Byłem księdzem. Jak żyją mężczyźni, którzy zrzucili sutannę?

Niełatwo odnaleźć się w nowych realiach po zrzuceniu sutanny. Z dyplomem magistra teologii w kieszeni – bo takie wykształcenie ma ksiądz i zerowym doświadczeniem zawodowym – o dobrą pracę trudno. Dlatego eksksięża imają się różnych zajęć: zostają sprzedawcami, coachami, handlowcami, piszą prace magisterskie, układają glazurę, pracują na hot line.

Romek porzucił stan duchowny po 5 latach. Ignacy po 6, Wojtek – 9. Dla każdego z nich była to najtrudniejsza decyzja w życiu. To tak, jakby zamknąć oczy i rzucić się w przepaść – mówią jednym głosem. Bo byli księża zostają bez pomocy, wyrzekają się ich nawet rodziny. Kościół traktuje jak zdrajców i nie myśli o programie wsparcia psychologicznego, aktywacji zawodowej. Oni sami uważają, że zrzucenie sutanny to gest uczciwości wobec Boga i siebie, co jest lepsze niż życie w zakłamaniu, hipokryzji.

Z pomocą przychodzą, więc komercyjne instytucje – m.in. warszawskie Centrum Rozwoju i Poradnictwa Cereo. Na swojej stronie cereo.pl piszą: „Opuszczenie instytucji kościelnej (albo przez instytucję kościelną) ma wspólny mianownik: bolesne zderzenie z nowymi realiami. Często towarzyszy temu brak środków do życia, brak mieszkania i opuszczenie przez „współbraci” czy „współsiostry” i znajomych. W niektórych instytucjach obowiązuje zakaz kontaktowania się z osobą, która odchodzi i zakaz wspierania jej. To rodzaj presji wywieranej na „zdrajcę” by wrócił upokorzony i ostrzeżenie dla tych, którzy noszą się z takim zamiarem”.

Ośrodek oferuje pomoc w przekwalifikowaniu i modny dziś coaching prowadzony m.in. przez byłych księży, mając świadomość, że taki „powrót do życia” to długi i skomplikowany proces. Z szacunków prof. Józefa Baniaka z UAM w Poznaniu wynika, iż z powodu niemożliwości utrzymania celibatu w Polsce odchodzi 68 proc. księży. Mówimy celibat, jakby chodziło o seks, tymczasem to problem męczącej i bolesnej samotności.

Skok na główkę

Na własnej skórze doświadczył tego Romek. – Czuję się odepchnięty, nawet religii nie mogę uczyć, choć w sąsiedniej szkole robi to facet po SGGW – żali się 37-letni dziś były ksiądz. Odszedł 8 lat temu. Mówi, że nie zrobiłby tego, gdyby dostał inną parafię albo po prostu uczciwszego proboszcza. Jako młody wikary trafił do małej wioski. – Rano msza, a potem nie było co robić. Same babcie odmawiające różaniec. Proboszcz nie pozwalał mi nawet jeździć autobusem do rodzinnego domu, który był 8 kilometrów dalej. Płacił mi 500 złotych miesięcznie. Plebanię zamykał o 20.00. Czułem się samotny jak nigdy w życiu. Gdy człowiek siedzi odizolowany, lęgną się w głowie głupoty – mówi. Wspomina: – Nasza, a właściwie proboszcza gospodyni miała 20 lat i proboszcz płacił jej za studia. Nie przyłapałem ich nigdy, ale nie miała osobnego pokoju.

Pustkę wypełniały Romkowi internet i alkohol. Zdał sobie wtedy sprawę, że celibat był dla niego ucieczką przed homoseksualną tożsamością. Po pięciu latach oszukiwania siebie postanowił zaryzykować. Nie jest jeszcze za późno, żeby zacząć od nowa – pomyślał i znalazł pracę jako księgowy, kierowca i detektyw w jednym, dostając etat w małej rodzinnej firmie. Niestety nie zagrzał miejsca, bo śledzenie żony szefa – a takie polecenia też dostawał – uznał za nieetyczne. Wyjechał do Warszawy bez pieniędzy i pomysłu na siebie.

Samotność źle znosił również Ignacy. Tyle że on zakochał się w swojej parafiance. Był ledwo po trzydziestce, gdy serce do Iwony zabiło mocniej. Po dwuletnim romansie, który w małym miasteczku na Podlasiu nie było łatwo ukryć, podjął decyzję o porzuceniu sutanny. Wyjechali razem do Lublina, gdzie początkowo żyli na granicy przetrwania wynajmując mieszkanie na spółkę z zaprzyjaźnioną parę. Ignacy imał się różnych zajęć: układał glazurę (nauczył go tego ojciec), sprzedawał drogie odkurzacze jako domokrążca, potem otworzył firmę z usługą prania dywanów.

Wojtkowi decyzja o porzuceniu sutanny nie zajęła wielu lat, bo uważał, że jest dobrym księdzem i odnajdywał się w życiu, pracując w jednej z warszawskich parafii. Prowadził zespół muzyczny, prowadził wspólnotę. Żył. Do czasu, gdy nie spotkał Moniki, starszej od siebie o 6 lat dojrzałej kobiety z dzieckiem. Miał lat 33, gdy przyszedł do niej po kolędzie. Opowiada: – To nie był grom z jasnego nieba, jakaś miłość romantyczna, tylko tęsknota za domem. Może nawet posiadaniem dziecka? W dniu 35. urodzin zrzucił sutannę. Zamieszkali razem, niestety związek nie przetrwał. Miłość nie dźwignęła frustracji Wojtka. Ambitny ksiądz nie zniósł pracy na hot line – bo tylko taką dostał. Jak na swoją pierwszą pracę nie zarabiał najgorzej: 2200 na rękę, jednak na warszawskie warunki to było nic. Jako partner dobrze zarabiającej pani z HR-ów, czuł się jak chłopiec w krótkich spodenkach. W wieku 36 lat wrócił do rodziców i wpadł w roczną depresję. – Nie chciałem żyć, choć nie miałem siły umrzeć. Nie wiedziałem kim jestem, ani co ze sobą zrobić – wspomina.

Na własnych nogach

O problemach byłych księży można podyskutować na forum strony Stowarzyszenia Żonatych Księży i ich Rodzin http://www.prezbiter.pl. Jedni narzekają tam na hipokryzję panów w sutannie, inni chwalą się celibatem i klarują, że to „tylko” kwestia wiary. Nie brakuje też głosów żon byłych księży albo kochanek obecnych. Forumowicze żarliwie dyskutują też o byłym księdzu Romanie Kotlińskim, który jest dziś naczelnym antyklerykalnej gazety Fakty i Mity. Był jednym z pierwszych, który mówili otwarcie o problemie ludzi, porzucających stan duchowny.

W końcówce lat 90. wydał pod pseudonimem Roman Jonasz książkę pt. „Byłem księdzem”. Dziś jest pierwszym polskim posłem, który nosił kiedyś sutannę. Zasiada w ławie sejmowej dzięki partii Janusza Palikota. Na stronie Prezbitera można też znaleźć statystyki, które 12 lat temu na niezbyt dużej próbie brazylijskich eksksięży przeprowadził pastor Elben Lenz M. César. Wynika z nich, że blisko 80 proc. z nich ożeniło się i chwali sobie swój związek. 71 proc. jest za zniesieniem celibatu. 73 proc. deklaruje dobry kontakt z Kościołem, zaledwie 11 proc. ma do tej instytucji żal. Tak jak Romek odrzucany podwójnie: raz jako zdrajca, dwa jako gej. Po przyjeździe do stolicy zamieszkał w tanim hotelu dla mężczyzn i poszedł do pracy w supermarkecie.

– To było straszne. Moja pensja wynosiła 1700 netto. Moje jedzenie to był chleb, ziemniaki i biały ser. Czasem tylko łzy kręciły mi się w oczach, jak przypominałem sobie, że kilka lat wcześniej babcie od różańca chciały mnie całować w rękę, a teraz ruga mnie młodsza ode mnie kierowniczka, mówiąc, że jestem ofermą i zerem – wspomina Romek. Ale nie poddał się. Wynajął pokój, po godzinach pisał prace licencjackie i magisterskie. Z oszczędzonych pieniędzy kupił maszynę do szycia, żeby robić poprawki krawieckie sąsiadom. Gdy stać go było na wynajem mieszkania, założył firmę i zdobył dotacje unijne na punkt poprawek krawieckich. Dziś czuje się zadowolony ze swego życia i nawet nie wstydzi się swojego homoseksualizmu. Wstydzi za to przyznać, że kiedyś był księdzem.

W zgodzie ze sobą

Za to Wojtek, który również za sprawą dobrze dobranych leków wyszedł z depresji znalazł partnerkę na życie – Annę. Jest podobnie jak on pracownicą banku. Wojtek dostał tę robotę dopiero po studiach podyplomowych. Nie narzeka, bo najpierw był zwykłym doradcą klienta, teraz został konsultantem od tych zamożniejszych. Okazuje się, że jest świetnym negocjatorem, że potrafi rozmawiać i wzbudzać zaufanie jak nikt. – Zawdzięczam to mojemu poprzedniemu zawodowi – śmieje się. I dodaje: – Kiedyś się go wstydziłem, czułem się jak nieudacznik, ale dziś w banku wszyscy wiedzą, kim byłem. Jestem przekonany, że dokonałem dobrego wyboru.

Ignacy i Iwona też nie narzekają, pobrali się i spodziewają dziecka z in vitro. Najpierw myśleli, że niepłodność to kara od Boga, dziś patrzą na to inaczej – skoro to On dał człowiekowi rozum, trzeba z niego skorzystać. Ale gdy przyjeżdżają w odwiedziny do rodziców żony, na mszę jeżdżą do sąsiedniego miasteczka, bo nadal budzą sensację. Ignacy stara się o dyspensę, ponieważ chce przysiąc żonie miłość przed Bogiem. Jest to możliwe, ale cały proces trwa wiele lat.

Jest jednak nadzieja, bo w Polsce dyspensę dostało już 9 proc. księży. Ignacy nie pracuje już fizycznie, ukończył roczną szkołę coachingu i choć byłym księżom nie pomaga, ogłasza w internecie swoje usługi, jako coaching katolicki. Na pytanie, czym różni się od niekatolickiego mówi, że na spotkanie z klientem zaprasza Ducha Świętego. Zaleca wizualizacje w dążeniu do celów, ale nie w duchu New Age. Wierzy w nie, bo gdy zobaczył Iwonę po raz pierwszy, wyobrażał sobie, co to by było, gdyby zamiast budzić się co rano samemu, mógł budzić się przy niej.

Choć droga do wspólnego życia była trudna, wierzy, że powołanie to życie w zgodzie ze sobą.

Imiona opisywanych bohaterów zostały zmienione.

[2014.02.17] Onet.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: