FiM – Rodzina zastępcza

Są stałymi partnerkami czynnych księży katolickich. Żyją z nimi na tzw. kocią łapę, bo uznały, że certyfikat zawarcia małżeństwa nie jest im do szczęścia oraz wychowania dzieci potrzebny, a zawód wykonywany przez „męża” i ojca jest robotą jak wiele innych. Ot, choćby marynarza czy żołnierza spędzającego wiele miesięcy poza domem…

Jaka była historia ich romansów i jak wygląda codzienność takiego związku?

Aneta (47 l.) poznała ks. Marka ponad 20 lat temu, gdy został wikariuszem jej rodzinnej parafii w S. nieopodal Łodzi.
– Zetknęliśmy się po raz pierwszy podczas załatwiania jakichś formalności w kancelarii. Nigdy nie należałam do gatunku panienek, które kręci czarna sukienka. Wprawdzie chodziłam do kościoła, ale tylko takim owczym pędem, przez wzgląd na rodzinę. Nie miałam wcześniej żadnych kontaktów z duchownymi i byli dla mnie kompletnie aseksualni, ale tym razem coś zaiskrzyło. Marek strasznie bał się swojego proboszcza (prawdziwy pies ogrodnika, do którego co najmniej raz w miesiącu przyjeżdżała z Piotrkowa „kuzynka” z synem kropka w kropkę podobnym do księdza kanonika), więc początkowo spotykaliśmy się tylko w Łodzi. Kino, teatr, kolacja i… do domu. Pełna konspiracja: ja tłukłam się małym fiatem, on już śmigał volkswagenem. Podczas trzeciego wyjazdu zostaliśmy na noc w hotelu.
– Kto finansował te eskapady?
– Pracowałam jako urzędniczka. Stać mnie było na bilet do kina i benzynę, ale pozostałe koszty musiał ponosić Marek. Od razu też zastrzegłam, że prezenty przyjmuję od facetów tylko na Gwiazdkę oraz przy okazji urodzin i imienin.
– Często wyjeżdżaliście?
– Pół roku od naszego „pierwszego razu” dostałam własne mieszkanie i wyprowadziłam się z S. Zaczęliśmy spotykać się u mnie. Bywało różnie, kilka razy zrywaliśmy ze sobą. Chciałam mieć kogoś normalnego, przez 7 dni w tygodniu, a nie tak z doskoku. Szlag mnie trafiał, bo gdy przerzucali go z parafii na parafię i lądował ponad sto kilometrów od domu, nie widywaliśmy się całymi tygodniami.
– Czy rozmawialiście kiedykolwiek, żeby przeszedł „do cywila”?
– Na samym początku powiedział, że nigdy nie rzuci sukienki, bo zabiłby w ten sposób swoich rodziców. Ludzi, których według dzisiejszych kryteriów można by określić mianem moherów do kwadratu. Nigdy później do tego tematu nie wracaliśmy i dopiero gdy zaszłam w ciążę, postawił się do mojej dyspozycji. Wybieraj – mówi – wystarczy jedno twoje słowo i odchodzę z kapłaństwa.
– Co wybrałaś?
– Nie chciałam mieć na sumieniu jego niepewnej przyszłości i tych nieszczęsnych rodziców. Czas pokazał, że podjęłam słuszną decyzję. Marek jest już dzisiaj proboszczem małomiasteczkowej, ale bardzo dochodowej parafii. Kupiłam z jego pomocą mieszkanie w Łodzi, całą robotę odwalają za niego wikariusze, więc często bywa w domu, córką opiekuje się wspaniale. Czasem brakuje mi go wieczorami, ale już się przyzwyczaiłam. Uzgodniliśmy, że gdy mała zacznie studiować, ja zatrudnię się na etacie w parafii i przeprowadzę nieco bliżej Marka. Myśleliśmy, żeby to zrobić wcześniej, ale pewien zaprzyjaźniony kapłan bardzo nam odradzał ze względu na mój zbyt młody podobno wiek (śmiech).
– Nie czujesz się utrzymanką?
– Słuchaj, przecież ja pracuję i zarabiam. Gdybym musiała wystąpić o alimenty, miałabym porównywalne pieniądze.
– A jak twój partner godzi tę sytuację z głoszonymi na kazaniach morałami?
– Pomijając już fakt, że uważa celibat za chory pomysł świątobliwych starców, powiem ci, że stał się przez to bardziej ludzki i wyrozumiały dla ludzkich słabości.
– Kiedy ostatnio się spowiadałaś?
– No proszę cię! (śmiech) Nie byłam w kościele od ponad 15 lat i bardzo mi z tym dobrze.

Beata (36 l.) wywodzi się z Łomży. Obecnie mieszka i pracuje w Warszawie. Księdza Jerzego poznała na pielgrzymce. Ona była jeszcze słuchaczką szkoły pomaturalnej, on świeżo upieczonym proboszczem małej, wiejskiej parafii.
– Podczas tej wspólnej wędrówki często rozmawialiśmy i Jurek wyznał mi, że stąpa po kruchym lodzie, bo nie jest ascetą, a wszyscy na wsi uważnie przyglądają się nowemu duszpasterzowi. Po powrocie z pielgrzymki kilka razy zatelefonował, aż wreszcie zaprosił mnie w odwiedziny na swoich włościach. Ponieważ mam rodzinę religijnie ortodoksyjną, na wszelki wypadek pojechałam z młodszą siostrą. Oazowiczką. Ta pierwsza parafia Jurka była jednoosobowa, więc mieszkał na plebanii tylko z matką. Oprowadził nas po całej hacjendzie, pokazał kościół, mama zrobiła obiad… Gdy moja późniejsza „teściowa” poszła już do siebie, a siostra w drugim pokoju oglądała film, zaczął się zalecać. Do niczego wówczas nie doszło, ale oboje już czuliśmy, że następnym razem będzie inaczej. Umówiliśmy się na jednodniową wycieczkę tylko we dwoje.
– Jak wyglądały wówczas twoje relacje z Kościołem?
– Tradycyjnie: coniedzielna msza, czasem spowiedź… Bez szaleństw, choć rodziców i siostrę mam naprawdę nawiedzonych.
– Kiedy zostaliście kochankami?
– Ta jednodniowa wycieczka potrwała trzy dni… Później przeprowadziłam się do Jurka na plebanię i zaczęłam tam oficjalnie pracować. Jego matka jest po prostu niesamowita. Zanim przyjechałam, przez tydzień urabiała wieś, że czuje się coraz gorzej i musi wziąć sobie do pomocy „siostrę cioteczną” księdza proboszcza.
– Dlaczego więc wyjechałaś do Warszawy?
– Sama widzisz… Po zajściu w ciążę nie było innego wyjścia, bo Łomża jest zbyt mała. Początkowo wynajmowałam maleńką dziuplę, ale w międzyczasie Jurek dostał większą parafię i kupiliśmy nowe, bardzo przyzwoite mieszkanie. Gdy nasz syn zaczął chodzić do szkoły, wróciłam do pracy. Na weekendy jeździmy do wciąż jeszcze świetnie się trzymającej babci mieszkającej razem z moim proboszczem na plebanii, co najmniej raz w tygodniu on przyjeżdża do nas. Jest już natomiast rytuałem, że Wigilię i spędzamy u mnie w domu i tylko we trójkę (babcia jedzie do pozostałych wnucząt), a toast noworoczny wznosimy w górskim schronisku.
– Syn wie, kim jest z zawodu ojciec?
– Gdy zaczął dorastać, nie widziałam sensu, żeby go dalej okłamywać. Tata jest troskliwy i kochający, wydaje mi się, że moi panowie świetnie się rozumieją.
– Jesteś szczęśliwa?
– Z pewnością nie jestem nieszczęśliwa, ale czuję pewien niedosyt. Mogłabym jednak ułożyć sobie życie nieco inaczej.
– I tak już zostanie?
– Pewnie tak. Przynajmniej do czasu, aż syn się usamodzielni…

Maria (59 l.) jest lekarką. Ma dorosłego syna, mieszka w średniej wielkości mieście leżącym w granicach diecezji łowickiej. Zgodziła się na rozmowę pod warunkiem, że nie ujawnimy żadnego szczegółu pozwalającego na identyfikację jej wieloletniego partnera, kapłana bardzo wysoko usytuowanego w diecezjalnej hierarchii.
– Jestem przekonana, że w kurii biskupiej doskonale o nas wiedzą, bo choćby człowiek nie wiem jak się starał, to podobne związki
niesłychanie trudno ukryć. No, ale skoro nic złego się z tego powodu nie dzieje, wolałabym biskupa nie prowokować – tłumaczy kobieta.

Umówiliśmy się, że dla ułatwienia nazywać będziemy jej przyjaciela Adamem i nie napiszemy ani słowa o jego pozycji zawodowej.
– Już nawet nie pamiętam, kiedy go poznałam, ale związaliśmy się na stałe dopiero po moim rozwodzie. Nasz romans miał dwie fazy. Gdy Adam był jeszcze młodym księdzem, a ja bardzo udzielałam się w duszpasterstwie akademickim, odwiedził mnie kiedyś w domu pod nieobecność wypoczywających na urlopie rodziców. Mieliśmy wspólnie opracować materiały do kazań. Wyszedł po czterech dniach. I trzech nocach. Później, wykorzystując końcówkę wakacji, wyjechaliśmy jeszcze nad morze. Było cudownie, ale gdy po kilku miesiącach zaczął przebąkiwać o rzuceniu sutanny, wzięłam się w garść i postanowiłam zakończyć ten związek. Wszystko działo się jeszcze za komuny, więc nie wiem, gdzie taki facet z wykształceniem teologicznym dostałby pracę, ale obawiałam się przede wszystkim reakcji mojej rodziny, perspektywy skandalu i nieuchronnej ewakuacji do jakiegoś innego miasta.
– Kiedy nastąpiła ta druga faza?
– Rok po rozstaniu wyszłam za mąż. Urodziłam syna, rozpoczęło się normalne życie. Z Adamem widywałam się tylko przypadkowo i na ulicy. Czułam, że gdybym tylko skinęła palcem, natychmiast padłby mi do stóp, ale trzymałam go na dystans. Wkrótce przekonałam się, że kontrolował sytuację, bo kilka dni po rozwodzie przyszedł do mojego gabinetu z… bólem głowy. No i teraz, już od 15 lat, znowu jesteśmy razem. Przyszło mi to tym łatwiej, że dorosły syn jest samodzielny i „wujek” absolutnie mu nie przeszkadza.
– Mieszkasz z księdzem pod jednym dachem?
– Bez przesady. Pracuje niedaleko, więc dojeżdża. Zostawia samochód na parkingu kilometr od domu i bladym świtem wraca do swoich zajęć. Gdy zdoła wygospodarować nieco więcej czasu, zajmuje się normalnymi „mężowskimi” obowiązkami, ale jakoś nie może się przełamać, żeby wychylić nos na zewnątrz i na przykład pójść w ciągu dnia do sklepu. Spędzamy wspólnie urlopy, a od pewnego czasu bywamy nawet razem na kameralnych imprezach, podczas których Adam występuje w charakterze „przyjaciela domu”.
– Jak rozwiązujecie kwestie finansowe?
– Jestem całkowicie samowystarczalna, ale Adam wnosi swój wkład do każdego wspólnego wydatku. Włącznie z budową domu położonego w nadzwyczaj ustronnym miejscu, dokąd przeprowadzimy się, gdy już oboje będziemy na emeryturze.
– Nie przeszkadza ci fakt, że posiadane przez niego pieniądze pochodzą z datków ludzi nierzadko ubogich?
– Przyznaję, miewałam z tego powodu kaca moralniaka. Jak wiesz, Adam nie chodzi po kościele z tacą, a swoje dochody czerpie z innych źródeł, aczkolwiek ktoś kiedyś każdą jego złotówkę faktycznie na tę tacę położył. Ale czy był do owej ofiary przymuszany? Żyjemy w Polsce i nie oczekuj ode mnie, że będę walczyła z wiatrakami.
– Zostało w tobie coś z aktywistki duszpasterstwa akademickiego?
– Pytasz o grzech i wyrzuty sumienia? Długo o tym myślałam i doszłam do wniosku, że Panu Bogu ludzkie szczęście nie przeszkadza, więc nawet nie widzę powodu, żeby się z tego spowiadać.
– A ludziom obok też nie przeszkadza? Twoim sąsiadom, jego kolegom i przełożonym…
– Ze względu na Adama nie afiszujemy się wspólnymi spacerami za rączkę. Niektórzy się domyślają, ale dopóki nie mają pewności, pozostają im tylko plotki, do których już dawno przywykłam.

[2009] FaktyiMity.pl Nr 51(511)/2009

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: