Winda i Rydzyk

Przeczytałem właśnie artykuł o liście dyrektorki szkoły z niepełnosprawnymi dziećmi z prośbą o wsparcie finansowe budowy windy, do ojca dyrektora Tadeusza Rydzyka. I nie chcę się rozwodzić nad tą windą i chamstwem zakonnika w związku z nią, ale przypomniała mi się historia sprzed lat.

Dyrektorka jednej z toruńskich szkół, w której uczą się niepełnosprawne dzieci, zwróciła się do rozgłośni ojca dyrektora o wsparcie finansowe, dla wyposażenia szkoły w windę dla niepełnosprawnych. W odpowiedzi otrzymała wiązkę oskarżeń o brak współczucia dla „katolickiego głosu w Twoim domu” i oskarżenie, o nie tylko brak wsparcia biednej rozgłośni, ale też o nierozumienie priorytetów. Jasne jest przecież, że wsparcie dla „katolickiego głosu” jest ponad wsparciem dla windy w jakiejkolwiek (oprócz Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej) szkole.

To było na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych. Gdzieś…, nie pamiętam dokładnie, ale chyba w radiowej audycji „Muzyka nocą”, dodzwoniła się do redakcji, a telefony od słuchaczy puszczane były „na żywo”, pewna kobieta, błagająca o pomoc dla swojego męża. Zanosząc się płaczem, opowiedziała, poproszona przez bardzo cierpliwego i wyrozumiałego prowadzącego audycję, swoją historię. Nazwijmy ich, dla łatwiejszego pisania, Marią i Marianem, bo prawdziwych imion nie pamiętam minęło wiele lat przecież.

Wraz z mężem byli gorliwymi katolikami. Nie mieli dzieci, więc całą swoją energię skierowali na wiarę w Boga, a Radio Maryja jawiło się im jako prawdziwy, wspaniały i rzeczywisty „katolicki głos w ich domu”. Maria zauważyła jednak dziwne zachowanie swojego męża, jego wiara stawała się z czasem coraz bardziej… „prawdziwa”. I choć obydwoje w dniu przyniesionej przez listonosza emerytury wypełniali druki przelewów bankowych, z pewną, rozsądną kwotą na Radio Maryja, po pewnym czasie Marian „wziął sprawy w swoje ręce” i zaczął sam się zajmować domowymi finansami. Przelewami na Radio Maryja też. Kobieta nie protestowała, Marian zawsze był zaradny i wiedziała, że jej mąż wie, co robi.

Pewnego dnia bardzo źle się poczuł. Był osłabiony, „zrezygnowany”, zaczął wegetować słuchając Radia Maryja. Kobieta widziała jak gaśnie w oczach, ale uparty Marian nie chciał nawet słyszeć o wizycie u lekarza. Jednak po jakimś czasie, nie musiała już pytać męża o pozwolenie – był zbyt słaby, aby protestować, a wizyta domowa, potem pogotowie i kilkudniowy pobyt w szpitalu zaowocował „wyrokiem” – „Zaawansowane stadium białaczki. Pani mąż umiera i bez jak najszybszego przeszczepu szpiku, nie przeżyje”. „Można to przyspieszyć, ale trzeba ominąć procedury Kas Chorych – potrzebne są pieniądze”. Maria, kochająca swojego męża, dobrego przecież człowieka, nad życie, siedziała przy jego łóżku i bezradnie szeptała – „Nie mamy pieniędzy”. Chodziła do lekarzy, do opieki społecznej, do kościoła, od przyjaciół zdołała wybłagać przyobiecanie części potrzebnych pieniędzy. I wtedy mąż postanowił dokonać przed ukochaną żoną ostatniej spowiedzi.

Nie rozstawał się z tranzystorem. Małym radylkiem tranzystorowym. Wiedział przecież, że jego ukochana żona poskąpi na Radio Maryja, bo dla niej najważniejsze są sprawy bieżące – rachunki, nowe skarpetki dla męża, nowalijki, bo to przecież witaminy na wiosnę z zieleniaka są najważniejsze… A dla niego ważniejszy był Jezus. Pan Bóg i głos Ojca Rydzyka – on przecież chce jak najlepiej dla Polski. Postanowił więc ukryć przed Marią przelewy do Radia Maryja, bo wiedział, że to, co ofiarują, to za mało i dlatego wziął sprawy finansowe domu w swoje ręce. Wiedział, że w razie czegoś, jakoś się wytłumaczy, umiał przecież być przekonujący. Przelewał na konto Radia połowę obydwu emerytur. A zdarzył się kompletnie niespodziewany cud – przyszło pismo, że zmarła bardzo wiekowa ciotka Mariana i że stał się on spadkobiercą jej jednorodzinnego domu. Kompletnie wolnego od długów, bo ciotka (o której ledwo kto pamiętał) żyła skromnie i najzwyczajniej w świecie uczciwie – regulowanie rachunków, długów, zobowiązań, było dla niej największą świętością. Cud sprawił, że Marii nie było w domu, kiedy listonosz przyniósł pismo polecone z cudowną wiadomością. Marian jeszcze był zdrowy jak koń i ani mu w głowie były jakieś myśli o ewentualnej chorobie kiedyś tam… Miał swoje lata i uznawał, że wzystkie zagrożenie już go ominęły – teraz tylko doczekać dobrej, spokojnej śmierci. Radio Maryja już wtedy ukochał, już wysyłał dlań połowę dochodów, bo wiedział, że robi dobrze dla Polski, dla Jezusa, dla Pana Boga. Postanowił schować list, żeby zrobić Marii niespodziankę przy najbliższej, nadarzającej się okazji i opowiedzieć jej o ich szczęściu.

A wieczorem znów było Radio Maryja. I rozpaczliwy apel Ojca Dyrektora o finansowe wsparcie. Marian podjął trudną, ale jedynie słuszną decyzję. Nazajutrz zaczął zbierać wszystkie potrzebne dokumenty, w tajemnicy przez żoną – kiedyś jej wytłumaczy słusznośc swojej decyzji, przecież nie mają dzieci, po co im jakieś dodatkowe majątki, skoro żyje im się zwyczajnie, choć skromnie. Nie mogą narzekać. odziedziczoną willę i dziesięć arów parceli na której stała, zapisał Radiu Maryja.

– Marysiu, poproś Ojca Dyrektora o pomoc. Przecież nie odmówi, tyle lat go wspieramy – wyszeptał Marian po zakończeniu wyznania prawdy Marii. Maria, choć z początku nie mogła uwierzyć w to, co opowiada jej mąż, po ochłonięciu doszła do wniosku, że jej mąż dobrze zrobił – mają teraz, w obliczu śmiertelnej choroby, dokąd pójść po pomoc. Napisała błagalny list do Ojca Rydzyka, opowiadając w nim wszystko, jak na spowiedzi i prosząc o pomoc.

Kiedy jednak dostała „suchą”, bezpłciową, bezduszną odpowiedź, że Radio Maryja nie może wspierać poszczególnych przypadków, bo wspiera pozarządowe organizacje (tutaj padła jakaś nazwa, albo nazwy, których nijak nie potrafiłbym zapamiętać, a „przykładowych” używać nie chcę, żeby nikogo nie urazić), coś w niej pękło. Kompletnie się załamała i próbując wszystkiego, zadzwoniła też do nocnej, radiowej audycji.

Nigdy nie zapomnę jej zanoszenia się płaczem i ciepłego, cierpliwego głosu prowadzącego audycję – milczenie, czasem szept z prośbą o uspokojenie i kontynuowanie opowieści. Bo ta historia jest prawdziwa, tylko imiona zmyśliłem, upływ czasu sprawił, że ich nie pamiętam.

Byłem katolikiem. Czasem wątpiłem, miałem wątpliwości, ale lubiłem chodzić do kościoła, celebrować msze i szukać wyzbycia się wszelkich wątpliwości. Ale ta rozmowa, ta noc wiele zmieniła w mojej głowie. A późniejsze działania Kościoła, „Ojca Rydzyka” i naszych hierarchów tylko sprawiły, że mój sceptycyzm się utwierdza i że to ja, nie oni, mam rację. Pozostaję w wierze. Ale byłym ostatnim bydlakiem, gdybym w obliczu historii takich, jak ta wyżej opisana, albo ta z windą w szkole dla niepełnosprawnych dzieci, udawał, że wszystko jest super, że Pan Jezus jest moim zbawieniem a drogą do niego Ojciec Rydzyk i inni Hosero-, czy Kowalczykopodobni obłudnicy.

[2014.03.12] Interia360.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: