„…a potem ksiądz się wytarł i wyszedł. A ja leżałem zeszmacony i sponiewierany. Miałem 13 lat”

„Wszystko trwało godzinę, może dwie. Ta noc ciągnęła się nieskończoność. Modliłem się o świt” – opowiada swoją historię pan Krzysztof. W wieku 13 lat został wykorzystany seksualnie przez księdza. Ksiądz nadal jest proboszczem.

„To było w 1980 r. Do księdza R. przyjechałem na jego zaproszenie – na jasełka. Obejrzałem, były piękne. Potem poszliśmy do jego mieszkania…” – opowiada w rozmowie z nami pan Krzysztof. Dzisiaj ma ponad czterdzieści lat i – jak opowiada – nadal jest praktykującym katolikiem. Opowiada swoją historię, bo ma dosyć – chce, aby przypadki wykorzystywania seksualnego nieletnich przez księży, zostały wyeliminowanie.

Oto historia pana Krzysztofa:

„Miałem wtedy 13 lat, byłem w siódmej klasie”

Dlaczego z nim poszedłem? Księdza R. znałem od dawna. Był wikarym w naszej parafii, ja – ministrantem. Potem go przenieśli, ale na starej parafii ludzie go lubili, pamiętali.

Kiedyś ks. R. przez mamę jednego z moich kolegów zaprosił nas, kilku ministrantów ze starej parafii, do siebie, nad jeziorko. Pojechaliśmy. Ks. Stanisław był tam z trójką młodocianych mniej więcej w naszym wieku. Przedstawił nam ich jako swoich siostrzeńców, którzy przyjechali do niego na wakacje. Ks. miał ze sobą kamerę i od czasu do czasu coś nagrywał.

Mnie do domu odwiózł jako ostatniego. Potem kontakt się utrzymał, ksiądz odwiedzał moich rodziców. „Lubiany przez wszystkich ksiądz przyjeżdża akurat do nas” – to wyróżniało człowieka.

Raz, przed Bożym Narodzeniem, R. powiedział, że u niego są organizowane jasełka. Może bym przyjechał?

* * *

O tej porze nie było już autobusu powrotnego, więc miałem nocować u księdza. Moi rodzice o tym wiedzieli. Usiedliśmy w jego pokoju z telewizorem. Chwilę rozmawialiśmy, potem poczęstował mnie jakimś napojem, czymś z alkoholem. Powiedział, że nie mam się czego bać; że napój jest nieszkodliwy, że nie ma w tym nic złego. Spróbowałem.

Po krótkim czasie zupełnie mnie zamroczyło. Kiedy ksiądz to zobaczył, zabrał mnie do łazienki, rozebrał i wykąpał.

Przygotował.

Potem zaprowadził mnie do łóżka, a sam wyszedł do innego pokoju. Myślałem, że to koniec, ale on wrócił. Rozebrany. Zaczął mnie dotykać i całować w intymne miejsca. Masturbował mnie. Nie chciał, żebym ja masturbował jego. Sam to robił.

Ta noc ciągnęła się nieskończoność. Nie wiem, dlaczego się nie broniłem. Bałem się, byłem sztywny ze strachu. Nawet gdybym uciekł, nie miałem dokąd pójść. Do tego ten alkohol… Wszystko trwało godzinę, może dwie. Był moment, kiedy przerwał i myślałem, że jest po wszystkim. Ale on znów zaczął mnie masturbować, i jeszcze raz. Kiedy skończył, wstał z łóżka, wytarł się ręcznikiem i po prostu wyszedł.

Przeleżałem całą noc prawie nie śpiąc. Leżałem tam zeszmacony i sponiewierany. Modliłem się o świt. On rano wstał, jak gdyby nigdy nic i jeszcze mi wręczył szalik, jako prezent bożonarodzeniowy. Wyszedłem na autobus, długo przed przyjazdem. Stałem na mrozie, ale wszystko było lepsze niż choćby minuta dłużej w mieszkaniu tego księdza. Chciałem zapomnieć to uczucie – jakbym miał zabraną całą godność, jakbym był na dnie – ale się nie dało. Kiedy szedłem ulicą, wydawało mi się, że każdy o tym wie, że mam to wypisane na czole.

* * *

Rodzicom nic nie powiedziałem, wstydziłem się. Powiedziałem za to siostrze mojego kolegi. Była starsza ode mnie. To, że z siebie coś wydobyłem i komuś powiedziałem, dało mi ulgę. Powiedziałem jeszcze księdzu A., proboszczowi naszej parafii. Zrobiłem to celowo, bo dochodziły do mnie słuchy, że ksiądz A. dobiera się do chłopaków. Powiedziałem mu dosłownie, że jeżeli jeszcze raz by mi się to przytrafiło, obojętnie kto by to był, czy to jakiś polityk, czy ksiądz czy nawet papież, to bym od razu dał w pysk. Nie pamiętam dokładnie, co odpowiedział, ale wypytywał o szczegóły.

Potem jeszcze raz mnie o to zagadał, żebym mu opowiedział dokładnie, bo doszły go słuchy, że ks. R. startuje na biskupa. A. nie chciał do tego dopuścić, chciał w tym celu wykorzystać moją historię. Ale nie wiem, czy poszedł z tym do kurii, czy gdziekolwiek indziej.

Kilka lat później powiedziałem o tym jeszcze w zaufaniu innemu księdzu. I tyle. Byłem przekonany, że to nie może ujrzeć światła dziennego. Uważałem, że jak się ludzie dowiedzą, to będzie gratka dla komunistów, że będzie nagonka przeciwko Kościołowi. Bałem się, że Kościół ucierpi, że ludzie odejdą od wiary. Byłem i jestem katolikiem. Dalej chodziłem do kościoła, lubiłem to i bez tego nie wyobrażałem sobie życia. Rozgraniczałem więc te sprawy. Ksiądz R. mnie skrzywdził, ale to był człowiek, który w kościele pracuje. Wiara była u mnie nienaruszona.

* * *

Nie zacząłbym o tym mówić głośno, gdyby nie mój kolega z dzieciństwa. Zadzwonił do mnie po latach i opowiedział swoją historię z innym księdzem, podobną do mojej. Zacząłem się zastanawiać, czy ks. R. nadal tego nie robi – dzisiaj jest aktywnym proboszczem.

Zdaje mi się, że księża to robili, bo wiedzieli, że dzieci będą się bały i nikomu nie powiedzą. I mieli rację. Chciałbym położyć temu kres: żeby dzieci nie wstydziły się powiedzieć rodzicom, żeby rodzice się nie bali; żeby nikomu nigdy więcej nic takiego nie przydarzyło. Wiadomo, że takie osoby nie znikną, bo to się może zdarzyć w każdym środowisku. Chodzi o to, żeby się o tym mówiło, dlatego to opowiadam.

Nie dziwię się tym, którzy chcą walczyć o odszkodowania w takich sprawach. Kościół ma pieniądze. Nie zabolałoby go, gdyby dał trochę dla ofiar. Ale pieniądze krzywdy nie naprawią. Według prawa, moja sprawa jest przedawniona, ale to jest coś więcej niż fizyczna krzywda – to zbrodnia na duchu. I to się nie przedawnia. Totalne znieważenie, zbrukanie dziecka, złamanie zaufania, wykorzystanie swojej pozycji. Dla mnie – świat się zawalił.

* * *

Od tamtego czasu już zawsze miałem oczy otwarte. Mam jedenastoletniego syna, jest ministrantem. Mówię mu otwarcie: słuchaj, gdyby ktoś cię dotykał, to nie pozwól na to, od razu uciekaj, a potem rozmawiaj z nami.

Jestem oburzony arogancją Kościoła w Polsce – w Niemczech to już jest sprawa przepracowana. Tam ksiądz nie stoi ponad prawem, tak jak w Polsce. Polscy biskupi umywają ręce, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Kościół jest w Polsce autorytetem, ale nie wiem, jak długo jeszcze. I mówię to jako praktykujący katolik.

List pana Krzysztofa

Ksiądz R. jeszcze dwukrotnie przyjeżdżał do domu pana Krzysztofa. Namawiał go na wspólne wakacje w rodzinnych stronach R. Kiedy 13-letni Krzysztof się nie zgodził, kontakt się urwał. Ksiądz R. obecnie jest proboszczem w diecezji zielonogórsko-gorzowskiej. Z kolei o wspomnianym w tekście księdzu A. już pisaliśmy. Razem z R. pracowali razem w jednej parafii.

Po latach pan Krzysztof, obecnie 46-letni, wysłał list w swojej sprawie do biskupa diecezji zielonogórsko-gorzowskiej ks. Stefana Regmunta, w którym prosi o „zweryfikowanie i jednoznaczne ustosunkowanie się do sprawy”. Pisze także: „Ten list jest po prostu świadectwem gorzkiej Prawdy i ma na celu wymazanie lub zminimalizowanie tego rodzaju przestępstw w szeregach Kościoła katolickiego i nie tylko. Dopóki sprawcom będzie uchodzić to bezkarnie, będą dalej działać i niszczyć w dziecku to, co najcenniejsze – Miłość, Wiarę i Cnotę”.

Kiedy reporter TOK FM Sebastian Wierciak pojechał do parafii, w której proboszczem jest ks. R., udało mu się z nim porozmawiać jedynie przez domofon. Na samo imię pana Krzysztofa (bez podania zarzutu) zareagował mówiąc: „to nie prawda, to pomówienia” i rozłączył się.

Pan Krzysztof i pan Dariusz będą dziś (czyli 21.03.2014) gośćmi Agaty Kowalskiej w programie „Post Factum” o godzinie 18

[2014.03.21] TokFM.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: