FiM – Gorączka na Chłodnej

IPN pochwalił się, że schwytał zbrodniarza zaangażowanego w „eliminację ks. Popiełuszki”. Okazuje się, że nie ma takiej granicy śmieszności, której śledczy z instytutu nie byliby w stanie przekroczyć.

Włączając się w obchody rocznicy śmierci ks. Jerzego Popiełuszki Instytut Pamięci Narodowej wydał 19 października okolicznościowy komunikat o przedstawieniu zarzutów „jednemu z funkcjonariuszy SB w Warszawie, który realizował działania wobec ks. Popiełuszki mające na celu jego eliminację jako duszpasterza środowisk związanych z opozycją demokratyczną, które polegały m.in. na prowadzeniu postępowania karnego o czyny faktycznie nie wypełniające znamion przestępstwa”. Specjaliści z instytutu zapewnili ponadto opinię publiczną, że sprawca popełnił „zbrodnię komunistyczną w formie stosowania represji oraz naruszania podstawowych praw człowieka jakimi są – prawo do uczciwego procesu, a w szczególności prawo do obrony w postępowaniu karnym oraz prawo do wolności słowa i wyznania”.

Ta informacja trafiła na czołówki wszystkich mediów. Choć dziennikarze błagali o szczegóły, IPN nikomu nie ujawnił inicjałów „zbrodniarza” ani jakichkolwiek danych pozwalających choćby z grubsza zorientować się, o co chodzi. „Śledztwo ma charakter rozwojowy i w związku z tym można prognozować, iż zebrany w sprawie materiał dowodowy pozwoli na ogłoszenie zarzutów kolejnym osobom” – wzbraniał się prokurator Bogusław T. Czerwiński, naczelnik pionu śledczego IPN w Warszawie.

Skoro tak, to pokażmy wszystko czarno na białym…

Rzecz dotyczy wydarzeń z 1983 roku. Artykuł 194 obowiązującego wówczas kodeksu karnego powiadał, że „kto przy wykonywaniu obrzędów lub innych funkcji religijnych nadużywa wolności sumienia i wyznania na szkodę interesów Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”, ten kwalifikuje się co najmniej do roku odsiadki. Przepis był de facto martwy, bowiem od wielu lat nie zastosowano go wobec jakiegokolwiek duchownego. Ale istniał.

Nikogo chyba nie trzeba dzisiaj przekonywać, że ks. Popiełuszko działał na szkodę PRL „wspierając słowem i czynem walkę o Polskę niepodległą i sprawiedliwą” – jak to określił niedawno pan prezydent Lech Kaczyński, nadając duchownemu pośmiertnie „w uznaniu znamienitych zasług” Order Orła Białego.

W rzeczonym roku 1983, po wielokrotnych bezskutecznych ostrzeżeniach oraz interwencjach u przełożonych księdza Popiełuszki, władze postanowiły wzmocnić nacisk na Episkopat i wszcząć śledztwo w sprawie „nadużywania” ambony.

Oto chronologia późniejszych wydarzeń:

# 21 września por. Mieczysław Ch. z Wydziału Śledczego Stołecznego Urzędu Spraw Wewnętrznych (jednostka reprezentująca SB „na zewnątrz” w relacjach z prokuraturą i zajmująca się postępowaniami przygotowawczymi wszczynanymi na podstawie materiałów operacyjnych), wykonując polecenie przełożonego, sporządził analizę dostarczonych mu przez kolegów z Wydziału IV („kościelnego”) dowodów w postaci kaset magnetofonowych i stenogramów publicznych wystąpień ks. Popiełuszki. W konkluzji por. Ch. napisał, że według jego oceny duchowny „nadużywa praktyk religijnych do wystąpień antypaństwowych, a jego wypowiedzi wyczerpują znamiona przestępstwa z art. 194 kk.”. Notatkę oddał swojemu naczelnikowi ppłk. Adamowi A., zaś ten – po zaakceptowaniu wniosków podwładnego – przekazał całość dokumentacji Prokuraturze Wojewódzkiej w Warszawie;
# 22 września prok. Anna Jackowska zapoznała się z aktami, a następnie wydała postanowienie o wszczęciu śledztwa (sygn. S-51/83) w sprawie „nadużywania przez obywatela Popiełuszkę wolności sumienia i wyznania na szkodę PRL”.
– Wysłaliśmy kilka wezwań na przesłuchanie, lecz po prostu ich nie odbierał. Później próbowaliśmy doręczyć mu kwit bezpośrednio do rąk, ale w kancelarii parafialnej św. Stanisława Kostki proboszcz Teofil Bogucki oznajmił pracownikowi prokuratury, że może mu naskoczyć i nie przyjmie żadnego wezwania, na którym nie będzie pieczęci kurii metropolitalnej, bowiem tylko jej Popiełuszko podlega. Wyraźnie i specjalnie się z tym nie kryjąc, robili sobie z władzy jaja – wspomina emerytowany prok. K.
# Dopiero 10 grudnia zdesperowanym urzędnikom udało się osiągnąć cel. Po złożeniu przez szefa Urzędu ds. Wyznań ministra Adama Łopatkę solennego przyrzeczenia Sekretarzowi Episkopatu abp. Bronisławowi Dąbrowskiemu, że ks. Popiełuszko po przesłuchaniu zostanie natychmiast zwolniony do domu, arcybiskup zgodził się pośredniczyć w przekazaniu wikaremu wezwania i jeszcze tego samego dnia skutecznie doręczono je zainteresowanemu za pośrednictwem kanclerza kurii ks. Zdzisława Króla;
# 12 grudnia o godz. 9 ks. Popiełuszko w asyście adwokatów Edwarda Wendego i Tadeusza de Virion oraz specjalnie zwołanej na tę okazję widowni składającej się z aktywu parafialnego wkroczył do budynku prokuratury. Po odczytaniu mu zarzutów, że „w wygłaszanych kazaniach permanentnie zawierał treści polityczne zniesławiające władze państwowe”, prok. Jackowska przystąpiła do rutynowego przesłuchania, a podejrzany (konsultując się co chwilę z prawnikami) rutynowo korzystał z prawa do odmowy udzielenia odpowiedzi na zadawane mu pytania. Krótko mówiąc: elegancja-Francja. Czynności zakończono o godz. 10.40 i gdy wszystko już wskazywało na to, że lada moment ziści się obietnica dana abp. Dąbrowskiemu, prok. Jackowska zarządziła rutynowe przeszukanie garsoniery ks. Popiełuszki przy ul. Chłodnej 15.
– To miała być czysta formalność. MSW obawiało się, że przeszukanie na plebanii może sprowokować jakieś incydenty, więc nalegało na prywatne mieszkanie. Ponieważ ksiądz ukrywał je przed przełożonymi, chciano ujawnić fakt istnienia garsoniery, żeby rozgrywać później tę historię propagandowo – wyjaśnia prok. K.
# „Po poinformowaniu podejrzanego, że w jego mieszkaniu przy ul. Chłodnej zostanie przeprowadzone przeszukanie, adw. de Virion oświadczył, że z uwagi na inne pilne czynności nie weźmie w tym udziału. Ponieważ okazało się, że podejrzany nie ma przy sobie kluczy do mieszkania i znajdują się one w budynku plebanii przy ul. Hozjusza, J. Popiełuszko zaproponował, iż pójdzie po nie kierowca (Waldemar Chrostowski – dop. red.). Podejrzany napisał na kartce polecenie wydania kluczy i po upływie kilkunastu minut kierowca je doręczył. Wówczas adw. Wende oświadczył, że jednak nie będzie uczestniczył przy przeszukaniu, bowiem ma inne czynności służbowe”– czytamy w notatce z 12 grudnia 1983 r. sporządzonej przez prok. Jackowską;
# Gdy ok. godz. 14 ks. Popiełuszko w towarzystwie przybranego na świadka Chrostowskiego, prokuratorki, por. Ch. (pełnił rolę protokolanta) i trzech innych oficerów SB otwierał drzwi swojego mieszkania, jego oczom ukazał się widok zapamiętany z ostatniej wizyty na Chłodnej. „Na rewizję jechałem spokojny, bo nie miałem tam nawet ulotki sprzed stanu wojennego” – wspomina duchowny w swoich zapiskach. Tymczasem po kilkunastu minutach okazało się, że w zakamarkach mieszkania poukrywano tysiące ulotek, komponenty do ich produkcji, a nawet amunicję i granaty łzawiące…
– Nikt się nie spodziewał takiego znaleziska i zostaliśmy postawieni pod ścianą. Zwłaszcza przez tę cholerną amunicję, która absolutnie uniemożliwiała zaplanowane wcześniej wypuszczenie podejrzanego. No bo jak by to wyglądało? Że księdzu wszystko wolno? On oczywiście wypierał się tej amunicji, ale przecież każdy tak mówi. Chcąc nie chcąc, musieliśmy go zamknąć. Wyszedł z aresztu już nazajutrz, po wizycie abp. Dąbrowskiego u ministra Kiszczaka i solennym zapewnieniu, że kard. Józef Glemp przykróci Popiełuszce smycz. Dopiero po latach wyszło na jaw, że my i ludzie z Wydziału Śledczego zostaliśmy wpuszczeni w kanał, bo te fanty znalezione w mieszkaniu podłożyła wcześniej w tajemnicy przed wszystkimi jakaś specgrupa z bezpieki – zżyma się prok. K.

„Wezwał mnie bp Romaniuk (ówczesny rektor warszawskiego seminarium duchownego – dop. red.). Pojechałem do Seminarium i tam spotkałem przy furcie ks. Prymasa. Weszliśmy do pokoiku. To, co tu usłyszałem, przeszło moje najgorsze przeczucia. Zarzuty mi postawione zwaliły mnie z nóg. SB na przesłuchaniu szanowało mnie bardziej”– odnotował ks. Popiełuszko w pamiętniku.

„Prymas sformułował życzenie, aby ks. Popiełuszko »poprosił o zmianę pracy, bowiem w środowisku robotniczym szuka jedynie własnej popularności«, oraz zażądał złożenia na piśmie szczegółowego sprawozdania z jego działalności duszpasterskiej”– czytamy w zbiorczej analizie opracowanej na podstawie podsłuchów w kurii i mieszkaniu księdza na plebanii.

A co działo się na Chłodnej, zanim władze państwowe zdołały uprosić hierarchów, żeby ks. Popiełuszko zechciał stawić się na przesłuchanie?
– Oceny prawne homilii dawały wprawdzie podstawy do prokuratorskich zarzutów, jednak w „firmie” przeważał pogląd, że oskarżenie wyłącznie polityczne zrobi księdzu dodatkową reklamę. Dlatego też już wiosną 1983 r. specjalna grupa z Departamentu IV dostała rozkaz „zorganizowania” mocniejszych dowodów i przygotowania operacji tajnego wejścia na Chłodną, żeby je tam podrzucić. No cóż, w końcu Al Caponeteż poszedł do pierdla za podatki, a nie za działalność mafijną – ironizuje były doradca gen. Kiszczaka.
– W dużych bólach związanych z trudnym usytuowaniem obiektu, ale w końcu się udało. Mieliśmy klucze, bazę w jednym z sąsiednich mieszkań i tylko czekaliśmy na sygnał. Nasz udział w sprawie ograniczał się do pilnowania terminu pierwszego przesłuchania Popiełuszki w prokuraturze. Możliwie najpóźniej odwiedzić jeszcze raz Chłodną, umyć ręce i przyglądać się ciągowi dalszemu. Gdy Jackowska wysyłała pierwsze wezwanie, my dwa dni później zrobiliśmy swoje. Wkrótce zmroziła nas wiadomość, że podejrzany nie zaszczyci prokuratury swoją obecnością, bo nie odebrał wezwania. Z podsłuchu na plebanii wynikało, że Popiełuszko zamierza stosować tę metodę przez dłuższy czas. Schować się, aby uniemożliwić doręczenie. Na dziedzińcu kościoła wartę objęła bojówka kółka różańcowego wraz z kilkoma mężczyznami z Huty Warszawa. Zagotowało nam się w tyłkach aż miło. Na Chłodnej magazyn literatury oraz amunicji i tylko patrzeć, jak ktoś tam zajrzy, a władza jest kompletnie oszołomiona, że obywatel tak bardzo lekceważy sobie prokuraturę. Ba, szukano nawet winnych w szeregach, gdy posłaniec przedzierający się przez zaporę śpiewających niewiast z kolejnym wezwaniem na przesłuchanie nie dotarł do kancelarii parafialnej, bo wartownicy zaproponowali mu, żeby „spierdalał, jeśli chce wyjść stąd o własnych siłach”. Bez żadnego kłopotu moglibyśmy doprowadzić Popiełuszkę na przesłuchanie w ciągu godziny, ale nie było decyzji politycznej, więc dzień i noc pilnowaliśmy mieszkania na Chłodnej, przygotowani do natychmiastowej ewakuacji naszego „dobytku”, gdyby gospodarz pojawił się w okolicy. Resztę już znacie – ucina dalsze pytania jeden z uczestników operacji.

Pora wreszcie wyjaśnić, kogo wini za to wszystko IPN:
– Zarzuty, o których było ostatnio tak głośno, postawiono panu M.Ch., byłemu funkcjonariuszowi Wydziału Śledczego. To on na zlecenie prokuratury kilkakrotnie przesłuchiwał księdza po 12 grudnia 1983 r. i pozostawił w aktach ślady. W Instytucie gorączkowo poszukiwano jakiegoś sukcesu na rocznicę i padło na M.Ch., choć mało kto wierzy, żeby wiedział o toczonej za kulisami grze, w którą go wplątano – twierdzi nasz informator z IPN-u.

[2009] FaktyiMity.pl Nr 44(504)/2009

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: