FiM – „Pogrzeb”

Kodeks kanoniczny: Wierni zmarli powinni otrzymać pogrzeb kościelny, zgodnie z przepisem prawa. Pogrzeb kościelny, w którym Kościół wyprasza duchową pomoc zmarłym, okazuje szacunek ich ciału i równocześnie żywym niesie pociechę nadziei, należy odprawiać z zachowaniem przepisów liturgicznych. To teoria. A praktyka?

Zbigniew Łączkowski i jego córka Joanna poznali Jana Dannerbloma ponad trzy lata temu. Starszy pan – ciepły, otwarty i niezwykle pobożny – od razu wzbudził ich sympatię i zaufanie. Zamieszkali pod jednym dachem w Czarnocicach nad jeziorem Głuszyn. Szybko zastąpił im ojca i dziadka. Stał się członkiem rodziny. – On był bardzo samotny. My chcieliśmy dać mu dom – mówi Joanna.

A na prawdziwy dom Jan Dannerblom swoim życiem zasłużył. Urodził się w 1927 roku w Ostrołęce. Jako 17-latek uczestniczył w zdobywaniu Wału Pomorskiego. Był trzykrotnie ranny. Za zasługi odznaczony wieloma medalami. Po wojnie przez lata tułał się po świecie. Był w Jugosławii i we Włoszech. W końcu zamieszkał w Szwecji.

Do kraju wrócił głównie dlatego, że chciał spocząć w ojczystej ziemi. Długo nie mógł znaleźć sobie miejsca, aż w końcu trafił do Czarnocic, do rodziny Łączkowskich. Tu osiadł. Od wojewody kujawsko-pomorskiego otrzymał kartę stałego pobytu. Żył u nich – jak dziś wspominają – jak członek rodziny. Do chwili, gdy lekarze przegrali ze schorowanym organizmem.

Jan Dannerblom, zdając sobie sprawę, że w świetle prawa Łączkowscy nigdy nie staną się jego rodziną, w maju 2007 roku w kancelarii notarialnej w Radziejowie udzielił im wszelkich pełnomocnictw – do reprezentowania go przed urzędami, administrowania jego majątkiem znajdującym się na terytorium Polski, a także do podejmowania decyzji w sprawach związanych z jego zdrowiem. Zmarł w wieku 82 lat, po dwóch operacjach. Łączkowscy jako jedyni siedzieli przy jego szpitalnym łóżku. Oni też – zgodnie z wolą zmarłego – odebrali ciało ze szpitala, by pochować je tak jak pragnął – w ukochanej ojczystej ziemi.

###

„Pan Jan był znakiem i radością, zaskoczeniem i nadzieją. Nie oceniał, nie karcił, ale wysłuchiwał, uczył i pocieszał. Dawał siebie innym. Zawsze twierdził, że podobni sobie ludzie odnajdują się nie przez przypadek, by pomagać sobie wzajemnie i stanowić dla siebie wsparcie. Miał charakter, charyzmę i siłę walki. Głęboko uduchowiony doskonale odnajdował się w rzeczywistości dnia codziennego, zaskakując swoim optymizmem” – napisała jego lekarka, a zarazem przyjaciółka w mowie pożegnalnej. W mowie, która nigdy nie została odczytana, mimo że Zbigniew Łączkowski natychmiast zaczął załatwiać formalności związane z pogrzebem, zaś z proboszczem parafii w Orlu, księdzem Tadeuszem Szczepaniakiem, ustalił jego termin.

Problemu z miejscem na cmentarzu nie było, ponieważ Jan miał spocząć w rodzinnym grobie Łączkowskich. – Wraz z córką powiadomiliśmy jego przyjaciół, znajomych, a także kombatantów – opowiada pan Zbigniew. Ciało zostało przywiezione do kaplicy w Orlu. Dzień przed pogrzebem okazało się jednak, że… nie będzie go. – Ksiądz proboszcz zadzwonił do mnie z informacją, że uroczystość się nie odbędzie, ponieważ znalazła się rodzina ze Szwecji. Zaskoczyło nas to, gdyż dotąd pan Jan nie miał żadnej rodziny. Jego żona umarła, a z dziećmi od lat nie utrzymywał kontaktu – opowiada Zbigniew Łączkowski.

Zaczęli odwoływać uroczystość. Jak się okazało – nie po raz ostatni. Pojechali do proboszcza wyjaśnić sytuację. – Ksiądz ciągle nas zbywał. Nie ukrywał, że jeśli rodzina pana Jana pokaże mu akt zgonu, wyda im ciało. Ale akt zgonu mieliśmy my, bo to my towarzyszyliśmy mu w ostatnich godzinach życia. W końcu udało się ustalić kolejny termin – opowiada Joanna Łączkowska. O tym fakcie ksiądz powiadomił nawet wiernych podczas porannej niedzielnej mszy.

Znów zawiadomili zainteresowanych udziałem w ostatniej drodze bliskiej im osoby. Niestety, kilka godzin później lokalny duszpasterz zmienił front. Tym razem na dobre. W dość niewybredne słowa ubrał prośbę, by ciało z kaplicy zabierać, bo żadnego pogrzebu nie będzie.

W końcu zwrócili się na policję z prośbą o pomoc. Tam zdecydowano, że ciało należy natychmiast pochować. Wraz z funkcjonariuszami oraz pracownikami firmy pogrzebowej pojechali na cmentarz. Orszak nie był imponujący. Za trumną podążał grabarz, Zbigniew Łączkowski i jego córka Joanna. Przed cmentarną bramą zamiast aut ludzi, którzy pragnęli oddać zmarłemu cześć, stał policyjny radiowóz.
– W końcu, po wielodniowych męczarniach, ciało zostało pochowane. Zgodnie ze złożoną przysięgą, Jan spoczął w naszym rodzinnym grobie. Bez księdza. I to człowiek, który modlił się przy każdym przydrożnym krzyżu – opowiada Łączkowski i pokazuje pamiętnik Jana, w którym ten pisał: „Znam Boga. Wiem, jakim mam być człowiekiem, co czynić i jak wierzyć. Nie znam nic innego oprócz modlitwy. Żadnych seminariów nie kończyłem. Jestem człowiekiem takim, jakim powinien być człowiek. Znać dobro i to, co się Panu Bogu podoba, nigdy nie czynić zła, kochać bliźniego. Być każdemu przyjacielem. Wiara i uczynki to moje życie (…). Pan Bóg jest we mnie i prowadzi mnie do dalszego życia. Cieszę się z tego, co mówią o mnie ludzie. Są wdzięczni i nigdy mnie nie zapomną”…

###

Sytuacja – gdyby nie fakt, że potwierdza ją wiele niezależnych od siebie osób – mogłaby się wydać scenariuszem czarnej komedii. Niestety, wydarzyła się naprawdę. Mimo że pogrzeb Jana Dannerbloma w świadomości jego najbliższych nie różnił się niczym od grzebania psa, cmentarne usługi ksiądz proboszcz wycenił sumiennie. Opłata cmentarna, tzw. pokładowe – 200 zł; kaplica – 200 zł; wykopanie i zasypanie grobu – 550 zł.

Proboszcz Szczepaniak ma oczywiście własną wersję zdarzeń: – Ten pan ma żółte papiery, więc trzeba być ostrożnym – ostrzega duchowny. – Zresztą to nie jest mój parafianin – tyle na temat Zbigniewa Łączkowskiego.

Dlaczego nie wyrażał nadmiernej ochoty, żeby zmarłemu, którego ciało od kilku dni leżało w przykościelnej kaplicy, oddać ostatnią posługę? – Krzywda mi się dzieje, ale ja to jakoś zniosę. My o tym człowieku nie wiedzieliśmy nic. Czy on
był wierzący… W Szwecji protestantyzm panuje, może więc był wyznania protestanckiego, a potem się będzie jakiś pastor kłócił ze mną… – wyjaśnia przyczyny, dla których nie zastosował się do wytycznych kodeksu kanonicznego.

[2009] FaktyiMity.pl Nr 24(484)/2009

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: