Atak ROWERU na KSIĘDZA

Ksiądz nie jest winien, nawet wtedy gdy zawini.

Na przejściu dla pieszych w Konarzycach ks. Wojciech Zyśk wyprawił do Bozi Marcina Narzewskiego. Zyśk jechał seatem, a Marcin rowerem. Seat należał do łomżyńskiej Caritas, rower do Marcina. Dostał go na pierwszą komunię poniekąd dzięki Zyśkowi, bo właśnie on udzielił mu sakramentu. W dniu ceremonii wszyscy byli przejęci. Przecież Zyśk to nie pierwszy lepszy klecha, ale wszechpotężny dyrektor Caritas oraz dyrektor ds. duszpasterstwa dobroczynności chrześcijańskiej łomżyńskiej diecezji, zatem wielkim zaszczytem było przyjąć hostię od niego.
Pisałam o tym wydarzeniu, gdy nie było jeszcze wiadomo, jaki będzie finał („NIE”nr 44/2008). Teraz sprawa jest zamknięta. Ważny jest efekt – winny wyłącznie dzieciak – ale jeszcze ważniejsze są sposoby, w jaki został osiągnięty. Ze względów procesowych wyjaśniam, że mam ludowe poczucie sprawiedliwości.

Poszkodowany seat

19 czerwca 2005 r. Marcin wybrał się na boisko szkolne. Było sucho, jasno, warunki drogowe idealne. Chłopak wjechał rowerem na przejście dla pieszych. Jest widoczne z daleka i tak usytuowane, że kierowcy z dużej odległości widzą zbliżające się do niego osoby. Widziałby Zyśk pedałującego wstronę szosy Marcina, ale nie patrzył. Zajarzył, że coś jest nie tak, gdy spotkał się z chłopakiem. Z akt sprawy: dopiero w momencie uderzenia w przednią szybę samochodu kierujący zorientował się, że było to dziecko z rowerem.
– Może rozmawiał przez telefon – domyślił się Romuald Narzewski, ojciec trupa.
Zażądał billingów. Operator nie zarejestrował żadnego połączenia w chwili wypadku.
– Ale nie ma też połączenia z pogotowiem czy policją, choć ksiądz twierdzi, że dzwonił po pomoc. Musiał mieć drugi aparat – przekonywał Narzewski.
– Nieprawda – zapewnił Zyśk.
Nieuwaga ks. Zyśka mogła być spowodowana jego złym stanem fizycznym. Wcześniej pękła mu kość nadgarstka. Bolesne paskudztwo wymagające gipsu i leków przeciwbólowych. Ortopedzi traumatolodzy odradzają siadanie za kółkiem przez 5–6 tygodni, bo w trakcie jazdy delikwenta będzie absorbować jedynie to, jak bezboleśnie ułożyć na kierownicy wystające z gipsu paluszki.
Nie wiadomo, czy ksiądz był pod wpływem otumaniających znieczulaczy, bo nie pobrano mu krwi.
– Przecież tego nie żądał – usprawiedliwili się później policjanci.
Ksiądz dyrektor chciał tylko wsparcia duchowego od miejscowego proboszcza. Zadzwonił i sukienkowy natychmiast pojawił się przy kumplu.
Widząc dwie sukienki naraz, policja od razu rozstrzygnęła, co zaszło. Bo przykro uwierzyć w plotkę, że natychmiast po zdarzeniu biskup Stefanek poprosił komendanta policji, żeby zamiótł Marcina pod dywan.
Sprawca – Marcin Narzewski – zapisał w protokole z wypadku sierżant sztabowy Robert Twarowski. – Poszkodowani – seat i Wojciech Zyśk.

Bezradni policjanci

Dzięki przedsiębiorczości funkcjonariuszy łomżyńskiej policji niczego nie wiadomo na pewno.

Nie ustalono danych wszystkich świadków wypadku, spieprzono notatkę urzędową i protokół z oględzin miejsca wypadku, nieprawidłowo przeprowadzono próbę hamowania i zwymiarowania śladów hamowania seata, nie udostępniono ojcu chłopca akt sprawy.

Wprawdzie zbadano trzeźwość kierowcy, ale jedynie za pomocą alkomatu. Na dokładkę nie ma wydruku, który by to dokumentował, bo drukarka urządzenia była niesprawna. Wpisano do protokołu, że dozwolona prędkość wynosiła w tym miejscu 60 km/h, choć w rzeczywistości było to 50 km/h. Zrobiono wszystko, żeby ochronić gapowatego księdza, który jechał za szybko.

Ślepa Temida

Instytut Ekspertyz Sądowych wydaje pismo „Paragrafna drodze”. Nie jest to goniąca za sensacją gazetka dla plebsu. Intencja wydawcy jest taka, aby na konkretnych przykładach uczyć środowisko prawnicze, jak rozstrzygać w trudnych sprawach. Kolegium redakcyjnemu przewodniczy prezes Izby Karnej Sądu Najwyższego. W kolegium same tuzy – profesorowie prawa oraz wybitni praktycy zajmujący się wypadkami drogowymi. O ostatniej drodze Marcina Narzewskiego pisał Wojciech Kotowski, redaktor naczelny. Posłużył się inicjałem nazwiska ofiary i nazwy miejscowości, bo taka jest redakcyjna praktyka. Tytuł artykułu: „Brakwyobraźni przyczyną wypadku”.
Kotowski nie oskarża o brak wyobraźni 11-latka, lecz księdza dyrektora. Owszem, dzieciak jechał po pasach, zamiast prowadzić rower, ale to naruszenie prawa o ruchu drogowym ma wyłącznie charakter formalny, bo jest to powszechna praktyka. Kotowski twierdzi, że kierujący miał obowiązek wykazać szczególną ostrożność już ok. 143 m od przejścia, gdyż stały tam dwa znaki ostrzegawcze, w tym „uwaga dzieci”. Powinien wkomponować możliwość zbliżania się do tego przejścia od strony szkoły rozbawionych dzieci. (…) Nie ulega wątpliwości, że kierujący seatem, należycie obserwując przedpole jazdy, mógł i powinien był dostrzec rowerzystę w odległości umożliwiającej odpowiednio szybką i skuteczną reakcję zapobiegającą wypadkowi. W rzeczywistości naruszył szereg podstawowych powinności. Streszczam: jechał za szybko, nie obserwował drogi, prawa ręka w gipsie usztywniającym nadgarstek ograniczała sprawność.
Nie ulega wątpliwości, że kierowca samochodu świadomie naruszył podstawowe zasady bezpieczeństwa wruchu drogowym – uznało wydawnictwo Instytutu Ekspertyz Sądowych.

Święty klecha

Prokuratura w Łomży nie dopatrzyła się winy księdza dyrektora. Przesłuchano go raz – przed umorzeniem sprawy. Rodzice Marcina gromko zaprotestowali, gdy łomżyńscy śledczy ustalili, że jedynym winnym jest ich dziecko. Sprawę przyjęła inna prokuratura, która sporządziła przeciwko księdzu akt oskarżenia. Może gdyby pochylił się nad nim sąd z innego miasta… Ale sprawiedliwość wymierzono w Łomży.
– Ksiądz jest niewinny – uznawali sędziowie przy kolejnych podejściach.
Niedawno Sąd Najwyższy odrzucił kasację wniesioną przez prokuraturę, bo łomżyński sąd nie popełnił błędów proceduralnych, a tylko takie pozwalają na uchylenie wyroku.
– Miałem nadzieję, że sprawiedliwość dosięgnie chociaż policjantów, którzy spartolili robotę – mówi Romuald Narzewski.

Śledztwo było, ale zostało umorzone.
Przecież ks. Zyśk okazał się niewinny, co wiadomo z prawomocnego wyroku.

Poza tym o przestępstwie niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariuszy publicznych można mówić, jeśli sprawca ma świadomość, że działa na szkodę interesu publicznego bądź prywatnego. Jak ustaliły organy ścigania, jeśli policjant Twarowski i jego dwóch kolegów popełnili jakieś błędy, to takiej świadomości nie mieli.

Pies w żałobie

Narzewscy byliby w stanie wybaczyć.
– Jak sprawa trafiła do sądu, ksiądz Zyśk złożył wniosek o samoukaranie. Błyskawicznie go wycofał, choć zadowolilibyśmy się symboliczną karą. Przyznaniem: tak, jestem współwinny – mówi Narzewski.
– Oczekiwaliśmy, że kapłani wykażą się choć taką wrażliwością jak Dżina – tłumaczy Narzewska.
Dżina to rottweilerka. Niedawno zdechła.
– Jak ktoś powiedział „Marcinek”, przez całe lata przynosiła piłeczkę, którą bawiła się z synem, i strasznie piszczała – opowiada Narzewski. – Apowypadku nasz proboszcz nie przyszedł do nas ze słowami pociechy.
– W imieniu księdza Zyśka zaproponował tylko polubowne załatwienie sprawy i odszkodowanie w zamian za wycofanie oskarżenia – wspominają Narzewscy.
Nie zapytali, na ile Kościół kat. wycenił życie Marcina.

[2011.09.09] NIE.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: