FiM – I będę cię znosić aż do śmierci

Małżeńską przysięgę przed ołtarzem składa rocznie 150 tysięcy par. W 2004 roku 2 tys. par zdecydowało się na wszczęcie procesu „rozwiązującego to, co Bóg związał” – o 500 więcej niż przed dwoma laty. Sądy biskupie unieważniły 1,5 tys. małżeństw. Rok wcześniej – tysiąc.

Jedną z pierwszych decyzji Benedykta XVI jest instrukcja „Dignitas connubii” („Godność małżeństwa”). Ma utrudnić unieważnianie małżeństw kościelnych. Ja, dziennikarz tygodnika „FiM”, doświadczam tego na sobie.

Benedykt XVI wypełnia swą instrukcją wolę Jana Pawła II, który w 2004 roku zlecił opracowanie tego dokumentu. Przemawiając do członków najwyższego trybunału – Roty Rzymskiej – Jan Paweł II uznał, że sądy biskupie za łatwo godzą się na unieważnianie małżeństw. Martwiło go, że diecezjalne sądy biskupie nie wnikały w życie swych owieczek zbyt wnikliwie, nakazał więc szybkie prace nad instrukcją utrudniającą uzyskiwanie rozwodów. Papież działał zapewne pod wpływem praktyki opanowującej polski Kościół – pośród owieczek coraz głośniej mówiło się, że rozwód kościelny „idzie załatwić”, trzeba tylko wiedzieć, do kogo uderzyć i za ile. Papież – znany z konserwatywnych poglądów na rodzinę – postanowił proceder ten jeśli nie przeciąć, to istotnie utrudnić. Nie było lepszego wykonawcy jego woli niż superkonserwatywny kardynał Ratzinger, który – już jako Benedykt XVI – natychmiast wprowadził w życie nakazy poprzednika. „Dignitas connubii” unieważnienie kościelnego małżeństwa czyni więc dużo trudniejszym i znacznie droższym. Kościół w Polsce już zapowiedział, że nie będzie honorować pozwów z kancelarii prawnych zajmujących się unieważnieniami ślubów kościelnych.
– Pomoc w pisaniu pism i kierowaniu małżonków do sądów biskupich powinny przejąć poradnictwa rodzinne przy parafiach – powiedział ks. dr Antoni Żurek z Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Oznacza to, że nie będzie już swoistego automatu: przychodzisz, płacisz i dostajesz skierowanie. Teraz, zanim wyposażą cię w odpowiednie pismo i odeślą do właściwego sądu biskupiego, najpierw na miejscu będą się starali wybić ci z głowy unieważnianie ślubu. Już nie tylko przed sądem będziesz musiał wyjawić tajemnice alkowy, ale także przed osobą z parafialnej poradni rodzinnej, która „w trosce o katolickie stadło” będzie z butami wchodziła w twoje życie. Przed przesłuchaniem właściwym czeka cię przesłuchanie wstępne.

Ponieważ kandydaci na rozwodników dowodzili dotąd najczęściej braku współżycia płciowego lub tego, że ślub kościelny zawarli „z woli rodziny”, to teraz instrukcja „Dignitas connubii” precyzuje ogólny kanon 1095, obwarowując ten najpopularniejszy wybieg – brak seksu w małżeństwie – wieloma szczegółowymi pytaniami o powody „małżeńskiej epoki lodowcowej”. Na przykład – czy małżonkowie nie są sobą znudzeni, czy nie żywią do siebie urazów itp. Dokument „Dignitas connubii” wszedł już w życie, ale wydano go po łacinie. W lipcu 2005 roku rozpoczęto tłumaczenie go na polski, a po zakończeniu tego dzieła sądy biskupie będą musiały respektować wolę Benedykta XVI. Koniec dobrego? Oczywiście – nie! Upokarzające procesy rozwodowe tylko się wydłużą i zdrożeją. Kogo będzie na to stać, dostanie, co będzie chciał. Jak to w Kościele…

Niezdolni do zawarcia małżeństwa są ci, którzy:
1) są pozbawieni wystarczającego używania rozumu;
2) mają poważny brak rozeznania oceniającego co do istotnych praw i obowiązków małżeńskich wzajemnie przekazywanych i przyjmowanych;
3) z przyczyn natury psychicznej nie są zdolni podjąć istotnych obowiązków małżeńskich.

Chodzi tu o zatajoną przed ślubem niepłodność, impotencję, niechęć do posiadania potomstwa; o ukrywanie dokuczliwych nałogów i informacji o zaciągnięciu poważnych długów oraz ślubowanie pod przymusem.

Pozew w kościelnej terminologii nazywa się „Skargą o unieważnienie małżeństwa”. Napisanie go nie jest ani proste, ani tanie. Przeważnie załatwia to kancelaria, inkasując od 2,5 do 3 tys. złotych. Zależy to od diecezji – najdrożej jest w tarnowskiej, rzeszowskiej i gliwickiej. Wcześniej trzeba odwiedzić proboszcza i poprosić o wydanie dokumentów potwierdzających zawarcie małżeństwa. Oczywiście, za „co łaska”, czyli od 200 zł wzwyż.

W końcu moja skarga trafiła do sądu i po miesiącu ksiądz przewodniczący przysłał mi „Powiadomienie o przyjęciu skargi i wezwanie do zawiązania sporu”. Pytał, czy istnieje możliwość pogodzenia się ze współmałżonką i czy moim zdaniem małżeństwo jest nieważne. Przewodniczący wyznaczył siedmioosobowy skład sędziowski, stwierdził też, że będzie badał nieważność zawarcia małżeństwa z tytułu: „Niezdolność do podjęcia istotnych obowiązków małżeńskich z przyczyn natury psychicznej po obu stronach (kan. 1095 – 3)”. Pismo zakończył stwierdzeniem: „(…) ciężar dowodzenia spoczywa na stronie, która coś twierdzi, dlatego Sąd informuje, że wysunięcie zarzutu, który w toku dowodzenia wymaga powołania biegłego sądowego, pociąga za sobą obowiązek pokrycia kosztów sporządzenia opinii, do czego Sąd może na odpowiednim etapie. Wszystko jasne – ja się rozwodzę, ja płacę.

Po kilku miesiącach stanąłem przed surowym obliczem kościelnej sprawiedliwości. Na stole krzyż, za stołem przewodniczący sądu, obok notariusz. Też ksiądz.

Facetów w czerni interesował głównie seks. Jak często? Jak długo? Czy nie używało się bezbożnych środków antykoncepcyjnych? Czy były zdrady małżeńskie (choć to wcale nie jest powodem unieważnienia małżeństwa). Bardzo interesuje ich również sprawność seksualna. No i, oczywiście, kasa – jakie ma się dochody i majątek… Wszystko skrzętnie notowano.

Jednak w moim przypadku interesowało ich głównie to, dlaczego pracuję w „bezbożnej i plugawej” gazecie „FiM”. Odpowiedź, że jestem profesjonalistą i pracuję tam, gdzie mi lepiej płacą, wyraźnie sędziów nie zadowoliła. Nie dziwię się, w końcu doprowadziłem do skazania księdza, który „jedynie najechał” na 11-letnie dziecko i uciekł z miejsca wypadku. Złamałem też karierę pewnemu biskupowi, publikując szereg tekstów o wypadku, w którym to dziecko zginęło. Biskup zaś niczego tak nie pragnął, jak ciszy wokół tej sprawy. Był już zresztą blisko rozmycia jej, a w rezultacie – uchronienia pirata w sutannie przed odpowiedzialnością. Ta sprawa do tego stopnia przesłoniła zasadniczą – o rozwód – że przed złożeniem zeznań nie było szans na przeczytanie „skargi”. Zresztą nie omieszkano tam zaznaczyć, że pracuję w gazecie szkalującej wiarę i Kościół (sic!).

KS. BP WOJCIECH POLAK doktor teologii moralnej

Małżeństwo w świetle nauki Kościoła jest nierozerwalnym związkiem. Są natomiast przypadki, gdy związek już od samej chwili zawarcia był z różnych przyczyn nieważny. Zatem proces, który media nazywają rozwodem kościelnym, to nic innego jak sprawdzenie w drodze przesłuchiwania świadków, oceniania dowodów itp., czy związek kobiety i mężczyzny został zawarty nieważnie. Pojawiają się czasem głosy, jakoby Kościół głosił podwójną moralność, udzielając ślubów, a potem dając rozwody. Nie ma moralnego rozdwojenia w przeprowadzaniu stwierdzania nieważności małżeństwa. Jest tylko najszczersza chęć dotarcia do prawdy na temat danego związku.

Cały ten cyrk trwa miesiącami. Sąd informował o swoich poczynaniach. Wzywał do podawania świadków i przeprowadzenia dowodów. Dostałem m.in. pismo o powołaniu przez sąd biegłego psychologa. Najciekawszy fragment w tym piśmie: „O wysokości honorarium dla biegłego zostanie Pan poinformowany po przeprowadzeniu badań i sporządzeniu opinii”. Można oczywiście nie odpowiadać, ale wtedy sąd zleca badanie na podstawie akt sprawy. Biegły może zatem bez przeszkód uznać człowieka za niespełna rozumu, nie oglądając go na oczy.

Kościół tłumaczy, że procedura musi być tak długotrwała i drobiazgowa, bo unieważnienie sakramentu małżeństwa to sprawa bardzo poważna, a co nagle, to po diable. Pochopność jest też niewskazana i z tego względu, że im dłużej to trwa, tym większe są szanse, że małżonkowie zniechęcą się do swojego pomysłu i pogodzą się. Choćby dla świętego spokoju. Ale jest i trzecie wytłumaczenie – szmal. Samo złożenie skargi (wcześniej zwykle pisanej przez kancelarię) w pierwszej instancji kosztuje 400–500 zł, a małżeństwo może być unieważnione dopiero po zbadaniu akt sprawy w drugiej, wyższej instancji. Tu też trzeba płacić. Proces jest więc nie tylko długotrwały, obrzydliwy i upokarzający, ale także niezwykle kosztowny. Zdarzały się przypadki, że ludzi decydujących się na taki krok kosztowało to kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Można to wszystko przyspieszyć. Trzeba tylko mieć znajomości w kurii i gruby portfel. Ale uwaga! Sądy biskupie coraz częściej uwalniają od małżeństwa… tylko jedną ze stron. W ten sposób kobieta, która złożyła skargę, może być wolna, ale jej mąż – w świetle kościelnego prawa – nadal będzie pozostawał z nią w związku! Gdyby więc jemu wpadł do głowy głupi pomysł ponownego przysięgania przed ołtarzem, będzie musiał pofatygować się do sądu biskupiego… Czyż to nie doskonały w swej prostocie pomysł – brać za to samo dwa razy? Raz od żony, a drugi raz od męża? A właściwie razy cztery, bo każde z nich zapłaci jeszcze za ponowny ślub kościelny.

[2006] FaktyiMity.pl Nr 6(310)/2006

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: