przyjść z pomocą w możliwie najlepszy sposób” – stwierdza kan. 1350 par. 2 Kodeksu prawa kanonicznego. A jaka jest rzeczywistość? Okrutna. Oto kilka fragmentów z rozmów przeprowadzonych z kilkudziesięcioma osobami, które opuściły szeregi kleru diecezjalnego i zakonnego.

Józef z Warszawy przez 16 lat był księdzem diecezjalnym. Kiedy odchodził, nikt z kurii nie podał mu pomocnej dłoni. Gdyby nie świeccy przyjaciele, którzy znaleźli mu pracę, byłby dziś penitentem pomocy społecznej lub mieszkańcem jakiejś noclegowni.
– Patologiczna księżowska formacja uzależniła mnie niczym członka mafii i ukradła wiele lat życia – mówi Józef. – Czuję się psychicznie okaleczony.

Irena z Katowic była w zakonie elżbietanek. Po 6 latach niewolniczej służby i 50 godzinach katechezy tygodniowo, odeszła, bo zadawała za dużo pytań. Miała dość obłudy przełożonych i psychicznego znęcania się. W posagu dostała płaszcz i zniszczone gardło.
– Nikt mi nawet nie powiedział: „Bóg zapłać”. Nikt nie opłacał ubezpieczenia. Kiedy odeszłam, musiałam wszystko zaczynać od początku. Szukać pracy, mieszkania.

Edward z Krakowa za ujawnienie intymnego życia przełożonych po 10 latach musiał opuścić szeregi braci cystersów. Kiedy stanął po drugiej stronie bramy klasztornej, nie miał nic. Ani pieniędzy, ani mieszkania.
– Dziś muszę ukrywać swoją zakonną przeszłość, żeby nie stracić i tak mało płatnej pracy. Gdyby się ludzie dowiedzieli, że byłem w klasztorze, wykończyliby mnie psychicznie.

Łucja z bezhabitowego zgromadzenia skrytek odeszła po 7 latach zakonnego terroru. Zanim znalazła swoje nowe życie, upłynęło kilka lat. Ukończyła studia, wyjechała do Częstochowy, żeby uczyć fizyki.
– Mateczki przełożone jeszcze długo po odejściu z zakonu nie mogły mi podarować zdrady. Przez kilka lat dobijałam się do różnych firm z prośbą o pracę. Kiedy składałam dokumenty, a mój potencjalny pracodawca dzwonił po opinię do zakonu – siostry rzucały na mój temat najgorsze inwektywy. Zniszczyły moje życie – Łucja z żalem opowiada o mściwej postawie przełożonych.

Damian przez 4 lata był klerykiem.
– Wyrzucili mnie, bo nie uległem jednemu z proboszczów, który dobierał się do mnie, i domagałem się reakcji od arcybiskupa Stanisława Nowaka. Teraz przełożeni z seminarium wydzwaniają do mnie, żądając zapłaty 120 zł czesnego, ponoć niezapłaconego na drugim roku seminarium.

Tragedię przeżył nowicjusz Piotr z zakonu michaelitów, który podczas wakacji został upity i zgwałcony przez proboszcza.
– Nikomu się nie przyznałem. Nawet rodzicom. Wolałem odejść i zamieszkać w jednym z podkrakowskich miasteczek. Wciąż mam nocne koszmary i czuję jego obleśne łapska – powiedział nam zalękniony ekskleryk.

Podobne przykłady można mnożyć. Polski Kościół nie tylko boi się mówić o byłych duchownych, ale obsesyjnie wykreśla ich ze swej pamięci. W biurze prasowym Episkopatu nikt nie wiedział, ilu jest eksduchownych, czy w ogóle Kościół się nimi zajmuje, a po konsultacji pracownika z o. Adamem Schulzem – rzecznikiem Konferencji Episkopatu Polski – odesłano nas do poszczególnych 40 diecezji. W Instytucie Statystyki Kościoła Katolickiego w Warszawie usłyszeliśmy, że musi upłynąć sporo czasu, zanim biskupi odtajnią skrzętnie ukrywany problem byłych duchownych.

Prezes Stowarzyszenia Żonatych Księży i Ich Rodzin, ks. Józef Streżyński (strezynski@poczta.onet.pl), uważa, że Kościół w Polsce powinien z czysto ludzkiej przyzwoitości zająć się wreszcie unormowaniem statusu kościelnego tysięcy byłych duchownych.
– Biskupi powinni to zrobić dla dobra Kościoła i wierzących, którzy wciąż są okłamywani i karmieni bujdami o zdradzie i zgorszeniu. Pozostawiając tych ludzi bez wsparcia, sami hierarchowie są zgorszeniem dla Kościoła. Ludzi przez lata formowanych w ślepym posłuszeństwie, wychowanych pod kościelnym kloszem, wyrzuca się na bruk niczym przedmiot – wyjaśnia Streżyński.
– Dodajmy, że to jest ewidentnie celowa polityka kościelnego betonu, by prewencyjnie zahamować masowe odejścia. Groźba odrzucenia oraz brak perspektyw dla „byłych” powoduje, że 99 proc. spośród księży, zakonników i zakonnic, którzy chcieliby zacząć normalne życie bez sutanny – pozostaje w szeregach. Prowadzą więc często podwójne życie i stają się zgorzkniałymi urzędnikami Krk.

Kiedy nastał Jan Paweł II, celibat stał się tematem tabu. Nawet zwolnienia z kapłańskiej przysięgi są sporadyczne. Wszyscy czekają na nowego pasterza Kościoła, który skończy z kościelnymi zabobonami i fundamentalizmem.

[2003] FaktyiMity.pl Nr 29(179)/2003

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: