FiM – Biskup specjalnej troski

Nad diecezją łomżyńską zawisła jakaś klątwa. Afera narkotykowa, ksiądz oskarżający biskupa o próbę zabójstwa, policyjny pościg za proboszczem uciekinierem ze szpitala psychiatrycznego…

W maju br. ujawniliśmy powiązania bardzo znanego w diecezji łomżyńskiej księdza Janusza M. ze skazanym w Wenezueli na długoletnie więzienie Albinem K., schwytanym tam w 2004 r. podczas organizowania transferu narkotyków do Polski
(„Koka i nowy ślad” – „FiM” 20/2008). Przypomnijmy, że „w toku prowadzonego śledztwa V Ds. 6/05/S ustalono, iż Janusz M. utrzymywał kontakt za pomocą urządzeń elektronicznych z osobami, które mogą mieć związek z usiłowaniem przemytu narkotyków”. Tak to określiła prokuratura, a podczas przeszukania mieszkania księdza na plebanii parafii w N. funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego znaleźli m.in. kopie sześciu przekazów pieniężnych (każdy kilkusetdolarowy) wysyłanych do Wenezueli.
– Po tym policyjnym nalocie zwierzał mi się, że faktycznie wysyłał do więzienia pieniądze swojemu koledze, który wpadł na próbie przemytu do Polski ponad tony kokainy. Kilkakrotnie jednak napomykał, że pomagał temu człowiekowi na życzenie biskupa Stefanka (na zdjęciu), a pieniądze dostawał z kasy kurialnej, bo przecież jego samego nie byłoby na to stać. Wyraźnie bał się gniewu biskupa, ale miał też do niego ogromny żal za wmanewrowanie w tę sytuację – relacjonował „FiM” były powiernik duchownego.

Ten nie zaprzeczył, gdy zapytaliśmy go, czy faktycznie wspomagał finansowo Albina K., spełniając wolę swojego biskupa, ale nie chciał rozmawiać o szczegółach:
– To nie jest temat dla mediów, a wszystko, co miałem do powiedzenia w sprawie, zeznałem stosownym organom – uciął ks. Janusz.

Również prokuratura ma niewiele do powiedzenia, bowiem śledztwo dotyczące usiłowania przemytu narkotyków z Wenezueli zostało zawieszone z powodu „długotrwałej przeszkody uniemożliwiającej dalsze prowadzenie postępowania”.
– Dalsze czynności i decyzje wobec ewentualnych wspólników Albina K. zostaną podjęte dopiero wówczas, gdy prokuratura uzyska możliwość przesłuchania podejrzanego w Polsce – wyjaśniła „FiM” prokurator Maria Kudyba z Prokuratury Okręgowej w Łomży.

###

Po długich poszukiwaniach dotarliśmy do matki 25-letniego dziś Albina K. Pokazała nam drogę, która zawiodła ciężko niegdyś pracującego na czesne studenta wyższej szkoły w Łomży do więzienia w Wenezueli.
– Albin studiował oraz jeździł na taksówce, bo samotnie wychowując trójkę dzieci, w żaden sposób nie mogłam mu pomóc finansowo. Kiedyś wiózł tego księdza do domu i tak się poznali, a wkrótce zaprzyjaźnili. Po jakimś czasie syn zrezygnował z wynajmowanej w Łomży stancji i zamieszkał u księdza na plebanii. Najpierw w Sz., a od 2004 roku w N., dokąd biskup Stefanek przeniósł księdza Janusza – wspomina kobieta.

Związawszy się z wielebnym, młodzieniec zaczął podróżować po świecie i czasem nawet przez dwa tygodnie nie dawał matce znaku życia.
– Gdy się w końcu spotykaliśmy, okazywał bardzo dobrą znajomość różnych osób z kurii. To było jego jedyne towarzystwo. Rzucał jak z rękawa nazwiskami biskupów i księży, opowiadał o nich anegdoty, snuł plany przeniesienia się na Katolicki Uniwersytet Lubelski. Dla jakiegoś bardzo wysoko postawionego księdza szukał nawet w naszej wsi nieruchomości, którą tamten chciał kupić.

Ostatni raz widziała syna latem 2004 r. Przyjechał pomóc jej w gospodarstwie, gdy nagle zatelefonował ksiądz Janusz M.
– Zakomunikował, że Albin musi pilnie przyjechać do Łomży, a on nie może go odebrać, bo właśnie jedzie z Panem Jezusem do chorego. Syn zgodził się. Był uległy, wręcz dawał się za rękę prowadzić. Zawiozłam go żukiem do miasta. Wysiadł na ulicy Sikorskiego, niedaleko kurii biskupiej. „Mamusiu, tylko nic nie rób, ja za tydzień przyjadę i skończę rąbać ci to drzewo” – powiedział na pożegnanie. Długo się nie odzywał, więc po dwóch, trzech tygodniach zaczęłam go szukać. Ksiądz twierdził, że nie ma pojęcia, co się z Albinem dzieje. Już chciałam zawiadomić policję, ale ona przyszła do mnie. Dwóch policjantów z CBŚ. Powiedzieli, że Albin siedzi w Wenezueli za narkotyki…

Obarczała całą winą ks. Janusza, który wcześniej nie odstępował jej syna na krok i wprowadził go na kościelne salony. Gdy po wizycie policjantów zatelefonował, pytając z głupia frant, co się z Albinem dzieje, nie wytrzymała: „Ty sukinsynu, utopiłeś mi dzieciaka i udajesz, że nie wiesz, co się z nim dzieje?!”. Po kilku godzinach kapłan zatelefonował powtórnie.
– Mówił, że to nie jego wina, żebym się nie martwiła, bo wszystko będzie załatwione i Albin za miesiąc szczęśliwie wróci do Polski. Później byłam kilka razy w kurii. Wykrzyczałam im całą tę historię z moim synem oraz księdzem M. i jego kurialnymi przyjaciółmi. Twierdzili, że chyba coś mi się w głowie pomieszało, bo to nie jest ksiądz z diecezji łomżyńskiej. Okazało się, że bezczelnie kłamali w żywe oczy, chcąc pozbyć się mnie i kłopotów – dziś już wie matka.

Wkrótce dostała od Albina list: „Mamo, bardzo cię proszę, nie próbuj dochodzić tego, jak to się stało”– nalegał. Czyżby mieli z nim kontakt?

Zażądała spotkania z biskupem Stefankiem. Długo czekała na audiencję i traf chciał, że ordynariusz przyjął ją dopiero po naszej pierwszej publikacji:
– Byłam u niego w środę 3 września. W zasadzie nie zamierzałam rozmawiać o Albinie. Upłynęło sporo czasu, moje rany trochę się już zagoiły. Miałam i mam straszne problemy osobiste, przez co razem z najmłodszym, uczącym się jeszcze synem, jesteśmy w tej chwili bezdomni. Ponieważ pojawiła się szansa na uzyskanie w Łomży maleńkiego mieszkania komunalnego, chciałam prosić biskupa, który tu przecież wszystkim rządzi, o jakieś wstawiennictwo.

„Jakiż to ma pani problem, skoro po wsiach stoi tyle opuszczonych domów?” – skonstatował szczerze rozbawiony hierarcha, gdy opowiedziała mu o swojej sytuacji. Zapytała, czy to oznacza, że nie może liczyć na żadną z jego strony pomoc. „No proszę pani, gdybym ja się tak zaczął przejmować problemami ludzi, to nie miałbym czasu na pacierz”– grzecznie potwierdził biskup Stefanek.
– Wtedy powiedziałam mu, że jestem matką Albina. Zrobił się maleńki niczym krasnoludek, gdy dodałam nazwisko. Nie musiałam nic więcej wyjaśniać. Był wyraźnie zatrwożony, ale szybko doszedł do siebie i popychając, doprowadził mnie do
drzwi. „No nic, nic. Proszę wyjść, nie możemy rozmawiać” – mamrotał. Już mu nie było tak wesoło – zauważa kobieta.

Ku pokrzepieniu matczynego serca dodajmy, że kilku panom w sukienkach wkrótce będzie całkiem smutno, bo jesteśmy coraz bliżej organizatorów operacji zepsutej przez ich ulubionego Albina…

###

Bardzo nam się spodobało, że biskup Stefanek otula pasterską troską wyrzucone z zakonu niewiasty, udostępniając jedną ze swoich posiadłości i pozwalając zamieszkać w niej grupie odesłanych do cywila betanek, które wypięły się na wszelkie władze kościelne z Watykanem na czele, za co siłą wyeksmitowano je z klasztoru w Kazimierzu Dolnym. Razem z byłymi mniszkami cieszyliśmy się, gdy opowiadały nam, że ordynariusz łomżyński obiecał im rychłą „decyzję Stolicy Apostolskiej o możliwości powrotu do zakonu” („Anioły i demony” – „FiM” 32/2008).

Nieco trudniej było nam zrozumieć, dlaczego przyjął do diecezji i dał ciepłą robotę wikariusza w Długosiodle oraz nauczyciela religii w tamtejszej szkole księdzu Romanowi K. – przywódcy buntu w Kazimierzu, karnie usuniętemu z zakonu franciszkanów; facetowi, który już na pierwszych zajęciach z ministrantami zaczął wypędzać z nich diabła ukrytego w liczbach i znaczkach na koszulkach.

Ale dlaczego łomżyński pasterz poświęca tyle troski obcym czarnym owcom, eliminując z kierdla swoje własne, już odchowane? Popatrzmy:
# Ksiądz Zygmunt K. ma 44 lata, z których 15 spędził w kapłaństwie. Najlepiej czuje się, niosąc pociechę chorym, dlatego też biskup powierzał mu w ostatnich latach funkcję kapelana w szpitalach. Pracował w Ostrowii Mazowieckiej, a jeszcze przed miesiącem był w Wyszkowie, gdzie mieszkał przy bardzo ekskluzywnej tamtejszej parafii św. Wojciecha. I nagle pierdykło…
– Odkryłem w wyszkowskiej służbie zdrowia grube nieprawidłowości, można by nawet rzec: kryminalne machlojki. Nie poleciałem z tym do prokuratury, ale zawiadomiłem biskupa Stefanka, żeby coś z tym zrobił, bo będzie afera. Zbagatelizował sprawę. Jakiś czas później zacząłem odczuwać silne dolegliwości zdrowotne. Lekarz nie wiedział, co mi jest. Stołowałem się – w zależności od okazji – w szpitalu lub w parafii. Proszę nie myśleć, że jestem szalony, ale byłem święcie przekonany, że jestem czymś systematycznie podtruwany. Zacząłem jadać na mieście – pomogło. Wybrałem się na rozmowę do pasterza. Pytam go: „Czemu mnie, draniu, trujesz?”. Dalej było bardzo ostro, a nawet na „kurwa mać”. Nie patyczkowałem się, bo przecież tu chodziło o moje życie. No i jestem teraz za burtą, odwołany z wszystkich funkcji kościelnych. Ale ślady trucizn tak szybko z organizmu nie znikają. Właśnie wybieram się na kompleksowe specjalistyczne badania i jeżeli moje przypuszczenia się potwierdzą, diecezja zadrży w posadach – obiecuje „FiM” ksiądz Zygmunt.
– Zadrży, jeżeli nieopatrznie wypuszczą go z tych badań – komentuje jeden z łomżyńskich proboszczów.

# W pierwszych dniach września br. trafił do szpitala na oddział psychosomatyczny 47-letni ksiądz Zbigniew K., proboszcz pewnej parafii w powiecie ostrołęckim. Według tubylców, ks. Zbigniew ostro popijał, a nawet zdarzyło mu się odprawiać mszę w stanie „silnie wskazującym” i ubiorze kapłańskim cokolwiek niekompletnym. Po kilku dniach leczenia proboszcz uciekł ze szpitala, by wziąć udział w parafialnym odpuście. Skandal był okropny, gdy policja przy ludziach ścigała zbiega wokół plebanii, żeby doprowadzić go z powrotem do psychiatryka.
– Księdza Zygmunta wykończyli tak naprawdę kurialni. Ludzie z parafii już od lat sygnalizowali, że proboszcz ma problemy i trzeba mu pomóc. „Wy nie będziecie nam prowadzić polityki kadrowej” – słyszeli w odpowiedzi. Aż wreszcie coś w nim pękło i dopiero wówczas ordynariusz kazał zamknąć go w szpitalu… – mówi policjant z Ostrołęki.
– Jeszcze trochę tu poleżę, ale na pewno wrócę do parafii i dalej będę proboszczem. Biskup Stefanek mi to obiecał – przekonywał nas ks. Zbigniew w rozmowie telefonicznej.
– On tu jeszcze długo poleży… – tak stan zdrowia pacjenta ocenił lekarz.

Abstrahując od tych dwóch nieco kuriozalnych przypadków: dochodzą nas z okolic Watykanu słuchy, że wkrótce polegnie też spiritus movens kłopotliwych wpadek i niegodziwości…

[2008] FaktyiMity.pl Nr 40(448)/2008

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d bloggers like this: