FiM – Ostatnia podróż

Pogrzeb. W Polsce – zwyczajowo katolicki. I zwyczajowo sowicie odpłatny. Co w zamian oferują tak zwani duszpasterze?

Prałat Bogdan Lipiec – od ponad 20 lat proboszcz parafii Najświętszej Marii Panny Królowej Polski w Starachowicach, kanonik honorowy kapituł kolegiackich w Końskich i Opatowie, kapelan świętokrzyskich partyzantów, od niedawna honorowy obywatel gminy Waśniów. Prywatnie – rodzony brat posła Krzysztofa Lipca (PiS) z Kielecczyzny, prawej ręki Przemysława Gosiewskiego. Człowiek niezwykle operatywny i bezpośredni w ściąganiu zaległości od swoich parafian. Ci ostatni do dziś wspominają pewną kolędę, podczas której każdemu wręczał kartkę z wyliczanką: „Zmuszony jestem zwrócić się z prośbą o pomoc finansową na pokrycie naszych zobowiązań wobec Państwa (sic!), Kurii Diecezjalnej, Seminarium Duchownego, Misji, Pomocy dla Kościołów Wschodu oraz opłaty za energię elektryczną i ubezpieczenia” – apelował żebrak Lipiec do owieczek. A przy okazji wyjaśniał swoją desperację: „Stało się tak dlatego, że część parafian w ogóle nie chodzi do kościoła, a inni w niedzielę idą do innych kościołów i tam składają ofiary. Prosimy więc o powrót do naszej świątyni. Zwiększając składane u nas na tacę ofiary, wyrównamy to, co zalegamy” – pisał sutannowy windykator, zamieszczając pod apelem numer konta, na które wierni mają przelewać zadłużenie.

Wśród tych, którzy parafię Lipca – choć do niej należą – omijają szerokim łukiem, jest pani Anna. Niezbyt zamożna emerytka. Przed obliczem swego proboszcza stanęła tuż po śmierci męża. Przyszła – o zgrozo! – nie po to, aby zlecić prałatowi pochówek, ale z prośbą o zaświadczenie, a właściwie zgodę na to, by pogrzeb poprowadził ksiądz z innej parafii. Takiej, z którą obydwoje z mężem byli zżyci. Wizytę traktowała jak formalność. Ksiądz Bogdan – wprost przeciwnie. Zawyrokował, że zgodę owszem wyda, ale to będzie kosztowało. Tysiąc złotych! Pani Anna emerytury dostaje niewiele ponad 800. Błagała więc dobrodzieja, aby się ulitował, bo przecież musi jeszcze opłacić rzeczywisty pogrzeb. Ale kapłan był nieugięty. Światło, misje, kuria, seminarium… – swoje zobowiązania wyliczał załamanej kobiecie tak długo, aż zabrakło mu palców u rąk.
– Przypuszczałam, że będę musiała zapłacić, ale nie spodziewałam się, że aż tyle. Pożyczyłam te pieniądze i dałam księdzu, bo nie miałam wyjścia. Dzień po utracie najbliższej osoby to nie jest dobry czas na przepychanki z kimkolwiek, a tym bardziej z proboszczem, który w dodatku nazwał mojego męża bezbożnikiem niezasługującym na katolicki pogrzeb – wspomina wdowa.

Usatysfakcjonowany prałat, zapewne wciąż żyjący wspomnieniami hucznie uczczonego 50-lecia kapłaństwa, na wydartej z zeszytu kartce w kratkę wysmarował zezwolenie. Napisał w nim także, że pani Anna… „złożyła na organistę, kościelnego i księdza kwotę jeden tysiąc złotych”.

W sąsiedniej parafii, gdzie faktycznie odbył się pogrzeb z księdzem, organistą i kościelnym, zapłaciła 920 zł.

A jak jest w innych rejonach Polski parafialnej?
# Siedlisko, miejscowość w Lubuskiem. Leszek miał 47 lat. Zmarł nagle, po tym jak użądlił go szerszeń. Dla jego rodziny był to jednak dopiero początek koszmarnych wydarzeń. Bo w dniu pogrzebu okazało się, że proboszcz postanowił dać ludowi niewiernemu nauczkę. Kodeks prawa kanonicznego mówi, że nawet jeśli dany człowiek nie uczestniczył regularnie w kościelnych sakramentach, to i tak nie jest to wystarczający powód, aby odmówić mu pochówku. Kapłan może za to dać upust swojemu z tego tytułu niezadowoleniu poprzez – jak wyjaśnia ks. dr Dariusz Walencik – na przykład mniej okazałą ceremonię pogrzebową (o skromniejszej z tego tytułu opłacie za pogrzeb już nie wspomina). No, ale ceremonia, jaką zafundował zmarłemu i jego rodzinie proboszcz Zbigniew Wokotrub, była nie tyle skromna, co wstrząsająca. Otóż pleban, po tym jak zainkasował pieniądze za ostatnią posługę, nie wyraził zgody na wniesienie do kościoła trumny z ciałem zmarłego. Dlatego, że – jak tłumaczył – za życia w kościele regularnie nie bywał, no i (skoro zmarł nagle) nie otrzymał ostatniego namaszczenia. We mszy odprawianej za swoją duszę pan Leszek więc nie uczestniczył. Trumna z ciałem stała obok kaplicy. Przy niej – rodzina i najbliżsi znajomi.
# Pogrzeb lubianego i szanowanego Jana Stachurskiego odbył się bez podobnych jak w Siedlisku incydentów. Ceremonię, na którą przybyło niemal 500 osób, prowadził proboszcz Apolinary Dereń z parafii w Kotli. Problem pojawił się wówczas, gdy wdowa po Stachurskim zaczęła się dopytywać o termin mszy gregoriańskiej za duszę zmarłego, na którą to mszę hojnie rzucali na tacę uczestnicy pogrzebu. Wtedy okazało się, że pieniędzy… nie ma, bo zabrała je gosposia i wpłaciła na konto. Zagadywany o sytuację ks. Dereń oznajmił, że wszystko jest po bożemu, a wdowa i reszta towarzystwa to po prostu kanalie;
# W Rychnowach pogrążona w żałobie rodzina Ryszarda Jelonka oniemiała, a w końcu wyszła z kościoła po tym, jak proboszcz rozpoczął mowę pogrzebową. Dowiedzieli się wówczas, że zmarły był ubekiem i prześladowcą Kościoła. Na tym nie koniec, bo posądził mężczyznę o podpalenie księżowskiego samochodu i włamanie do kościoła. Dlaczego wobec tego zdecydował się na katolicki pochówek odstępcy? Bo – jak stwierdził – każdy ochrzczony, nawet Adolf Hitler, ma do tego prawo;
# Według kanonu 1184, na katolicki pogrzeb nie mogą liczyć notoryczni apostaci, heretycy i schizmatycy; osoby, które wybrały spalenie swojego ciała z motywów przeciwnych wierze chrześcijańskiej; inni jawni grzesznicy, którym nie można przyznać pogrzebu bez publicznego zgorszenia wiernych.

Paweł, 47-letni syn Marii i Stanisława z Radomic, był – jak twierdzą mieszkańcy – porządnym człowiekiem. A największym jego grzechem był co najwyżej fakt, że miał kłopoty z alkoholem. I choć starał się walczyć z nałogiem, w końcu przegrał. Inne zdanie na ten temat miał proboszcz. Biednym rodzicom mężczyzny miejsce na cmentarzu co prawda sprzedał, ale oświadczył, że mszy nie odprawi i trumny nie wyprowadzi, bo Paweł nie chodził do kościoła. Dlaczego ten sam ksiądz nie miał oporów, żeby oddać ostatnią posługę na przykład samobójcom, mieszkańcy wsi mogą się tylko domyślać…

###

Zapisy obowiązującego prawa cmentarnego mówią jasno, że ciała zmarłych należy grzebać na cmentarzach. Coraz częściej owe wytyczne są przez rodaków ignorowane, zaś urny z prochami ich bliskich zamiast w kolumbariach, lądują na przykład na domowych komodach. Bo taka była ostatnia wola zmarłego. Nad nowelizacją zmurszałego prawa pracuje obecnie rząd. A proponowane zmiany w ustawie o cmentarzach i chowaniu zmarłych przygotowane przez Główny Inspektorat Sanitarny to m.in. możliwość rozsypania prochów zmarłego w dowolnym miejscu, a także dopuszczenie przechowywania urny w domu. Warunek – zachowanie szacunku dla zwłok i eliminacja zagrożenia sanitarnego. Mimo że konkretne decyzje jeszcze nie zapadły, a propozycje GIS-u będą konsultowane przez międzyresortowy zespół, Kościół katolicki zagrzmiał w posadach. I przemówił. Ustami biskupa Tadeusza Pieronka: „Miejsce zwłok jest na cmentarzu. Pomysły rozsypywania prochów czy stawiania urny w domu rodzą się w chorych głowach. Prochy ludzkie nie mogą być rodzinnym gadżecikiem. Godność człowieka idzie z nim na tamten świat i realizowanie tych pomysłów nie ma sensu” – zawyrokował hierarcha. Mimo że reszta świata ma odrębne zdanie. No tak, ale reszta świata nie zarabia takich kroci na cmentarnych działkach.

[2009] FaktyiMity.pl Nr 44(504)/2009

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: