Byłam zakonnicą

Marta wstąpiła do zakonu w wieku 19 lat, po zdanych wcześniej egzaminach na polonistykę. Wybrała Zgromadzenie Sióstr Albertynek w Krakowie, w którym spędziła sześć lat

Panorama radomska: – Kiedy pomyślałaś o pójściu do klasztoru?
M.: – Pierwszy raz gdzieś pod koniec podstawówki. A w czwartej klasie ogólniaka dokonałam wyboru na sto procent. Żeby zaprzeczyć pogłoskom, że uciekam ze strachu przed studiami, dostałam się na polonistykę.
Rodzice to zaakceptowali?
M.: – Tak, ponieważ pochodzę z bardzo katolickiej praktykującej rodziny. Choć tacie trudniej było się pogodzić niż mamie. Wiem, że oboje życzyli sobie dla mnie innej przyszłości.
Pamiętasz swój pierwszy dzień za murami?
M.: – Zawieźli mnie tam rodzice. Z jednej strony się cieszyłam, z drugiej czułam strach przed czymś nowym. Wszystko było inne. Przez pierwsze dwa tygodnie chodziłam w bluzce i spódnicy za kolana. Po następnych dwóch tygodniach dostałam welonik i sukienkę, też za kolana. Ma to związek z trzema stopniami formacji: postulatem, nowicjatem i junioratem. Przez cały roczny postulat nosiłam tę sukienkę. W drugim roku, jeśli cię dopuszczą, przechodzi się na nowicjat. Dostajesz habit i biały welon, ale nie znaczy to że jesteś już zakonnicą. Po dwóch latach nowicjatu składa się pierwsze śluby posłuszeństwa, czystości i ubóstwa i przechodzi do sześcioletniego junioratu. Śluby te ponawiane są co rok. Przez ten czas decydujesz, czy pozostać w zakonie. Wtedy masz już habit, czarny welon i krzyż noszony pod narzutką. Po sześciu latach składasz śluby wieczyste i dopiero wtedy możesz nosić krzyż na habicie. To znak, że jesteś już zakonnicą po ślubach.
Wybrałaś sobie zakonne imię Albertyna. Dlaczego?
M.: – Byłam zafascynowana świętym Albertem, pod wezwaniem którego działa Zgromadzenie.
Jak wyglądały przez ten czas twoje kontakty z rodziną?
M.: – Na postulacie jest osiem dni urlopu, podczas nowicjatu – czyli w okresie kolejnych dwóch lat – całkowity zakaz odwiedzin oprócz listów i telefonów. Trzeba dodać, że wszystkie listy, zarówno przychodzące jak wychodzące, są czytane przez mistrzynie nowicjatu, czyli opiekunki. Także od opiekunki zależało, czy poprosiła cię do telefonu, czy nie. W junioracie znów przysługiwało osiem dni urlopu. Pieniądze na podróż dawał zakon.
A wolny czas?
M.: – W konstytucji Zgromadzenia zapisano, że każdego dnia zakonnicy przysługuje godzina wolnego. W praktyce czas wolny miałam dopiero w niedziele. Przy czym żadnego radia, żadnej telewizji, kompletnie nic. Wiadomości, ale tylko te najważniejsze, przekazywały nam przełożone.
Dzień powszedni w zakonie kojarzy się z modlitwą. A jak jest naprawdę?
M.: – Modlitwy jest bardzo mało. Wstawałam o piątej, a niedziele i święta o szóstej rano. Każdy dzień wypełniała nam praca, a wszystko co robisz narzucane jest odgórnie. Dwa miesiące w kuchni, później dwa miesiące w pralni lub przy chorych, ponieważ przy każdym ośrodku Zgromadzenia było hospicjum. Dopiero w junioracie rozjeżdżałyśmy się do różnych domów Zgromadzenia w Polsce. Był to czas podejmowania osobistych decyzji. Miałam wpływ na to, co się dzieje, ale też nie do końca…
Dokąd trafiłaś w junioracie?
M.: – Byłam w Wadowicach, potem koło Krakowa i na Śląsku. Praca wszędzie podobna, zmieniały się tylko miejsca.
Tęskniłaś za domem?
M.: – Strasznie!
I w pewnym momencie przyszło zwątpienie…
M.: – To był szósty rok mojego pobytu w zakonie. Bo to tak: w postulacie i nowicjacie jesteś pod ochronką. Nic ci nie wolno, jesteś zdana na przełożonych. O wszystko musisz prosić zaczynając od pasty do zębów, szamponu, a kończąc na pieniądzach. Czujesz się jak pod kloszem. Potem to się raptownie zmienia. Po wyjeździe na placówki spotykałam różne siostry, mniej lub bardziej sfrustrowane, zazdrosne. W nowicjacie uczyli nas, żeby kierować się sumieniem a nie drętwymi przepisami, słuchać tego, co Bóg do nas mówi. I ja poszłam do zakonu po to, żeby oddać się Bogu i służyć pomocą ludziom. Ale zakon mi w tym nie pomagał, a czasem wręcz mnie ograniczał.
W jaki sposób?
M.: – Była sytuacja, że przyszedł mężczyzna z raną głowy, zakrwawioną twarzą. Chciałam mu pomóc, ale zabroniła mi przełożona. Jednak sumienie nie pozwoliło mi pozostawić go samemu sobie. Wbrew przełożonej zaprowadziłam go do szpitala. Dodam, że przełożona była „w cywilu” pielęgniarką. Drugi przypadek: wydajemy obiad w schronisku dla bezdomnych i w pewnej chwili przełożona zwraca mi uwagę, że wydałam o jedną kiełbaskę za dużo. Doszło do wymiany zdań, poszłam do siebie, żeby się wyciszyć i co nieco przemyśleć. Ale ona nie dała mi spokoju, przyszła się kłócić, w furii zepchnęła mnie ze schodów na półpiętro. Innym razem, zimą, ktoś zapukał i poinformował, że niedaleko na gołej ziemi leży nieruchomo jakiś mężczyzna. Przełożona również zabroniła nam wyjść, żeby zobaczyć co się stało. A przecież to jest zakon, którego powinnością jest niesienie pomocy bezdomnym, alkoholikom, narkomanom i dzieciom z biednych rodzin.
Odejście z zakonu jest problemem? Wystarczy powiedzieć: odchodzę?
M.: – Przed złożeniem ślubów wieczystych można zrezygnować bez niczego. Po ślubach wymagana jest już zgoda papieża. Gdy powiadamiasz przełożonych o zamiarze odejścia, starają się odradzać, perswadować. Mnie również proszono o pozostanie. Należałam przecież do grona dobrych pracowitych zakonnic. Dowiedziałam się później, że z mojej grupy odeszły jeszcze cztery siostry.
Pamiętasz ten ostatni dzień?
M.: – Bardzo płakałam, gdy zdejmowałam habit. Było mi wszystkiego szkoda a z drugiej strony wiedziałam, że się tu nie sprawdzę. Zakon nie spełnił moich oczekiwań, rozczarował mnie. Wcześniej, swoimi wątpliwościami podzieliłam się przez telefon z ojcem i mamą. Oboje powiedzieli: wracaj.
Po kilku latach spędzonych w zakonie wróciłaś do innego świata,w którym wiele się zmieniło. Było ciężko?
M.: – Przeżyłam szok, naprawdę. Markety, sklepy… Nigdy nie zapomnę, gdy pojechałam do siostry w Niemczech, która dała mi komórkę, abyśmy były w kontakcie. Przez całą drogę prosiłam Boga, żeby ten wynalazek cywilizacji nie zadzwonił. Nie wiedziałam jak odebrać rozmowę, a wstydziłam się zapytać kogoś obcego, bo pomyślałby że ma do czynienia z wariatką.
Ile czasu potrzebowałaś na ten powrót?
M.: – Prawdę mówiąc, nie wiem, czy jeszcze wróciłam.
Czego nauczył cię zakon?
M.: – Bardzo dużo w sferze ducha.
Żałujesz, że odeszłaś?
M.: – Nie żałuję, że odeszłam i nie żałuję, że tam byłam.
Byłaś szczęśliwa w zakonie?
M.: – Tak.
A teraz, jesteś szczęśliwa?
M.: – Tak
Dziękuje za rozmowę.

[2011.03.10] PanoramaRadomska.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: