Siostry boromeuszki od batów. Przypominamy całą historię

Sąd Okręgowy w Gliwicach zaostrzył wyrok wobec zakonnicy, która znęcała się nad dziećmi w zabrzańskim sierocińcu. O przeżyciach byłego wychowanka tego ośrodka pisze Grażyna Kuźnik.

Rafał Franciszczak miał dwa lata, kiedy trafił do zakładu opiekuńczo-wychowawczego sióstr boromeuszek w Zabrzu. Nie wie, dlaczego znalazł się właśnie u zakonnic. Spędził w ich ośrodku 17 lat. Dobrze pamięta, za co siostry biły tak, że trafiało się do szpitala. Ślad na głowie od bicia menażką przez jedną z sióstr pozostał mu do dzisiaj.

– Miałem wtedy 10 lat. Wygłupialiśmy się przed obiadem. Wpadła siostra i każdemu przywaliła menażką po głowie. Krzyknąłem niepotrzebnie, że boli. Wtedy siostra zaczęła mnie z całej siły walić tą menażką, aż zalałem się krwią. Było chyba ze mną źle, bo siostry zawiozły mnie do szpitala – opowiada Rafał, dzisiaj student pedagogiki.

Lekarz spytał, skąd wzięła się taka duża rana. Odpowiedział, że pobiła go zakonnica, ale siostra szybko zagadała, że dzieciak kłamie. Po prostu głupek spadł z roweru. Lekarz nie bardzo wierzył, ale tylko kręcił głową, nic nie zrobił. Rafał po raz kolejny przekonał się, że skarżenie na siostry nic nie daje.

– Wszyscy od dawna wiedzieli, że siostry biją. Nauczycielki, lekarze, rodzice kolegów ze szkoły. Ale zakonnice to przecież święte osoby, nikt nie chciał występować przeciw Kościołowi. Po co narażać się dla jakichś tam sierot. Nie wierzyłem już, że ktoś się za nami kiedykolwiek ujmie – mówi Rafał.

Dlatego z takim napięciem śledził proces sióstr boromeuszek, kiedy doszło do głośnego oskarżenia ich o bicie i znieważanie, a także zezwalanie na przemoc seksualną starszych wychowanków wobec dzieci.
On sam nie zeznawał przed sądem ani w Zabrzu, ani w Gliwicach, bo oskarżenie nie obejmowało lat, w których przebywał w zakładzie. Badano jedynie okres od stycznia 2005 do stycznia 2006 roku.

Wtedy Rafał był już na swoim, radził sobie w życiu. Ale przeciwko siostrom Bernadetcie (Agnieszce F.) i Franciszce (Bogumile F.) zeznawało 32 innych wychowanków.

Sekrety ośrodka mogłyby na zawsze pozostać w ukryciu, gdyby nie śmierć 8-letniego Mateusza Domaradzkiego z Rybnika. Chłopiec zginął zgwałcony i uduszony przez dwóch mężczyzn. Jeden z zabójców, 25-letni Tomasz Z. przyznał, że był wychowankiem ośrodka sióstr boromeuszek w Zabrzu. Opowiadał, że właśnie tam nauczył się gwałcić dzieci i uważał to za coś zwykłego. Sam został wykorzystany po raz pierwszy, gdy miał około trzech lat, a potem robił to młodszym. Szukał pomocy u zakonnic, ale kazały mu cicho siedzieć i o tym nie rozpowiadać.

– Ty zboczeńcu, debilu, pedale, przygłupie, ułomie, jesteś zerem jak twoi rodzice – tak mówiły siostry do dzieci. Ich wychowankowie pochodzili z trudnych rodzin, więc nie widziały w nich ludzi. Posłuszeństwo zaprowadzały strachem i biciem, a na patologie seksualne nie reagowały. Zamykały gwałcicieli z ofiarami w pokojach na klucz – mówił jeden z prokuratorów.

Ośrodek boromeuszek to ogromny staroświecki budynek w centrum Zabrza. Cisza, nic nie wskazuje, że mieszkają tu dzieci. Niektóre okna zamurowane, inne zakratowane. Obok pusty ogród. Dzisiaj, tak jak zawsze, do budynku dziennikarze nie mogą wejść.

– To przez media stała nam się krzywda. Nie będziecie mi tu szpiegować. Nie zgadzam się na żadne wizyty redaktorów, do środka nie wejdziecie. Wstydu nie macie! – denerwuje się obecna siostra dyrektorka, która zastępuje Agnieszkę F. Boromeuszki są zdenerwowane, po raz pierwszy jedna z nich pójdzie do więzienia za znęcanie się nad dziećmi.

Sąd Rejonowy w Zabrzu 16 września 2010 roku skazał siostrę Bernadettę na karę dwóch lat pozbawienia wolności z zawieszeniem na pięć lat. Siostrę Franciszkę na osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu na trzy lata. To łagodna kara jak na zarzuty, które im postawiono. Z wyrokiem nie zgadzała się Prokuratura Okręgowa w Gliwicach i oskarżyciel posiłkowy, jeden z wychowanków. Siostry nie apelowały. Ale sprawa znalazła inny epilog.

– Sąd Okręgowy w Gliwicach 24 maja br. zaostrzył wyrok Sądu Rejonowego w Zabrzu. Skazał 56-letnią Agnieszkę F. na dwa lata bezwzględnego pozbawienia wolności. Będzie musiała zgłosić się do wyznaczonego więzienia, prawdopodobnie w Lublińcu, aby odbyć karę. Wyrok jest prawomocny – mówi sędzia Agata Dybek-Zdyń, rzecznik gliwickiego sądu.

Cały proces był niemal w całości utajniony, ze względu na dobro pokrzywdzonych. Zeznania byłych wychowanków były drastyczne.

– Siostra Bernadetta nie była najgorsza, a to ona pójdzie do więzienia – zamyśla się Rafał. – Czasem nawet była miła, pogłaskała, inne siostry były gorsze, więcej biły. Kiedy z nami przesadzały, zabierano je do Trzebnicy. To główna siedziba zakonu.

Tylko jedna nauczycielka, wtedy ze Szkoły Podstawowej nr 13 w Zabrzu, okazała odwagę. Kiedy w latach 80. na lekcje przestał nagle przychodzić Adam, mały wychowanek boromeuszek, miała złe przeczucia. Jego koledzy z ośrodka niejasno tłumaczyli, że jest chory. Siostry nie wpuszczały gości z zewnątrz, ale nauczycielka wdarła się do gmachu i odnalazła chłopca. Leżał w łóżku strasznie pobity, nie mógł nawet mówić. Wyszło na jaw, że jedna z sióstr wpadła w szał i zmasakrowała go nogą od krzesła. Wtedy sprawa trafiła do prokuratury, ale zakończyła się niczym. Do ośrodka przyszła nowa siostra dyrektorka, wcale nie lepsza niż poprzednia.

– Nic się dla nas nie zmieniło – przyznaje Rafał. – Na przykład jedna siostra nadal naliczała za byle co baty. Jak się nazbierało, to przychodziła do pokoju z linijką albo cienką gałęzią, strzelała najpierw po pysku i wypłacała rzetelnie. Biła po rękach nawet 150 razy, do krwi. Kilka sióstr naprawdę lubiło dawać baty.

Bicie było za to, że dziecko nie zapamiętało, o czym było kazanie w kościele, że w ośrodku chciał je odwiedzić kolega ze szkoły, za głośny śmiech i spóźnienie, za złą ocenę i moczenie się w nocy.
Za to ostatnie dziecko nie dostawało pić. Zamykano też małe dzieci ze starszymi na klucz w nocy.

Teraz Rafał myśli, że dzieci, kierowane tutaj przez sądy, ale o które nikt się nie upominał, chociaż państwo na nie sporo płaciło – dostały się w ręce osób, które miały kłopoty same ze sobą. Nie były przygotowane do pracy z dziećmi, otrzymały jednak wielką władzę nad podopiecznymi. Każde kolejne bezkarne pobicie udowadniało, że są poza prawem. Siostry biły pasem, kijem, butem, garnkiem, czym popadło.

– Były też w ośrodku siostry dobre, z prawdziwego powołania – podkreśla Rafał. – To siostry Ewa, Ingratia, Salina, Stella Maris. One nie biły, okazywały nam serce. Miały przygotowanie pedagogicznie i powołanie. To dzięki nim można było jakoś przetrwać, uwierzyć, że coś znaczymy. I chciałem dodać, że doceniam, że w tym ośrodku mieliśmy co jeść. Mimo, że z blaszanych misek.

[2011.06.02] NaszeMiasto.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: