Siostra niemiłosierdzia

Ośrodek Wychowawczy Sióstr Miłosierdzia św. Karola Boromeusza w Zabrzu zajmuje się dziećmi i młodzieżą z problemami. W praktyce to zwykły sierociniec. Przez wiele lat dochodziło w nim do strasznych zdarzeń: siostry znęcały się nad dziećmi i tolerowały gwałty na wychowankach. Tak orzekł sąd, skazując dwie z nich, w tym dyrektorkę siostrę Bernadettę, na karę więzienia.

To już przeszłość, ale trzeba sobie zadać pytanie, dlaczego nikt przez lata nie zauważał tej patologii? Dlaczego, gdy już znaki były widoczne, nikt na nią nie reagował?

Przyczyn było wiele. Pierwsza: lekarze, policjanci i nauczyciele – z wyjątkiem jednej odważnej nauczycielki – nie reagowali na alarmujące sygnały, choć przecież widzieli pobite dzieci w szkole i szpitalu. Kuratorium oświaty pozostawało, wobec braku sygnałów alarmowych, bierne. Dochodziło do tego i to, że instytucje kościelne z założenia są obdarzane większym zaufaniem. Posługa sióstr zakonnych – słusznie – kojarzona jest z poświęceniem i dobrocią.

A poza tym chodziło przecież o sprawiające kłopoty dzieci sieroty, których nikt nie chciał. Skoro chciały je siostry, to wszyscy uważali, że mają problem z głowy. Siostra kierująca ośrodkiem była powszechnie szanowana, więc niemal nikomu nie chciało się narażać na kłopoty i ewentualne zarzuty o szarganie świętości.

Trzeba też zadać pytanie o procedury i szczególną pozycję ośrodków prowadzonych przez instytucje kościelne. Ośrodki wychowawcze za czasów rządu SLD zostały podzielone na dwie grupy: jedna podlega Ministerstwu Pracy i powiatowym centrom pomocy rodzinie. Ich działanie określa Ustawa o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej. Druga grupa to te ośrodki oświatowo-wychowawcze, które oddano pod nadzór Ministerstwa Edukacji i kuratoriów oświaty. W teorii miały to być takie szkoły z internatem dla dzieci z kłopotami. Ale w praktyce – jak widać na przykładzie Zabrza – mogły to być zwykłe domy dziecka.

Dlaczego dokonano takiego podziału? Nauczycielscy związkowcy wystraszyli się, że jak zostaną oddani pod nadzór resortu pracy, to będą pracownikami powiatowymi i stracą przywileje z Karty nauczyciela.

Taki podział ośrodków wychowawczych ma bardzo złe konsekwencje. Te ośrodki, które są pod kuratelą MEN, są w o wiele mniejszym stopniu kontrolowane. Kurator z założenia ma ograniczone kompetencje, bo sprawdza tylko poziom edukacji. Ośrodków tych nie dotyczy też ustawa o pomocy społecznej i wprowadzona od 2011 r. Ustawa o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej. A to one mają zapobiegać takim tragediom jak ta z Zabrza. Ustawa o pieczy zastępczej wprowadza zasadę, że dla każdego dziecka pracownik powiatu, czyli asystent rodziny, i wychowawca piszą plan rozwoju. To wymusza, a przynajmniej powinno wymuszać, nieustający nadzór nad opuszczonymi przez rodziców dziećmi – co się z nimi dzieje, jak się rozwijają? Asystent rodziny spoza ośrodka sprawdza, jak plan jest realizowany.

Ośrodek Sióstr Boromeuszek tej ustawie nie podlega. Wygląda na to, że zabrzańskie dzieci wpadły w lukę prawną. Ile innych dzieci może jeszcze tkwić w podobnej sytuacji? Na to pytanie muszą odpowiedzieć samorządowi urzędnicy, resort pracy i edukacji oraz Sejm. Powinny ten stan zmienić.

Mam nadzieję, że hierarchia kościelna wyciągnie wnioski z tej historii. Nie potraktuje naszej publikacji jako ataku na religię. Poważnie się zastanowi nad przygotowaniem swoich ludzi do tak trudnej służby i nad kontrolą takich ośrodków. Musi to być kontrola nie tylko władz zakonu, ale także przedstawicieli hierarchii spoza tego zakonu.

Kościół musi pokazać, że nie będzie zamiatał tego typu spraw pod dywan. Hierarchowie wprowadzili niedawno jasne procedury dotyczące oskarżeń o pedofilię. Teraz muszą przemyśleć procedury związane z prowadzeniem ośrodków dla porzuconych dzieci.

Nie zmienia to faktu, że wielu duchownych i wiele sióstr z poświęceniem pracuje dla ludzi pokrzywdzonych przez los. Historia z Zabrza tego nie przekreśla!

[2014.04.10] Wyborcza.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: