FiM – Mistrz ceremonii

Polacy coraz częściej w miejsce religijnych obrzędów wybierają humanistyczne celebracje ważnych wydarzeń życiowych. O tym m.in. rozmawiamy z mistrzem świeckich ceremonii pogrzebowych, a jednocześnie dziennikarzem „FiM” – Mirosławem Nadratowskim (o. P.).

– Kim jest, czym się zajmuje i komu jest potrzebny mistrz ceremonii pogrzebowej?
– To człowiek prowadzący pochówki ludzi, którzy nie życzą sobie religijnych akcentów w swoim życiu i po nim. Dawniej ktoś taki był obecny w Urzędzie Stanu Cywilnego, dziś mistrz współpracuje najczęściej z zakładami pogrzebowymi. Potrzebny jest tym, którzy nie chcą słuchać na pogrzebach bliskich osób pieśni „Anielski orszak niech twą duszę przyjmie” i opowieści o Piotrze przed i Cherubinach za bramą raju.
– Pogrzeb bez kapłana, poza kościołem, bez całego przepychu katolickiej liturgii to chyba mało atrakcyjna perspektywa dla pogrążonej w żałobie rodziny zmarłego?
– Świecka ceremonia bije na głowę religijne obrzędy. Mistrz ceremonii skupia się bowiem na osobie zmarłego. Punktem kulminacyjnym pożegnania jest życiorys, który powstaje po rozmowie z rodziną. Można więc powiedzieć, że mistrzowie wiedzą, o czym mówią. W przeciwieństwie do księży, którzy opowiadają wyczytane w podręcznikach regułki o życiu wiecznym, którego przecież sami nie mogli doświadczyć. Kapłani najczęściej odczytują wielokrotnie te same homilie, co sam odkryłem, gdy spostrzegłem na pulpicie w jednej z kaplic pogrzebowych pożółkłą ze starości kartkę z kazaniem, którą ksiądz z pośpiechu zapomniał schować do kieszeni.
– Więc jesteś konkurencją dla Kościoła?
– Raczej odwrotnie. Ja nie prowadzę pogrzebów katolików, natomiast księża z chęcią odprawiają msze za ateistów. Miałem taki przypadek w jednej miejscowości diecezji płockiej. Przygotowywałem się już do ceremonii pogrzebowej, bo proboszcz stwierdził, że nieboszczyk, który kolędy nie przyjmował, nie jest godzien, by go pochować po katolicku. Jednak po wizycie rodziny w kancelarii parafialnej nagle okazało się, że zmarły stał się godny.
– Pewnie rodzina uregulowała zaległe ofiary kolędowe. Czyli o formie pogrzebu częściej decyduje rodzina niż zainteresowany.
– Najczęściej bliscy respektują wolę zmarłej osoby, choć kiedyś podszedł do mnie facet, mówiąc, że chciałby w przyszłości mieć pogrzeb świecki, ale jego żona na pewno się na to nie zgodzi.
– Wróćmy do samej ceremonii. Większość ludzi była na katolickim pogrzebie, ale świeckie pożegnanie jest dla nich chińszczyzną. Jak wygląda taka uroczystość?
– Świecki pogrzeb w zasadzie jest niepowtarzalny. Rodzina ma duży wpływ na przebieg akcji, np. na muzykę, jaka ma być grana w kaplicy czy przy grobie. Podstawowy schemat ceremonii w moim wykonaniu to przywitanie żałobników, wstęp, który może być nostalgiczną albo filozoficzną refleksją, tradycyjna minuta ciszy, życiorys zmarłego i rozważanie o przemijaniu. Jest też miejsce na symbolikę światła – symbol obecności osoby, która odeszła. Całość jest wzbogacona muzyką, np. „Marszem żałobnym” Chopina i innymi stosownymi utworami organowymi wykonywanymi przez moją żonę, która jest właścicielką firmy. Inne instrumenty to już tak zwana oferta dodatkowa.
– A ten piękny strój, który masz na sobie?
– Mistrz ceremonii zazwyczaj jest ubrany w czarną togę, choć zdarza się, że ludzie proszą, by przewodniczyć pogrzebowi w garniturze, aby nie było żadnych wątpliwości, że to nie ksiądz chowa zmarłego.
– Jakie warunki trzeba spełniać, żeby zostać mistrzem świeckich ceremonii?
– W Polsce jest luka prawna i nie ma certyfikatów zezwalających na wykonywanie tego zawodu. Mogę powiedzieć, jakie ja spełniam warunki. Kilkanaście tysięcy wygłoszonych przemówień, referatów i konferencji z czasów, gdy byłem zakonnikiem; kilka prac z zakresu historii (przedrukowanych m.in. przez „Studia Claromontana” oraz miesięcznik „Jasna Góra”) i grubo ponad sto publikacji w „Faktach i Mitach”, współorganizacja czterech pielgrzymek papieskich na Jasną Górę i dekada pracy na stanowisku nauczyciela.
– Organizacja pielgrzymek papieskich nie ma chyba zbyt wiele wspólnego ze świeckimi ceremoniami.
– Niezupełnie. Przecież liturgia katolicka z okadzeniami, pokłonami i klękaniem została zerżnięta z ceremoniału cesarskiego dworu w Rzymie. A na Jasnej Górze poza ołtarzem dokonywała się świecka ceremonia na najwyższym poziomie, choćby w czasie wizyt koronowanych głów.
– A więc skłamałeś, że nie jesteś konkurencją dla księży.
– Jeśli chodzi o jakość usług, to rzeczywiście księża wypadają przy mnie cienko. Pamiętam jeden prowadzony przeze mnie pogrzeb w lipcu br. Po uroczystości podszedł do mnie pewien mężczyzna i wzruszonym głosem zakomunikował, że gdyby nie był emerytem, to zapłaciłby mi 1000 zł, czyli cztery razy więcej, niż wynosi cena moich usług. Myślę, że żaden ksiądz w Polsce nie usłyszał takiego komplementu i nikt nie chciałby klerowi płacić 4tys. zł (cztery razy więcej niż średnio biorą) za pogrzeb.
– Z tradycją ani wiarą i tak nie wygrasz.
– A co katolickie pogrzeby mają wspólnego z wiarą w życie wieczne? Dogmat eschatologiczny papieża Benedykta XII powiada, że od razu po śmierci (mox post mortem) sytuacja człowieka jest wyjaśniona. Inaczej mówiąc, zaraz po zgonie idzie do nieba, piekła albo czyśćca. Zatem co dają modły dwa albo trzy dni po śmierci? Poza tysiakiem dla proboszcza oczywiście…
– Ilu jest w Polsce mistrzów świeckich ceremonii pogrzebowych?
– Trudno podać precyzyjnie liczbę, bo ciężko stwierdzić, czy każdy, kto prowadzi ceremonię, jest albo chce być mistrzem. Zdarza się przecież, że pogrzebom świeckim przewodniczą pracownicy niektórych zakładów pogrzebowych czy rodziny zmarłych. Niedawno prowadziłem pogrzeb pani, która wcześniej „kierowała” ceremonią pogrzebową swojego taty. Z informacji, które można znaleźć w internecie, wynika, że mamy w Polsce ok.20 mistrzów. Niestety, większość właścicieli domów pogrzebowych jest z konieczności biznesowej powiązana z księżmi, bo jednak przeważającą liczbę pogrzebów stanowią pochówki katolickie.
– Właściciele nie szanują niewierzących klientów?
– Oficjalnie zawsze są grzeczni, ale np. jest zakład pogrzebowy w okolicach Warszawy, w którym cały pogrzeb świecki odbywa się przy grobie, bo właściciel zauważył grymas dezaprobaty na twarzy proboszcza, gdy zapytał go, czy zwłoki ateisty może wprowadzić do kaplicy. Szef kolejnego, już w samej stolicy, powiedział, że nie może ze mną współpracować, bo…
– Ma innego mistrza ceremonii.
– Skąd! Wpisał moje nazwisko do wyszukiwarki Google, a informacje, które pojawiły się w internecie, skłoniły go do wykonania telefonu do księży po… referencje.
– A ci nie wykazali się chrześcijańskim miłosierdziem i nie wystawili Ci przyzwoitego świadectwa pracy?
– Po wspomnieniach, które opublikowałem w lutym 2008 r. na łamach „FiM”, klasztor we Włodawie ktoś obrzucił jajami. Było też wśród ludzi Kościoła kilka zapaści zdrowotnych, a niektórzy stracili urzędy, więc się zemścili.
– Dziękuję za rozmowę. Myślę, że mi wybaczysz, jak złożę naszym Czytelnikom życzenia, by mieli z Tobą jak najrzadszy kontakt zawodowy.
– Lecz gdyby jednak… mój telefon to: 721 269 207.

[2009] FaktyiMity.pl Nr 44(504)/2009

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: