Ile powinien zarabiać ksiądz?

Proboszczowie powiedzieli biskupowi, że nie będą płacić po 50 gr od duszy ochrzczonej. Biskup miesiącami chodził nadąsany

Ksiądz I: – Ludzie, my żyjemy tylko dzięki pogrzebom!

Ksiądz II: – Biskup liczy sobie 10 złotych od krzyżyka na czole bierzmowanego.

Ksiądz III: – Moje ubóstwo mieści się w 20 pudłach – książki, ciuchy, sprzęt sportowy.

Ksiądz Andrzej, emeryt: – Proszę pana, mnie się wydaje, że papieżowi Franciszkowi wcale nie chodzi o to, żeby księża i biskupi chodzili w łachmanach, jeździli złomem, jedli chleb z margaryną. Jemu chodzi o to, żeby pieniądz nie był naszym bogiem.

Jak mówił ksiądz Jan Twardowski, ten od biedronek: ksiądz powinien mieć tyle, że kiedy wpadnie złodziej, to nie będzie żal tego, co ukradnie.

Udało się panu znaleźć księdza, który myśli podobnie?

Perfumy

Ojciec Krzysztof, zakonnik z Krakowa, 34 lata

Przed ślubami nie myślałem o ubóstwie, wtedy myśli się o czystości. Masz 25 lat i rezygnujesz z aktywnej seksualności. Przy tej rezygnacji ubóstwo to pikuś. Tak mi się wydawało.

Jestem dziewięć lat po ślubach. Jadę pociągiem InterCity i zastanawiam się, dlaczego nie TLK. Patrzę na swoje buty, wcale nie za 80 zł, ale za 250. Nie jestem w ciemnym habicie, tylko w T-shircie. Wyciągam komórkę, słucham muzyki. W seminarium przełożeni mówili, że ubóstwo to nie dziadostwo.

Przynoszę do klasztoru pieniądze z posługi sakramentalnej – msze, chrzciny, śluby; dwa razy w roku głoszę rekolekcje. Z jednych rekolekcji przywożę około 3 tysięcy złotych. W zamian dostaję co miesiąc 250 złotych kieszonkowego – niektórzy u nas mówią na to „miesiączka”. Ma mi starczyć na kawę, książkę, kosmetyki, skarpetki. Na bilety, buty, spodnie proszę oddzielnie.

Jeśli chodzi o kieszonkowe, to Kraków ma dobrze. Bracia z północno-zachodniej Polski dostają 150 złotych. Ale mają za to szafę na korytarzu – dwudrzwiową, pełną kosmetyków. W moim klasztorze szafy nie ma, kosmetyki kupuję z kieszonkowego: pastę do zębów za 8 złotych; krem do twarzy za 12; szampon za 9; żel do kąpieli za 14 (mam suchą skórę i potrzebuję takiego z olejkami); perfumy tak do 40. Dostałem od rodzonego brata takie za 200, z Sephory, ale używam ich tylko w niedzielę.

Niektórzy moi bracia pachną drogimi perfumami również w dni robocze. Bo mają sponsorów. Sponsorami mogą być siostra, brat, rodzice albo znajomi. Oprócz perfum zdarza się, że prezentem są wakacje zagraniczne – takie all inclusive. Kiedy dopadnie mnie chandra, myślę o sponsorze, o kimś, kto wyśle mnie na Majorkę albo do Grand Hotelu w Sopocie.

Niektórzy moi bracia ubierają się na bazarach. Są też tacy, którzy mają ciuchy z galerii. Ci ostatni dzielą się jeszcze na dwie grupy: grupa pierwsza kupuje T-shirty za 40 złotych, grupa druga za 150. Nie mam pojęcia, po co się kupuje T-shirt za 150 złotych.

a) Ze względu na jakość?
b) Dla szpanu?
c) Żeby się podobać?

W galerii dostaję depresji. Widzę mężczyzn w moim wieku, wchodzą do markowych sklepów, wychodzą z torbami. Ja nie mogę chodzić z takimi torbami, bo o pieniądze na ciuchy muszę prosić przełożonego. Po tylu latach za klauzurą to dla mnie wciąż żenujące i krępujące. Czasem wolę nie kupić, niż iść i prosić. Bracia mają karty bankomatowe podpięte do konta klasztornego. Wgląd ma do niego przełożony, więc wódki nie kupisz.

Niektórzy bracia nic nie mieli w rodzinnych domach, a w klasztorze mają wszystko. Zawsze dla jednych będzie to za mało, dla drugich za dużo. Mieszkałem z arystokratą i chłopem. Co tu dużo mówić – różnice w zachowaniu, stylu bycia, słownictwie. Ale mieli wszystko to samo – poza jednym. Arystokrata życzył sobie na śniadanie cappuccino. Chłop cappuccino nie chciał.

Bracia lubią dobrze zjeść. Na śniadanie mamy codziennie: ser żółty, ser biały, szynkę, dżem truskawkowy, dżem wiśniowy, miód, płatki czekoladowe, płatki zwykłe, nutellę, czasem jajecznicę albo parówki. Na obiad dwa dania, na kolację coś gorącego, znajomi restauratorzy podrzucają nam sushi. Przyjechał do mnie kolega, ostatnio stracił pracę. Akurat była pora obiadowa, no to wziąłem go do jadalni. Był piątek, dzień postny, a u nas zupa grzybowa i łosoś. Widziałem, że mu głupio. Mnie było głupio jeszcze bardziej. W takich chwilach zastanawiam się, czy nie lepsze byłoby dziadostwo.

W Krakowie jedzenia nie brakuje, ludzie są hojni – wrzucają na składkę, dają na intencje mszalne. W klasztorach na północy Polski zakonnicy też nie głodują, ale tam kucharzem zostaje ten z braci, który potrafi wyczarować coś z niczego.

Oprócz pieniędzy z posługi sakramentalnej mój klasztor ma dochody z dzierżawy gruntów, mamy kilka kamienic w mieście, jeden z braci otrzymuje wysoką emeryturę, bo pracował długo za granicą. Nie zginiemy.

W ostatnich latach pojawił się problem. Starym zwyczajem bracia, którzy rezygnują z życia zakonnego, nie od razu są wykluczani ze wspólnoty. Przełożeni dają im kilka lat na ewentualny powrót. Często wracają, ale bywa też tak, że ci, co nie wracają, zadłużają się na klasztor. Długów oczywiście nie spłacają, spłaca klasztor. Przełożeni pracują nad zmianą prawa, by takie długi nie obciążały nas.

Zastanawiałem się, czy jeden z moich braci profesorów powinien latać za kilkanaście tysięcy złotych w business class na konferencje do Stanów Zjednoczonych. Rozumiem, że musi być wypoczęty, że jest kimś ważnym. W końcu ubóstwo to nie dziadostwo.

Zakonnikowi trudno jest się wzbogacić. Nawet przełożony, gdy chce wydać więcej niż 15 tysięcy, musi mieć zgodę prowincji. A ekonom domu bez zgody przełożonego nie może wydać więcej niż 2 tysiące złotych. Ekonom, przeor i przełożeni prowincji musieliby żyć w niezłej komitywie, żeby kraść.

Moje ubóstwo mieści się w 20 pudłach – książki, ciuchy, sprzęt sportowy. Niczego nie kolekcjonuję – oprócz paragonów. Odkładam paragony z dużymi cyframi: laptop, śpiwór, kurtka, dobre górskie buty czy ostatnio narty. Trzymam na wypadek reklamacji. Te cyfry czasem kłują w oczy. Wiem, że z dziadostwem nie mają nic wspólnego.

Co myślę o papieżu Franciszku? Sporo osób mnie o to pyta, wystawiając na próbę, a może oczekując podpowiedzi, co oni mają myśleć. Myślę, że papież się nie myli. Że jego pomysł na Kościół jest wierny pomysłowi Chrystusa. Tylko czy jego głos się przebije? Może przejdzie do historii tylko jako dziwak.

Portfel

Ksiądz Ryszard, proboszcz z centralnej Polski, 50 lat

Moja parafia liczy 4 tysiące wiernych. Większość uprawia warzywa. Ludzie o mnie dbają. Ale nie jest tak, że nie wiem, co z pieniędzmi robić. Niedzielna taca to 1,3 tys. zł. Jedną tacę w miesiącu oddaję kurii. Taca nie jest dla księdza, jest na utrzymanie kościoła i plebanii – prąd, ogrzewanie, dziura w dachu, gosposia, organista, kościelny. Organista i kościelny dostają ode mnie podstawę – 300 zł, zarabiają dzięki pogrzebom, ślubom, chrztom. Za ślub organista bierze od młodych 70 zł, a kościelny 30.

Księża zarabiają na intencjach mszalnych, pogrzebach i ślubach, uczą w szkole religii, w mojej diecezji mają 20 procent z kolędy. Drugie 20 procent wysyłają do kurii, a 60 zostaje na cele parafialne. Matematyka ta oparta jest na uczciwości, bo tylko jeden Pan Bóg i proboszcz wiedzą, ile to 60 procent z kolędy.

Jeśli rozbiję wszystkie moje dochody na miesiące, wyjdzie, że zarabiam 4 tysiące złotych. Najwięcej kosztuje mnie utrzymanie samochodu, raz w roku wyjeżdżam do Europy, najczęściej do przyjaciół we Francji. Gospodaruję pieniędzmi parafialnymi i swoimi, ale nie noszę dwóch portfeli. Mój portfel ma dwie przegrody – w jednej są banknoty, w drugiej paragony. Pod koniec miesiąca wysypuję paragony na stół, dzielę na dwie kupki. Na „prywatną kupkę” kładę paragony z restauracji, ze sklepu odzieżowego, z kina. Na „parafialną kupkę” rzucam paragony ze składu budowlanego, z hurtowni komunikantów, z kwiaciarni.

W kancelarii nie ma cennika, ale daję ludziom wskazówki, na przykład narzeczonym. Przytoczę:

– Czy wiecie, ile kosztuje wynajęcie limuzyny ślubnej? Chodzi o kurs z domu do kościoła i z kościoła do remizy.

– Nie mamy pojęcia.

– No to zgadujcie.

– Może 300 zł?

– Nie, 800.

Za śluby dostaję 500 zł, za pogrzeby 600, za chrzest 200, za mszę z intencją od 50 do 100. Nie jest tak kolorowo, jak media mówią, bo my żyjemy dzięki pogrzebom. Ślubów nie ma, bo niż demograficzny, młodzi woleliby związki partnerskie; chrztów nie ma, bo kobiety rodzą po jednym dziecku; intencji mszalnych nie ma, bo młodzi nie widzą potrzeby. Cała nadzieja w starych. Umierają falami. Umrze czterech i mam 2400. Gdy przyjdzie fala, mówimy na plebanii: „Tyle pogrzebów, że aż chce się żyć”.

Papież Franciszek zraził mnie na samym początku pontyfikatu, bo zamiast „Szczęść Boże” powiedział do tłumów „Dobry wieczór”. Poza tym nie zdaje sobie sprawy, co czuje ksiądz w Somalii, gdy słyszy Watykan wzywający go do ubóstwa. I proszę nie przesadzać z tym, że księża w Polsce żyją ponad stan. Czy kogoś rażą moje 4 tysiące? W Warszawie ludzie zarabiają po 10.

Kwiatki

Ksiądz Tomasz, proboszcz z centralnej Polski

Głupio mi, gdy słyszę Franciszka. Powinienem żyć ubogo, a żyję ponad stan. Mam dobry samochód, raz w roku lecę za ocean. Cholera, jestem magistrem teologii, a nie wiem, co znaczy żyć ubogo, ubóstwo nie jest wpisane w życie polskiego księdza. Niech mi biskupi podpowiedzą, jak mam żyć. Ale czy oni mogą być dobrymi nauczycielami?

„Aż tyle kosztuje nas Kościół – ponad 1,5 mld zł”

Mój ordynariusz jest materialistą. Pierwszy jego pomysł po objęciu diecezji dotyczył pieniędzy. Chciał podwyższyć opłaty ściągane przez kurię z parafii. Każdy proboszcz miał miesięcznie płacić 50 groszy od duszy. Biskup brał pod uwagę liczbę ochrzczonych, a nie faktycznie chodzących do kościoła. Proboszczowie powiedzieli biskupowi, że nie dadzą 50 groszy od duszy ochrzczonej. Biskup miesiącami chodził nadąsany, ale zostało jak dawniej – jedna taca miesięcznie dla kurii. Przeciętna parafia, czyli taka do 4 tys. wiernych, zbiera w niedzielę 1,6 tys. zł. W dużych miastach do 4 tysięcy.

Mój ordynariusz jest materialistą, bo pieniądze za bierzmowanie chowa do kieszeni. Jego poprzednik zostawiał ofiarę ekonomowi diecezjalnemu na cele charytatywne. Biskupowi płaci się 10 złotych od krzyżyka na czole bierzmowanego. Stawka pewnie się zmieni, benzyna drożeje, bierzmować może już zwykły infułat. Więc jak ktoś chce mieć u siebie biskupa, to buli.

Mój biskup pomocniczy jest materialistą. Lubi jeździć na bierzmowania, wizytacje. Parafianie piszą dla niego wierszyki, dostaje kwiaty – od koła gospodyń wiejskich, rady parafialnej, ministrantów, scholi, bierzmowanych, nauczycieli. Zgodnie ze zwyczajem biskupi zostawiają kwiaty pod obrazem Matki Boskiej. Mój biskup pomocniczy nie zostawia kwiatów Matce Boskiej, ale wydziera kościelnemu i pakuje do bagażnika. Łasy na kwiatki, bo ma układ z kwiaciarnią. Jak pan kupi kwiatki w tej kwiaciarni, to szansa spora, że są to kwiatki z wizytacji.

Gorszy mnie podejście biskupów do pieniędzy. Księża patrzą i się uczą. Nie jesteśmy ofiarni, uważamy, że nam się należy, z takim przekonaniem wychodzimy z seminarium. Klerykom mówi się, że są wybrani, bezcenni dla świata. Walczył z taką postawą poprzedni ordynariusz. Mówił: „Nie miejcie węża w kieszeni, rzućcie czasami grosz do skarbonki”.

Zaklęcie

Ksiądz Kazimierz, wikary z południowej Polski, 36 lat

Papież powiedział, że księża karierowicze daleko są od Królestwa Niebieskiego. Ma rację. Ciągle spotykam karierowiczów. W polskim Kościele karierę można zrobić za pieniądze. Kupczenie tytułami nie odeszło z ciemnymi wiekami. Każdy ksiądz w diecezji wie, że wystarczy umówić się z biskupem i złożyć dar, a tytuł gwarantowany. Dając biskupowi kopertę, trzeba wypowiedzieć zaklęcie: „Proszę, to na dzieło diecezjalne”. Dzięki zaklęciu koperta nie jest łapówką, ale ofiarą.

Jeśli ksiądz chce mieć tytuł prałata, to składa dar w wysokości 10 tysięcy złotych. Jeśli chce być infułatem, to dar musi być w granicach 100 tysięcy złotych. Owszem, zdarza się, że ksiądz dostaje tytuł tylko za zasługi, ale również wtedy powinien przyjść do biskupa i wypowiedzieć zaklęcie. Jeśli nie przyjdzie, może się liczyć z zesłaniem na parafię, gdzie kościół do remontu, a na plebanii mieszka proboszcz emeryt. Nie ma nic gorszego dla nowego proboszcza jak stary proboszcz w spadku.

Tytuły dają poważanie. Dzięki fioletowej sutannie każdy wie, że ten oto ksiądz nie jest zwykłym księdzem. Ludzie myślą, że niezwykły ksiądz zasłużył na fiolety – ciężką pracą na rzecz ubogich, efektami w pracy katechetycznej, heroiczną postawą na misjach w Ugandzie. Naprawdę tak myślą.

Biorąc pod uwagę moje zarobki, wiem, że tytułów sobie nie kupię. My, wikariusze, dzielimy parafie na trzy kategorie, czynnikiem określającym jest taca; mówimy o parafiach miedzianych, mieszanych, papierowych.

Od dwóch lat siedzę na miedzianej parafii, więc nie muszę wcielać w życie słów Franciszka, skoro już za Benedykta żyłem ubogo. Jeżdżę starym fordem. Nie uczę w szkole, dokładam się do jedzenia, ogrzewania, płacę na utrzymanie seminarium. Po odliczeniu zostaje mi około 1,5 tys. złotych. A moi koledzy z roku zarabiają po 6 tysięcy. Zależy, jakie kto ma znajomości u kurialistów.

Żeby polecieć na wakacje, oszczędzam: rzadziej odwiedzam kolegów na drugim końcu diecezji – benzyna droga; w sutannie chodzę do zdarcia – nowa kosztuje 1,5 tys. zł (wełniana, bo ta ze sztucznego materiału to do tysiąca); nie robię rodzicom drogich prezentów pod choinkę – kawa, herbata, czekolada z Biedronki. Czekam, aż mi się polepszy. Znam takich, którzy przestali czekać na mannę z nieba. Napożyczali pieniędzy i założyli biznesy – pensjonaty, firmy budowlane, sklepy spożywcze. Działalność rejestrują na brata, siostrę, rodziców. Ale ja jeszcze trochę poczekam. Znajomy dziekan obiecał, że załatwi mi papierową parafię.

Peregrynacja

Ksiądz Andrzej, wikary z południowej Polski, 33 lata

Dobra, wykrztuszę to z siebie. W Kościele najwięcej zarabia się na świętościach. Kiedy diecezja potrzebuje pieniędzy na jakiś cel, to wysyła do parafii obraz Maryi albo Jezusa. Każda diecezja znajdzie cudownego Jezusa, Maryję, Józefa, by ich peregrynować. Trzeba obraz obwiesić wotami, zrobić nosidełko, przygotować modlitewnik, wynająć „samochód kaplicę”.

W parafiach na powitanie obrazu organizowana jest uroczysta msza. Jest i taca „na cel towarzyszący peregrynacji”. Celem towarzyszącym może być budowa sanktuarium, domu pielgrzyma, kościoła, inne widzimisię biskupa. Proboszczowie mają dość peregrynacji, wiedzą, że organizacja spocznie na ich barkach, a nic z tego nie będą mieli. Chyba że dogadają się z fotografem. Wyciąga się obraz przed kościół i pozwala, by każda rodzina zrobiła sobie z nim zdjęcie. Ludzie zwołują się do zdjęcia zamiast do modlitwy.

Między diecezjami trwa wymiana obrazów. Ze względu na pobożność maryjną Polaków cenniejsza od Jezusa jest Matka Boska. Jezus nigdy nie był w modzie. Złą passę próbuje przełamać Jezus Miłosierny. I jeszcze jedno. Diecezja, która wysyła Jezusa, musi podzielić się ofiarami z diecezją, po której Jezus będzie stąpać. Jezus płaci jakby haracz.

Proszę nie przesadzać z tym, że księża w Polsce żyją ponad stan. Czy kogoś rażą moje 4 tysiące? W Warszawie ludzie zarabiają po 10

Nie pracuję na parafii, siedzę bliżej kurii. Na papieża Franciszka patrzę jak na Chrystusa, który biczem rozwalił stragany kupców świątynnych. Nie jest tak, że widzę drzazgę w oku brata, a nie zauważam belki we własnym. Ja naprawdę nie wiem, co znaczy żyć ubogo. Ale ręce mi się nie lepią do pieniędzy, sumienie mam czyste. Może w Boże Narodzenie pójdę gotować zupę dla bezdomnych u albertynów. Chodziłem tam, gdy byłem w seminarium. Po święceniach już nie myślałem o ubogich.

Pszczoły

Ksiądz Jacek, proboszcz z centralnej Polski, 50 lat

Proszę przyjechać wieczorem, skoro pan chce rozmawiać o moich pszczołach. Za dnia robota mnie goni. Już tracę czas, rozmawiając przez telefon.

Kościół oraz plebania przycupnęły przy ruchliwej trasie. Parafia liczy trochę ponad tysiąc wiernych. Nie ma tu wikarego, nie ma gospodyni.

Im bliżej plebanii, tym wyraźniej słychać pianie kogutów.

– Ależ ksiądz ma piękne koguty. I perlice widzę, i gęsi.

– Mam jeszcze kaczki, kury, gołębie. Ale chodźmy na plebanię.

Dziewiętnastowieczne mury chronią przed upalnym wieczorem. Siedzimy w kuchni. Proboszcz robi sałatkę z kapusty pekińskiej. Odżywia się z książką „Ciało i ducha ratować żywieniem”.

Przed zjedzeniem sałatki czyta fragment z Księgi Rodzaju: „A Józef mówił: >>Jeśli nie macie pieniędzy, sprowadźcie wasz żywy dobytek, a dam wam za niego zboże<

A proboszcz oprócz drobiu ma ponad 100 uli, w każdym po 50 tysięcy pszczół, z jednego ula może rocznie zebrać 30 litrów miodu, sprzedaje po 30 złotych, co daje przychód w wysokości 90 tysięcy. Pszczoły pozwoliły mu na wymianę podłogi na plebanii i w kościele. Teraz pracują na nowe ławki do kościoła.

– Nazywają mnie „Pszczółką”, bo ponoć jestem pracowity jak pszczoła. Żyję zgodnie z kamedulską maksymą „Ora et labora”. Od rana praca przy drobiu, pszczołach; prowadzę poradnictwo duchowe, odprawiam msze. Człowiek taki utrudzony pracą na roli, że nie ma kiedy plebanii posprzątać.

Ma 11 hektarów ziemi, na nich pszenicę.

– Ja nie uprawiam, ja zarządzam. Głoszę z ambony, żeby przyjechali, i przyjeżdżają – orzą, sieją, koszą. Drobiu nie zabijam. Kobiety ze wsi zabijają. Wożę tylko tam, gdzie mam pewność, że dobrze poporcjują mięso. Spojrzy pan do zamrażarki. Mam skrzydełka gęsi, tuszki królicze, brojlery kurczęce. Ratują mnie także jaja – jadąc do Łodzi, zabieram karmelitankom, znajomym lekarzom. Płacą dobrze, bo wiedzą, że te fermowe to majonez w skorupce. Ale nie biznesy są dla mnie najważniejsze. Pan pójdzie zaraz spać, a ja mam brewiarz, różaniec – codziennie odmawiam cztery części. Jest się za co modlić, takie rządy mamy. Atakują tylko Kościół. Staram się nie interesować polityką, wiem tyle, co z „Naszego Dziennika”.

– A co ksiądz myśli o papieżu Franciszku? Uwziął się na księży, że tak wytyka im bogactwo?

– Ja tu żyję skromnie. Bogactw nie mam. Innym w plebanię nie zaglądam.

Spałem w pokoju z widokiem na kurnik. Śniły mi się kury – siedziały na kredensach, stołach, lampach, krzesłach, łóżku – wszędzie kury, jak mewy w „Ptakach” Hitchcocka. Rano obudziła mnie mucha. Proboszcz już karmił ptactwo, nie miał czasu na rozmowy.

Przed odjazdem jeszcze spacer po parafii. Najwięcej ludzie mówią pod sklepem.

– Poprzedni proboszcz gospodarki nie miał, wolał gwiazdy telewizyjne – mówi Stanisław.

Dowiedziałem się, że bywał tutaj Cezary Pazura. Organizował zbiórki na remont kościoła. Ludzie hojnie dawali, bo lubili Czarka z „13. posterunku”.

– Obecny proboszcz pracowity, przy pszczołach siedzi – zagaduję do Stanisława.

– Co to za pszczelarz, który mówi publicznie, że miodu nienawidzi. I co to za proboszcz, który parafianina Mańka Bażanta nazwał z ambony „Nieumytą mendą i kanalią plączącą się po ziemi bez sensu”. Bażant pojechał do Kutna i podał proboszcza do sądu. Ksiądz musiał zapłacić 100 złotych zadośćuczynienia.

– To niewiele – mówię.

– Dla niego wiele. Bo u nas na tacę mało kto daje. Z czego dawać? Gospodarki podupadły, emerytury małe. Ale gdyby proboszcz z ambony nie wyzywał ludzi, to zamiast złotówki dawałbym mu 2 złote.

Dług

Ksiądz Wojciech, wikary z centralnej Polski, 41 lat

Papież Franciszek niech się weźmie za biskupów, bo przykład idzie z góry. Biskup pomocniczy z mojej diecezji wbrew prawu kościelnemu poręczył znajomemu księdzu 300 tysięcy złotych kredytu. Nawet pisały o tym lokalne gazety. Miało być na renowację ołtarza i ambony, ale ksiądz podwinął ogon i zwiał z kasą za granicę. Wiedzieliśmy w diecezji, że to kombinator, bywalec kasyn; biskup udaje, że nie wiedział. A może coś z tego miał? Takie pytanie rodzi się we mnie za każdym razem, gdy go widzę albo słyszę w Radiu Maryja. Co ja gadam – ludzie spłacili, rzucając na tacę.

Dla księży z diecezji zachowanie biskupa jest gorszące. Mówią: „Szary proboszcz, gdyby poręczył 300 tysięcy, to musiałby spłacać z własnej kieszeni. Biskup nie musiał”.

Jestem na wiejskiej parafii. Uczę na pół etatu w szkole. Nie zarabiam kokosów, parafia biedna. Mam za to dobrego proboszcza. Z doświadczenia wiem, że lepiej mieć dobrego proboszcza i skromne zarobki niż złego proboszcza i nieskromną wypłatę.

Przyznam się, że nie pomagam biednym. Ludzie w parafii mają ziemię, nie głodują. Mnie się wydaje, że ubóstwo to nowa jakość dla polskich księży. Ale dla równowagi powiem, że mam kolegów, którzy naprawdę żyją skromnie. Są parafie, gdzie niedzielna taca wynosi 300 złotych.

Pożyczka

Ksiądz Andrzej, emeryt

Dorobiłem się pokoju z kuchnią w Domu Księdza Seniora, sztucznej szczęki, biblioteczki. Mam emeryturę – prawie 2 tysiące złotych, połowę oddaję dyrektorowi domu. Mam również lanosa, ale chcę go sprzedać, nie mam ochoty na przejażdżki. Siadam przy oknie – bo tam jest lepsze światło – czytam. Teraz głównie Biblię i nauczanie Franciszka. Boję się, że go otrują. Powiedziałem o tym księżom w jadalni, wyśmiali mnie.

Czasami odwiedzają mnie młodzi księża. Niektórzy przychodzą, żeby pożyczyć pieniędzy. A to na wakacje im zabraknie, a to na nowy samochód. Za moich czasów księża pożyczali od siebie co najwyżej po to, żeby kupić cement na budowę kościoła. I tacy to byli ludzie, że zawsze oddawali.

Niektóre imiona bohaterów i szczegóły zostały zmienione

[2013.08.13] Wyborcza.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: